Wygrać na prezydencji
Przewodniczenie pracom Unii Europejskiej dla każdego kraju stanowi
wyśmienitą okazję do artykułowania własnego punktu widzenia na najważniejsze
sprawy europejskie. Tej zasady – wbrew propagandzie rządu Donalda Tuska – nie
zmienił traktat lizboński. Węgierska prezydencja to najlepszy przykład wyłamania
się ze schematu, że w UE rządzą najsilniejsze państwa i ich reprezentanci w
unijnej administracji. Budapeszt priorytetem przewodnictwa uczynił jasno
sprecyzowane cele własne Węgier, które powiązał z politykami europejskimi.
Przewodniczenie pracom UE stwarza niepowtarzalną szansę na przeforsowanie spraw
priorytetowych dla danego kraju. To standardowa praktyka wszystkich państw UE.
Przypomnijmy tylko najważniejsze sprawy ostatnich lat, które prezydencje małych
i dużych krajów potrafiły przeprowadzić z uwzględnieniem własnych interesów.
Wystarczy wspomnieć korzystne dla Wielkiej Brytanii negocjacje na temat
perspektywy budżetowej na lata 2007-2013 podczas jej prezydencji, promowanie
traktatu lizbońskiego za prezydencji niemieckiej czy pakietu klimatycznego i
energetycznego podczas prezydencji francuskiej.
Istnieje bezpośredni związek pomiędzy umiejętnym reprezentowaniem swoich
interesów w Brukseli a rozwojem ekonomicznym danego kraju. Stocznie francuskie i
niemieckie wychodzą z kryzysu obronną ręką, w czasie gdy polskie stocznie są
zamykane. W Europie Zachodniej infrastruktura drogowa i transportowa rozwijają
się nadal, mimo ekologicznych protestów. W Polsce nie potrafimy sobie poradzić z
tym problemem do dzisiaj.
Dobrze poprowadzone negocjacje oznaczają rozwój zarówno dla kraju prezydencji,
jak i całej UE. Władze Finlandii dały pozytywny przykład sprawowania prezydencji
w sposób korzystny zarówno dla UE, jak i dla swego kraju. Francja to z kolei
przykład państwa kierującego się przede wszystkim własnym interesem,
potrafiącego wyartykułować i zrealizować go, nawet kosztem innych krajów.
Prezydencja Luksemburga, która poprzedzała negocjacje nad bieżącą perspektywą
finansową 2007-2013, zasłynęła postawieniem spraw nowego budżetu UE ponad
interesem własnym. Luksemburg mógł sobie na to pozwolić, jest krajem o
najwyższych dochodach w UE po przeliczeniu na jednego obywatela. Tak więc w
modelowym ujęciu podczas przewodzenia UE można: zadbać o interes UE oraz własny
zarazem, można też nie myśleć zbytnio o UE, a jedynie o swoim ("dał nam przykład
Bonaparte…"), można też być altruistą i walczyć o interes UE, zapominając o
własnym. Na taki autentyczny europejski altruizm mogą sobie pozwolić tylko
nieliczni. Polska do nich się nie zalicza, gdyż polski obywatel jeszcze długo
nie będzie mógł nawet zbliżyć się do poziomu życia Luksemburczyka. Pozwalam
sobie ze zrozumiałych względów nie podawać przykładu krajów, które źle
prowadziły prezydencje zarówno dla swojego kraju, jak i całej UE.
Rola prezydencji po traktacie lizbońskim
Nieprzypadkowo podane przykłady dotyczyły okresu przed traktatem lizbońskim,
kiedy dominował tzw. model międzyrządowy w budowie solidarności europejskiej.
