Kto sięgnie po złote runo
Z Bartłomiejem Radziejewskim, politologiem, redaktorem naczelnym
kwartalnika "Rzeczy Wspólne", rozmawia Małgorzata Rutkowska
Dynamizuje się sytuacja na scenie politycznej: "wojna polsko-polska", która
miała wyeliminować PiS, uderza głównie w rząd Donalda Tuska. Widać zasadniczą
zmianę w nastrojach społecznych. Dlaczego Platforma już nie jest "trendy" nawet
dla swoich wyborców?
– Ewentualna zasadnicza zmiana nastrojów jest jeszcze przed nami. Mamy natomiast
nową sytuację polityczną, która może do takiej zmiany doprowadzić. Polega ona na
załamaniu się filarów popularności PO. Były trzy: konserwacja istniejącego
układu interesów, zapewniająca jej poparcie kluczowych lobbies, lęk przed PiS,
zdejmujący z partii Tuska odpowiedzialność za cokolwiek, poza niedopuszczeniem
do powrotu Jarosława Kaczyńskiego, wreszcie medialny parasol, który od początku
był rozpostarty nad rządami PO. Przykładowo, zamiana tematu afery hazardowej na
społeczną szkodliwość hazardu była możliwa tylko w sytuacji szczelności tego
parasola. Teraz on pękł, pozostałe filary też.
Czas ochronny dla rządu się skończył, bo PO nie spełniła postulatów układu
stojącego za medialnym biznesem? A może media orientują się na nowe rozdanie?
– Wiąże się to z pewnym paradoksem dominacji PO. Z jednej strony Platforma miała
misję utrzymania status quo, z drugiej – stanęła przed wyzwaniami nierozłącznie
związanymi z władzą jako taką, na czele z zapewnieniem równowagi systemu, także
z koniecznością zaspokojenia potrzeb swojego aparatu partyjnego. To w pewnym
momencie okazało się sprzeczne. Konserwacja istniejącego układu interesów
okazuje się w Polsce na dłuższą metę niemożliwa, bo generuje np. gigantyczny
dług publiczny i w pewnym momencie trzeba się z tym problemem zmierzyć, a to z
kolei wiąże się ze zderzeniem z wpływowymi lobbies. Przykładem jest sięgnięcie
po środki z OFE w celu łatania dziury budżetowej. Myślę, że to jedna z
kluczowych przyczyn pęknięcia wspomnianego parasola medialnego. W szerszym
kontekście pokazuje to wewnętrzną sprzeczność III RP: utrzymywanie status quo,
które głównym graczom wydaje się optymalne, okazuje się na dłuższą metę
niekorzystne dla systemu, w tym dla nich samych. Dobra prywatnego na dłuższą
metę nie da się bowiem oddzielić od dobra wspólnego. Z drugiej strony mamy
wzbierającą presję aparatu partyjnego na rozmaite zmiany mające prowadzić do
nowych rozdań stanowisk i środków. Ten aparat w dużej mierze wygrał z interesami
zewnętrznych środowisk, co w połączeniu z brakiem odpowiedzialności i wiedzy
obozu rządzącego zaowocowało dziwaczną, chaotyczną i katastrofalną polityką
komercjalizacji bądź likwidacji, czego popadnie, od kontraktów medycznych, przez
szkolne kuratoria, po prowincjonalne placówki pocztowe. Grozi to zapaścią
cywilizacyjną.
Najwidoczniejszym skutkiem tych procesów jest to, że duża część elit nie uważa
już za niestosowne krytykować PO. Widzimy więc od niedawna początek exodusu z
szeroko rozumianego obozu poparcia tej partii, by wymienić choćby Leszka
Balcerowicza, Krzysztofa Rybińskiego czy celebrytę Marcina Mellera. To kamyki,
które wywołują lawinę.
Dokąd skieruje się ten odpływający od Platformy elektorat? Chyba nie bez
kozery obserwujemy ożywione lansowanie SLD.
– SLD jest partią drugiego wyboru dla bardzo dużej grupy wyborców PO i dlatego
to on jest w tej chwili głównym beneficjentem jej słabnięcia. PiS, mimo że jest
główną partią opozycyjną, ma trudności z przejęciem odpływającego od Platformy
elektoratu, bo jego wizerunek wciąż jest obciążony pisofobią, która wskutek
długotrwałych wysiłków została wdrukowana w świadomość wielu wyborców. Niełatwo
to zmienić, aczkolwiek widać, że Jarosław Kaczyński próbuje skorzystać z nowej
sytuacji. Odzyskał chyba pewność siebie i jasność oceny sytuacji.
Poparcie dla tzw. małżeństw jednopłciowych, zapowiedź prawnego
usankcjonowania procedury sztucznego rozrodu, seria wulgarnych przekazów w
przestrzeni publicznej firmowana przez rząd… Liberalizująca się coraz bardziej
Platforma puszcza sygnały, że jest gotowa do aliansu z SLD?
