Chirurgiczne cięcie Moskwy

Nie bardzo rozumiem fakt, że kontrolerów rosyjskich przesłuchuje się
dopiero po 10 miesiącach od katastrofy. Przecież wydarzenia z 10 kwietnia 2010
r. coraz bardziej zacierają się w ich pamięci. Istnieje biologiczny mechanizm
wypierania ze świadomości rzeczy trudnych, niewygodnych i bardzo stresogennych.

Z prof. Bogdanem Chazanem, przewodniczącym Rady MaterCare International,
rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jakie pokrewieństwo łączy Pana z wdową po gen. Andrzeju Błasiku?
– Ewa jest moją kuzynką. Moja babcia była z domu Buczyło, Ewa też jest z domu
Buczyło, jesteśmy więc rodziną. Wiele lat temu byłem obecny na weselu rodziców
Ewy, pracowałem wówczas na oddziale chirurgii w Szpitalu Miejskim w Białej
Podlaskiej, gdzie zbierałem punkty przed studiami medycznymi. Samą Ewę poznałem
na pogrzebie mojego stryja Józefa Chazana, który przez długie lata był lekarzem
wojskowym na lotnisku w Białej Podlaskiej. Wspierał on wówczas młodego pilota
Andrzeja Błasika, który odbywał loty na tym lotnisku.

I to w Białej Podlaskiej państwo Błasikowie się poznali?
– Tak. Jako student ostatniego, IV roku, Andrzej wykonywał ćwiczebne loty w
Białej Podlaskiej. Napisał tam pracę dyplomową, która musiała być przepisana na
maszynie. Znajoma poleciła mu moją kuzynkę, właśnie Ewę Buczyło. Andrzej musiał
asystować jej przy przepisywaniu przez nią bardzo skomplikowanych, technicznych
tekstów. W okolicach ostatniego rozdziału oświadczył się jej… Niebawem
utworzyli nową rodzinę. Sam interesuję się lotnictwem, bo całe dzieciństwo
spędziłem w pobliżu lotniska, więc wiadomość, że w rodzinie pojawił się kolejny
lotnik, przyjąłem z radością.

Jakie wrażenie zrobił na Panu pilot Andrzej Błasik?
– Bardzo pozytywne. Często dyskutowaliśmy o szczegółach nawigacji, meteorologii,
o tym, dlaczego helikopter wznosi się do góry, podobno nikt nie potrafi tego
dokładnie wytłumaczyć. Był bardzo szczery, prawdomówny, dowcipny, otwarty. Lubił
spotkania towarzyskie, rozmowy ze znajomymi. Bardzo kochał żonę Ewę, córkę
Joannę i syna Michała. Był zawsze szarmancki wobec kobiet, a zdyscyplinowany i
pełen szacunku wobec swoich przełożonych w wojsku. Swoją postawą, sposobem
noszenia munduru i czapki wojskowej pokazywał, że tę wojskowość czuł i lubił.
Poznałem Andrzeja i jego rodzinę dość dobrze. Później nasz kontakt na jakiś czas
się urwał, ponieważ wyjechali oni do Poznania, a potem do Stanów Zjednoczonych,
gdzie gen. Błasik organizował szkolenie pilotów w obsłudze nowoczesnych maszyn
F-16. Przygotowywał też infrastrukturę i zaplecze dla tych samolotów w
Krzesinach.

Po powrocie do Warszawy i awansie na dowódcę Sił Powietrznych odnowili
Państwo rodzinne kontakty?

– Staraliśmy się utrzymywać częsty kontakt. Obserwowałem wówczas Andrzeja w
różnych sytuacjach: swobodnej, rodzinnej rozmowie, w akcji jako lotnika oraz w
kontaktach z podwładnymi żołnierzami, jako dowódcę Sił Powietrznych. Był zawsze
otwarty na innych, pełen szacunku dla nich i ciepła. Z całą pewnością był
człowiekiem bardzo kontaktowym; był przyjazny, rozmowny, ciekaw tego, co dzieje
się w rodzinie, a z drugiej strony z powagą traktował swoje obowiązki służbowe.
Nie tworzył jednak nigdy żadnych barier. Byłem kiedyś zaproszony na uroczystości
święta lotnictwa do kwatery Sił Zbrojnych w Warszawie, gdzie miałem możność
obserwować odprawę, marsz kompanii honorowej wojsk powietrznych. Byłem też
kilkakrotnie na pokazach lotniczych Air Show w Radomiu. Widziałem, w jaki sposób
Andrzej zwracał się do żołnierzy i w jaki sposób inni oficerowie, inni
generałowie w służbie czynnej czy już na emeryturze zwracali się do niego.
Andrzej miał autorytet wśród kolegów i był przez nich lubiany.