Gdy obowiązywał traktatu z Nicei, siła dana poszczególnym krajom ważona była w
punktach, liczbie głosów i zakładała stworzenie systemu szukania porozumienia
poprzez polityczne negocjacje i arytmetyczne obliczanie wagi zawieranych
politycznie koalicji. W modelu nicejskim mieliśmy tyle samo głosów w Radzie UE,
co Hiszpania (27) i tylko o dwa głosy mniej niż Niemcy, Wielka Brytania i
Francja. Polityczna waga Polski była duża, tym większa, że krajem rządził
gabinet zdeterminowany w obronie interesów swojego kraju. Model lizboński jest
już modelem postpolitycznym. Rola państwa maleje, wzrasta rola instytucji
wspólnotowych: Parlamentu Europejskiego, dyplomacji unijnej, europejskiego banku
centralnego i strefy euro. Małe kraje, które w modelu nicejskim łatwo i
skutecznie wchodziły w koalicje zdolne stworzyć tzw. mniejszość blokującą, w
modelu lizbońskim straciły na znaczeniu. W Europie po traktacie lizbońskim liczą
się silni, również biurokracja europejska, dzięki utworzonej dyplomacji unijnej,
staje się siłą samą w sobie. Utworzono też stanowisko Stałego Przewodniczącego
Rady UE, czyli polityka wybieranego przez najsilniejsze kraje UE.
Jednakże nawet w tym federalnym systemie prezydencja nadal waży wiele. Kraj
prezydencji narzuca agendę spotkań i współprzewodniczy posiedzeniom w Radzie UE,
publikowane i realizowane są priorytety prezydencji, utrzymany jest zwyczaj
konsultacji i współpracy z krajami obejmującymi prezydencję w dalszej kolejności
(tzw. trio). W kraju prezydencji odbywają się nieformalne posiedzenia Rady
Ministrów UE, prezydencja inicjuje spotkania i konsultacje nadzwyczajne w
ważnych z jej punktu widzenia sprawach. To wszystko wystarczy aż nadto do
wykorzystania prezydencji w sposób podobny do tego z okresu obowiązywania
systemu nicejskiego. Traktat z Lizbony ma dzisiaj coraz więcej krytyków,
odtwarzają się więc mechanizmy nicejskie. Rola prezydencji jest mniejsza niż
dawniej, ale nadal kraj przewodniczący UE pozostaje języczkiem u wagi w systemie
prac bieżących Unii.
Węgry – model godny naśladowania
Węgierskie przewodnictwo to najlepszy przykład wyłamania się z przyjętego wraz z
traktem lizbońskim schematu, że w UE rządzą tylko najsilniejsi. Budapeszt
sprawuje prezydencję według modelu międzyrządowego. Jasno sprecyzowane cele
własne Węgier powiązane są z politykami europejskimi: bezpieczeństwo
energetyczne UE i dywersyfikacja energetyczna w oparciu o korytarz północ –
południe, rozwój infrastruktury transportowej w delcie Dunaju, polityczna
współpraca regionalna państw Europy Wschodniej i Środkowej. To niektóre
przykłady, że traktat lizboński – mimo swej federalistycznej filozofii – daje
jednak duże pole manewru rządowi zdeterminowanemu w realizacji swojej wizji
Europy. Premier Victor Orban nie zapomina o interesie najsilniejszych i wspomaga
pakt stabilności oraz budowanie mechanizmów kontroli finansowej poszczególnych
państw pod względem ich równowagi budżetowej. Węgry nie tylko znajdują sposób na
godzenie w trakcie prezydencji własnych celów z interesem całej UE, ale zarazem
wypracowują model działania, który można zdefiniować jako pośredni między
modelem nicejskim a lizbońskim. Przy tej okazji premier Orban dał się poznać
jako silna osobowość polityczna na skalę europejską.
Przykład prezydencji węgierskiej, która dopiero się rozkręca, pokazuje, jak
decydująca dla rozwoju kraju i obrony jego interesów w polityce europejskiej
pozostaje decyzja obywateli nad urną – wybór rządu krajowego i zasada
demokratycznej zmiany władz.
Prezydencja Polski w UE – szansa, jakich mało
Prezydencja jako wartość dodana w polityce zdarza się raz na kilkanaście lat.
Następna polska prezydencja w UE przypadnie ok. roku 2025. Zaprzepaszczenie tej
szansy będzie komentowane przez wiele lat. Ewentualny realny sukces mógłby
stymulować rozwój gospodarczy i społeczny na długi okres. Tutaj jednak liczą się
konkrety.