– Po pierwsze, to efekt osłabienia PO – poczucie niepewności rządzących to
zawsze dobra okazja do forsowania swoich postulatów przez tzw. głośne
mniejszości (jak feministki czy aktywiści homoseksualni). Po drugie, PO jest w
trudnej sytuacji wobec nich, z jednej strony współtworzą bowiem jej elektorat, z
drugiej – zbyt dalekie przystanie na ich postulaty jest dla niej niebezpieczne
ze względu na możliwość utraty konserwatywnych wyborców. Do tej pory PO
skutecznie manewrowała między tymi biegunami. Dzisiaj stoi przed testem
konkretnych żądań w nowej sytuacji swojej słabości połączonej ze
zniecierpliwieniem wspomnianych grup brakiem oczekiwanych zmian. Trudno
przewidywać decyzje tego rządu, bo działa wyjątkowo nieprzejrzyście i
przypadkowo. Ale nie oczekiwałbym większej, lewicowej ofensywy. Nie jest PO
potrzebna do zawarcia koalicji z SLD, która byłaby jak najbardziej naturalna, a
utrata elektoratu na rzecz lewicy nie ma zasadniczego związku z kwestiami
kulturowymi.
Bierze Pan pod uwagę inne scenariusze koalicji?
– Sytuacja jest tak turbulentna, że właściwie wszystkie warianty wchodzą w grę:
PO – SLD – PSL, może z PJN, czyli rząd wszystkich przeciw PiS jest jednym z
bardziej prawdopodobnych. Bo PiS może wygrać wybory, ale nie być w stanie
utworzyć rządu. Duże znaczenie będzie mieć to, na ile Jarosławowi Kaczyńskiemu
uda się zmniejszyć swój negatywny elektorat i na ile wzrośnie elektorat
negatywny PO oraz kto go zagospodaruje. Jeśli najbliższą elekcję zdominuje
głosowanie przeciwko PO, możliwa będzie koalicja PiS – PSL, a nawet PiS – SLD.
Jarosław Kaczyński stanowczo odrzucił taką możliwość.
– Kiedyś mówił, że nie zawrze koalicji z Samoobroną, należy więc podchodzić z
dystansem do takich deklaracji. Zaskakująco może za to brzmieć jego zapowiedź,
że jest zainteresowany ewentualną koalicją z PO. Myślę, że takimi deklaracjami
Kaczyński gra o elektorat: dzisiejszy PO (przekonując go, że PiS jest mu na tyle
bliskie, aby ów elektorat mógł przerzucić na tę partię swoje głosy) i o
mobilizację swojego (akcentując antykomunizm).
W sytuacji, gdy nie działają już wykreowane przez Platformę mechanizmy
manipulacji społeczeństwem, jak PiS powinno wykorzystać tę szansę?
– Te mechanizmy nie zniknęły, choć uległy osłabieniu. Dla zwiększenia szans
wyborczych Kaczyński powinien łagodzić swój wizerunek, jednocześnie stanowczo i
systematycznie krytykując rząd, także niejako autoryzując krytyki, które
wychodzą spoza PiS. Być może najbliższa kampania będzie dobrą okazją do
podniesienia kwestii naprawy państwa po tym, jak ludzie odczują, jak bardzo jego
zepsucie przez PO uprzykrzyło im życie. Jeśli tak się stanie, nie będzie
bardziej wiarygodnej partii do głoszenia takiego programu niż PiS. Należałoby go
przygotować kompleksowo na poziomach: eksperckim i PR-owskim. Konieczny będzie
też dobry program gospodarczy, który odpowie m.in. na pytanie, jak zaradzić
zapaści finansów publicznych.
PiS jest dziś gorzej przygotowane do rządzenia niż sześć lat temu, podczas gdy
sytuacja Polski jest nieporównanie trudniejsza niż wtedy. Partia ta zubożała o
wielu wartościowych ludzi – jedni odeszli w wyniku konfliktów, inni zginęli w
katastrofie smoleńskiej, a szerokiego otwarcia na nowe środowiska do tej pory
nie było. Jest jeszcze trochę czasu na rozbudowę zaplecza intelektualnego i
społecznego, Kaczyński je zapowiada, ale czy zrealizuje? Czas pokaże.
Kluczem do wyników wyborów może okazać się potencjał elektoratu, który nie
uczestniczył do tej pory w elekcjach. Podziela Pan pogląd, że wygra partia,
której uda się pozyskać poparcie tej grupy?
– Problem w tym, że nikt chyba nie wie, jak ów elektorat na dużą skalę
zmobilizować. PiS, co pokazują badania, ma największe w Polsce możliwości
mobilizacyjne, gdyby je wykorzystywało, rządziłoby od dawna samodzielnie. Tak
jednak nie jest, bo miliony wyborców, którym najbliżej do Kaczyńskiego, nie
fatygują się do urn. O ile więc to polityczne złote runo nie zostanie
znalezione, kluczem do zwycięstwa będzie umiejętność wykorzystania powyższych
tendencji. Osobną kwestią jest przekonanie wchodzącej w pełnoletniość młodzieży.