Dziennikarze charakteryzują go jednak jako człowieka apodyktycznego,
konfliktowego, narzucającego innym własną wolę.

– Nie zauważyłem u niego typu reakcji, które ci dziennikarze dziś mu zarzucają.
Mogę więc z czystym sumieniem jedynie zaprzeczyć takiej charakterystyce gen.
Błasika. Często, gdy słyszę podobne rzeczy na jego temat, wydaje mi się, że
dotyczy to kogoś innego. Andrzej nie był ani apodyktyczny, ani konfliktowy,
wręcz przeciwnie

Powiedział Pan, że wojsko pod dowództwem gen. Błasika było syntezą tradycji i
nowoczesności. Co Pan przez to rozumie?

– To prawda. Tę tradycyjność pojmowałbym jako pewną tradycję wojskową, pewne
zdyscyplinowanie i styl wojskowy. Nowoczesne było przede wszystkim to, co było w
relacjach Andrzeja z podwładnymi. A ja, jak wspominałem, zwracałem na to
szczególną uwagę. Fachowcy twierdzą, że Andrzej zmienił polskie lotnictwo
wojskowe. Generał Andrzej Błasik reprezentował nowe pokolenie dowódców polskiego
wojska, wyszkolone według wzorców przyjętych w NATO. Dla swoich podwładnych był
prawdziwym autorytetem, dużo wymagał, ale cieszył się ich absolutnym zaufaniem.
Miał duże sukcesy we wprowadzaniu nowoczesnych metod szkolenia i w organizacji
służby. Był szanowany przez przełożonych, niezależnie od ich politycznych opcji.
Jako dowódca wymagał przede wszystkim od siebie. Mówił: "Żołnierz ma prawo być
dobrze dowodzony". Zaczynał pracę najwcześniej ze wszystkich, a drzwi swojego
gabinetu zamykał późno w nocy.

Latanie, jak podkreślają przyjaciele gen. Błasika, było jego pasją. Czy to
prawda, że zawsze przed startem obchodził samolot?

– Sam mi o tym wspominał. Kiedyś, gdy zobaczyłem jego czapkę ze znakowaniem
pilota, na którym są husarskie skrzydła, pomyślałem, że jako żywo przypomina
współczesnego kawalerzystę, poklepującego swojego rumaka. Takim rumakiem był dla
niego samolot, do którego odnosił się zawsze z pewną miłością. To był człowiek
niepospolity. Przez cały czas był czynnym pilotem, latał na samolotach różnych
typów. Mało tego, był pilotem klasy mistrzowskiej, spędził w powietrzu prawie
1600 godzin. Andrzej obiecywał, że zabierze mnie kiedyś na samolotową
"przejażdżkę". Zgodziłem się, pod warunkiem, że nie będzie to F-16. Nie
zdążyliśmy zrealizować tych planów.

Jakie znaczenie dla gen. Błasika miały słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna?
– W jego osobie było przywiązanie do domu, żony i dzieci, a z drugiej strony do
kraju i służby żołnierskiej. W czasie uroczystości pogrzebowych minister obrony
narodowej Bogdan Klich, jak również gen. Roger Brady, dowódca amerykańskich sił
powietrznych w Europie, z ogromnym uznaniem i szacunkiem odnosili się do
Andrzeja. Generał Brady widział go jako lotnika lotników, który skupiał się na
rozwoju młodych talentów. Pamiętam wyraźnie słowa gen. Brady’ego. Mówił wtedy
m.in.: "Generał Andrzej Błasik był młodym człowiekiem o niespotykanej wizji,
spójności charakteru i odwadze. Nie było zaskoczeniem, gdy został wybrany przez
wojskowe i cywilne władze Polski, by poprowadzić wasz kraj w przestworza XXI
wieku". Zwracał uwagę na fakt, że Andrzej bardzo cenił bogatą historię polskich
Sił Powietrznych, darzył tę spuściznę wielkim szacunkiem i jednocześnie patrzył
w przyszłość, przekształcając Siły Powietrzne w całkowicie zawodowy charakter
Sił Zbrojnych. Pod dowództwem gen. Błasika, jak zaznaczył gen. Brady, Polska
szybko dołączyła do grona najbardziej nowoczesnych sił powietrznych Sojuszu
Północnoatlantyckiego.

Jak odebrał Pan ujawnienie przez Rosjan informacji, jakoby we krwi Andrzeja
Błasika wykryto 0,6 promila alkoholu etylowego?