Wstępując do Unii, polscy negocjatorzy zgodzili się na bardzo niskie dopłaty
bezpośrednie do rolnictwa. Polski rolnik otrzymywał jedynie trzecią część kwoty
wypłacanej rolnikowi w zachodniej Europie. Wielu polskich negocjatorów znalazło,
nie bez przyczyny, zatrudnienie w instytucjach UE, a ich polityczni mocodawcy są
członkami Parlamentu Europejskiego. Nadarza się więc nadzwyczajna okazja do
przypomnienia w Brukseli tej nierówności w traktowaniu polskiego rolnika w
pierwszych latach członkostwa i wyrównania wsparcia dla rolnictwa polskiego.
Chodzi głównie o dopłaty bezpośrednie jako najbardziej spektakularne i
stanowiące najprostszą rekompensatę za multum negatywnych zjawisk, którym
towarzyszyło członkostwo Polski w UE.
Gdyby nie starczyło determinacji dla tego projektu, który jest dzisiaj kluczowym
dla rozwoju gospodarczego i społecznego naszego kraju, wówczas należałoby
chociaż wziąć przykład z naszych węgierskich bratanków. Mam na myśli europejski
projekt energetyczny północ – południe. Rozwój sieci i połączeń na tej osi to
dla nas szansa na powrót do projektu norweskiego na dostawy gazu z północy,
sfinalizowanie, w dużym stopniu wynegocjowanych w latach 2006-2007, umów
łączących Polskę z krajami bałtyckimi. Węgrzy są gotowi przedłużyć te formy
współpracy państw bałtyckich poprzez kooperację państw wyszechradzkich, aż po
Bałkany i basen Morza Czarnego. Należy tylko wpisać się w te bardzo dla nas
korzystne energetycznie, infrastrukturalnie, a nawet geopolitycznie projekty
prezydencji węgierskiej.
Jeśli zaś idzie o osławione Partnerstwo Wschodnie (PW), to potraktujmy ostatnie
wydarzenia z nim związane jako symboliczne. Otóż prezydent Francji postanowił
zorganizować w czerwcu spotkanie państw grupy G20 we Francji w tym samym czasie,
gdy w Budapeszcie miało trwać spotkanie krajów Partnerstwa Wschodniego. Tym
samym Paryż podjął decyzję o faktycznym przełożeniu posiedzenia PW. Polska,
chcąc nie chcąc, musiała podjąć się zorganizowania spotkania PW podczas naszej
prezydencji.
To przełożone z woli Francuzów obrady PW są już teraz przedstawiane w polskim
schemacie medialnym jako "niespodziewany sukces". Owa decyzja Nicolasa
Sarkozy’ego jest niespodziewana, ale sukcesem polskim trudno to nazwać. Próby
podnoszenia do rangi "sukcesu" posiedzenia, które w Polsce odbędzie się z woli
Francji, i sfinansowane zostanie przez polskiego podatnika, jest tyleż
nieskromne, co nieprawdziwe. Sukcesem realnym natomiast byłoby, gdyby w czasie
posiedzenia Partnerstwa Wschodniego w Polsce zainicjowano duży europejski
projekt infrastrukturalny w krajach Europy Wschodniej, gdyby powołano w naszym
kraju sekretariat i fundusz PW dysponujący wielomiliardowym budżetem, gdyby
wreszcie polski komisarz ds. budżetu, który podobno jest wybitnym ekonomistą i
politykiem, mógł oznajmić, że wynegocjował i zagwarantował wieloletnie
finansowanie Partnerstwa w kwotach, które zrekompensowałyby nam chociażby
częściowo cenę polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Sukces prezydencji
winien być mierzony konkretami, najlepiej finansowymi, a nie tylko liczbą
spotkań.
Dariusz Sobków
Autor jest byłym pracownikiem Departamentu Unii Europejskiej MSZ, byłym
wiceambasadorem Polski przy UE.