Ostatnie sondaże sugerują, że sympatyzuje ona głównie z PiS.
Czy wróci też temat katastrofy w Smoleńsku i ogromnych zaniechań rządu?
Nieobecny w kampanii prezydenckiej 2010 r., na ile ma szanse nadawać ton debacie
politycznej w najbliższych miesiącach?
– Możemy się spodziewać jego rosnącej roli. Pozostaje w tle jako jedno z
kluczowych wydarzeń w najnowszej historii Polski, a dziś nie jest już takim
tematem tabu jak jeszcze niedawno. Tragedia wytworzyła wyraźny podział na obóz
pamięci i obóz amnezji w polskiej polityce. Ten podział sięga XVIII w., od wojny
jest silna tendencja do postrzegania polskiej historii jako ciągu absurdów i
pomyłek. Do tej wizji próbowała się odwołać PO, prowadząc swoją politykę
amnezji. Z kolei PiS usiłuje wpisać Smoleńsk wraz z poprzedzającymi go
wydarzeniami w perspektywę ciągłości, przywrócić iunctim między II i III RP. W
istocie katastrofa z 10 kwietnia "zbiera" wiele dawnych i współczesnych znaczeń
jako symbol. A rząd Tuska prowadzi w tej sprawie od początku zupełnie błędną
politykę, co obciąża go odpowiedzialnością polityczną za stan śledztwa i
olbrzymie straty wizerunkowe Polski, abstrahując już od przyczyn tragedii.
Możliwe więc, że najbliższa kampania wyborcza będzie w dużej mierze sporem o
pamięć. Ale dobrze byłoby, gdyby nie tylko nim była.
Ważne problemy, jak kryzys demograficzny, uzależnienie energetyczne Polski,
nie przebijają się przez kurtynę PR. Ale czy tylko media są winne, że – jak
zwraca uwagę prof. Andrzej Nowak – żyjemy w "nierzeczywistej rzeczywistości"?
– To głęboki problem. Można powiedzieć, że za marginalizację tematów istotnych
winę ponoszą po części wszyscy odpowiedzialni za ich rozwiązywanie. Dominacja
medialnej papki jest na krótką metę na rękę i niekompetentnym politykom, i
niedouczonym dziennikarzom, i niewyrobionym wyborcom. Jednak jest to też w dużej
mierze proces niezależny od wysiłków ludzi wykwalifikowanych do zajmowania się
dobrem wspólnym, wynikający z charakteru mediów, natury współczesnego
kapitalizmu oraz z głębokich przemian społecznych i zachodzących w psychice
ludzi. Domaga się to całościowej, nowej odpowiedzi filozoficznej i politycznej,
i nie jest tylko problemem polskim. Ale to osobny temat rzeka.
Przez ostatnie trzy lata na szczytach władzy dominuje tendencja niedziałania.
Czy odejście rządu PO – PSL będzie końcem postpolityki w Polsce?
– Z jednej strony postpolityka jest głębokim zjawiskiem cywilizacyjnym,
współczesną odmianą sofistyki, której przeciwstawiali się już Sokrates i Platon.
Z drugiej ma także swoją konkretną, lokalną odmianę, która zdominowała polską
politykę od 2007 roku. Ta ostatnia przeżywa w tej chwili poważny kryzys, bo
rzeczywistość coraz wyraźniej upomina się o swoje. Słabość państwa, wewnętrzną i
zewnętrzną, można zamiatać pod dywan tylko przez pewien czas. I wiele wskazuje
na to, że w przypadku PO ten czas dobiega końca. Natomiast efektem kilkuletniego
trwania w iluzji, że wystarczy wyrzucić Kaczyńskich z polskiej polityki, żeby
wszystkim żyło się lepiej, będzie istne pobojowisko. Ktokolwiek obejmie władzę
po najbliższych wyborach, stanie przed olbrzymią skalą licznych problemów,
spośród których główne to: nadciągająca zapaść gospodarcza (być może połączona z
nową falą kryzysu finansowego, niektórzy mówią wręcz o zwinięciu się globalnego
systemu finansowego w perspektywie dekady), zdegradowane państwo, obniżona
pozycja międzynarodowa, zdemolowana armia, osłabione szkolnictwo. Rząd Tuska,
szczycący się budową orlików – przedsięwzięcia, które w szanujących się krajach
realizują gminy, w żadnej z tych spraw nie podjął skutecznych działań
zaradczych, a wiele w miarę przyzwoicie funkcjonujących do tej pory dziedzin z
własnej woli popsuł. Skutki będziemy odczuwać jeszcze długo. Oby ta lekcja
postpolityki czegoś nas nauczyła.
Dziękuję za rozmowę.