– Ciało gen. Błasika zostało znalezione dość późno po katastrofie. Procesy
rozkładu w organizmie człowieka przebiegają szybko, więc mógł w jego organizmie
wytworzyć się alkohol endogenny. Chcę również powiedzieć, że Andrzeja nigdy nie
kojarzyłem z alkoholem. To nie był człowiek, dla którego alkohol mógł stanowić
jakąś wartość samą w sobie. Spełniał od czasu do czasu jakiś toast, jak to
normalnie w życiu bywa, ale to nie był człowiek z problemem alkoholowym czy
nawet z jakimś przywiązaniem do tej formy poprawiania sobie nastroju. Generał
Błasik doskonale zdawał sobie sprawę, że lot 10 kwietnia 2010 r. jest lotem
ważnym, że leci do Katynia sam prezydent. Na pewno gdy dowiedział się, że
warunki pogodowe na lotnisku smoleńskim są trudne, stało się to dla niego w tym
momencie przedmiotem troski. Znając Andrzeja, nie sądzę jednak, żeby był on
podczas tego lotu przekaźnikiem rozkazów od "głównego pasażera" – jak nazwali
prezydenta Polski Rosjanie – do pilotów lub odwrotnie. Jako dowódca Sił
Powietrznych szanował regulamin i niezależność pilota w podejmowaniu decyzji.

Co, według Pana, gen. Błasik mógł robić w kabinie Tu-154M, jeżeli faktycznie
w niej był?

– Moim zdaniem, jeżeli on tam był, to chciał wesprzeć załogę w trudnej sytuacji,
a nie żeby im cokolwiek rozkazywać. To był dowódca, do którego piloci mieli
zaufanie. Absolutnie nie był to dowódca, na którego widok pilotom trzęsą się
ręce. Raport MAK zarzuca generałowi, że był dla pilotów czynnikiem
destrukcyjnym, stresogennym, że ze strachu przed nim podejmowali niewłaściwe
decyzje. Nie można poważnie traktować takich zarzutów, był to bowiem dowódca
bardzo rozumny. Jeżeli był w kokpicie to tylko po to, by pomóc, a nie
zaszkodzić.

Minister Bogdan Klich powiedział ostatnio w Sejmie, że rola gen. Błasika na
pokładzie Tu-154M była niejasna.

– Zapewne trudno będzie kiedykolwiek odtworzyć to, co działo się na pokładzie
samolotu. Nie sądzę, by gen. Błasik "grał jakąś rolę", która nie była
przewidywana w regulaminach wojskowych. Był prawdopodobnie jako dowódca Sił
Powietrznych zaniepokojony warunkami atmosferycznymi. Może rozmawiał o tym z
dyrektorem Kazaną? Czy był w kokpicie? Jeżeli tak, to prawdopodobnie na
zasadzie: "Jestem obok, gdybyście chcieli o coś zapytać". Podobnie jak ordynator
chirurgii jest czasem na sali operacyjnej, jeżeli wie, że zanosi się na trudną
operację. Wiadomo, że piloci zdawali sobie sprawę, że warunki atmosferyczne są
niekorzystne, ale jednocześnie nie było w kokpicie w żadnym momencie paniki czy
nawet zdenerwowania. Jest takie określenie oddające ślepą dyscyplinę wojskową w
pewnym kraju: "ruki pa szwam" (chodzi o boczne szwy na spodniach). Może MAK nie
wyobrażał sobie innych relacji dowódca – żołnierz i ekstrapolował to na sytuację
w kokpicie samolotu? Są przykłady takich relacji w filmach o inwazji Armii
Czerwonej w Afganistanie.

Docierały do Pana kiedykolwiek informacje, że gen. Błasik łamał procedury
lotu lub nie przejmował się jego bezpieczeństwem?

– Nigdy. Nie jestem pilotem, ale procedury wojskowe są bardzo podobne do
procedur medycznych. Tak jak pilot przed startem maszyny dokładnie sprawdza stan
samolotu, tak samo my, np. na sali operacyjnej, sprawdzamy, czy wszystko do
operacji jest przygotowane. I tu, i tu odpowiedzialność jest ogromna. Nie
słyszałem, by kiedykolwiek bezpieczeństwo lotu było dla Andrzeja czymś wtórnym
wobec zadania, które miał wykonać. Słowa szczególnego uznania dla gen. Błasika,
wypowiedziane na jego pogrzebie przez gen. Brady’ego, jak również ministra
Klicha, to tylko potwierdziły. Warto przywołać tutaj tamte słowa ministra Klicha
na temat Andrzeja: "Patrzymy w przeszłość, patrzymy w karty Twojej biografii i
widzimy Cię jako jednego z najlepszych oficerów Wojska Polskiego. (…) Dlatego
też chcę Ci obiecać, drogi Andrzeju, że, jeżeli ktokolwiek i kiedykolwiek
podniesie rękę na Twój dorobek, jako Dowódcy Sił Powietrznych, ja i Twoi
najbliżsi będziemy tego dorobku bronić, bo to jest dorobek profesjonalisty,
mądrego, patrzącego w przyszłość Oficera Wojska Polskiego, prawego i honorowego,
i takim też pozostajesz w mojej pamięci, swoich najbliższych współpracowników i
chciałbym, aby takim pamiętała Cię cała Polska". To z pewnością były słowa
emocjonalne, ale nie wzięły się one znikąd, lecz z realnej oceny zmarłego,
którego wszyscy traktowali jako nietuzinkowego człowieka. Tym bardziej nie
wierzę w to, by Andrzej mógł kiedykolwiek wydawać podwładnym pilotom rozkazy, w
wyniku których mieliby oni narażać bezpieczeństwo swoje i swoich pasażerów.

Jak ocenia Pan dotychczasowe śledztwo i fakt, że zostało ono w całości oddane
przez nasz rząd Rosjanom?

– Katastrofa smoleńska była sytuacją zupełnie bez precedensu, niestety rząd nie
potrafił poradzić sobie z tym wydarzeniem. Podjęte decyzje nie były spójne, być
może nie wykazaliśmy odpowiedniej czujności czy nawet wiedzy dotyczącej
poszczególnych umów, które należałoby w ekspresowym tempie sprawdzić, by wybrać
najlepszą, najskuteczniejszą ścieżkę. Taka umowa powinna była nam dać jak
najbardziej mocną pozycję w pertraktacjach z Rosjanami, na których terenie
wydarzyła się ta straszna katastrofa. Przecież nie była to zwykła katastrofa,
zginął w niej m.in. prezydent Polski wraz z małżonką, ostatni prezydent RP na
uchodźstwie, zginęli wszyscy nasi najważniejsi generałowie, parlamentarzyści.
Oni wszyscy byli istotną częścią naszego kraju, naszego bytu państwowego. Ich
szczątki, jak również szczątki samolotu dla wszystkich zdrowo myślących,
patriotycznych obywateli Polski są jak relikwie. Dlatego liczyłem na to, że
katastrofa ta będzie odpowiednio uszanowana i do jej wyjaśnienia zastosowane
zostaną wyjątkowe procedury, tak jak wyjątkowe było to wydarzenie.

Niestety, jak wiemy, Rosjanie nie uszanowali nawet ciała prezydenta, a wrak
samolotu dalej niszczeje na płycie lotniska. Dodatkowo raport MAK obarcza
całkowicie winą polską załogę i zdejmuje jakąkolwiek odpowiedzialność z
kontrolerów, którzy przyczynili się do tragedii.

– Nie bardzo rozumiem fakt, że kontrolerów tych przesłuchuje się po 10
miesiącach od katastrofy, przecież wspomnienia z 10 kwietnia 2010 r. coraz
bardziej zacierają się w ich pamięci. Istnieje biologiczny mechanizm wypierania
z pamięci człowieka rzeczy trudnych, niewygodnych i bardzo stresogennych. Z tego
powodu ci kontrolerzy mogą mieć teraz pamięć w pewnym stopniu niepełną. W
związku z tym wartość dowodowa ich zeznań po tak długim czasie od katastrofy, a
także po doświadczeniu przez nich unieważnienia ich pierwszych zeznań będzie
zdecydowanie mniejsza. O ile tłumaczenia jakichś protokołów czy badania jakichś
przedmiotów mogą odbywać się później, to zeznania świadków mają jedynie wartość
wtedy, gdy są zebrane zaraz po danym zdarzeniu.

Na stronach internetowych MAK opublikowano ekspertyzę sądowo-lekarską
dokładnych obrażeń, jakie odniósł w katastrofie gen. Andrzej Błasik. Spotkał się
Pan z taką praktyką?

– Nie. Opublikowanie przez MAK na powszechnie dostępnej stronie internetowej
szczegółowego opisu stanu zwłok śp. gen. Andrzeja Błasika uważam za
nieprzypadkowe, celowe ugodzenie w emocje i odczucia jego najbliższej rodziny, a
także, wraz z informacją o alkoholu we krwi, działanie mające podważyć wizerunek
Wojska Polskiego. Podobną zagrywką wobec rodzin wszystkich ofiar było
odtworzenie nagrania krzyków pasażerów tuż przed uderzeniem samolotu o ziemię.
Te decyzje świadczą o tym, że współczucie wobec naszego narodowego nieszczęścia
wśród obywateli sąsiedniego kraju nie było powszechne.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj