Przed startem widzialność 3 tys. metrów
Przed startem z Okęcia załoga rządowego tupolewa dysponowała
ogólnodostępną prognozą pogody opisującą warunki atmosferyczne panujące na
Siewiernym. Z prognozy wynikało jednoznacznie, że nie było żadnych przesłanek do
tego, by nie podejmować lotu, bo warunki do lądowania były w momencie startu
maszyny dobre. Pułkownik Edmund Klich, polski akredytowany przy MAK publicznie
sugerował, jakoby już przed startem wiadomo było, że w Smoleńsku nie ma warunków
do lądowania. Trudno orzec, gdzie pułkownik Klich pozyskał tę informację, bo
tego typu spekulacjom przeczą osoby, które bezpośrednio zabezpieczały lot.
"10 kwietnia rano na wojskowym lotnisku w Warszawie szykująca się do startu
załoga tupolewa nie dostała prognozy pogody od stacji meteo. Nie dostała, bo
stacja nie otrzymała jej od Rosjan. Dlatego dowódca załogi kapitan Protasiuk
odmówił wylotu. Tłumaczył, że nie wiedząc, jakie będą warunki atmosferyczne, nie
może zdecydować się na taki lot. W takiej sytuacji maszyna nie miała prawa
startować. Ten lot w ogóle nie powinien się odbyć" – powiedział jednemu z
brukowych pism płk Edmund Klich. Tuż przed odlotem na płycie lotniska miała
panować nerwowa atmosfera, padać ostre słowa, a lot do Smoleńska miał wymusić na
mjr. Arkadiuszu Protasiuku gen. Andrzej Błasik, który zamiast dowódcy statku sam
składał prezydentowi meldunek o gotowości maszyny do startu. Z informacji, do
których dotarł "Nasz Dziennik", jednoznacznie wynika, że słowa Klicha to
kłamliwe insynuacje. Załoga Tu-154M nie miała przed wylotem szczegółowej, typowo
wojskowej meteorologicznej prognozy pogody na Siewiernym, przysłanej z Rosji, bo
nie udostępnili jej Rosjanie. Piloci dysponowali jednak dostępną w systemie
ogólnym prognozą meteorologiczną, gdzie nie było mowy o żadnej mgle, bo warunki
w Smoleńsku były dobre. Już w trakcie lotu, o godz. 8.20, ze Smoleńska przyszła
informacja, że mogą wystąpić mgły.
Co mówi procedura
Jak tłumaczy w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" były pilot specpułku, procedura z
dostępem do prognozy meteo jest następująca: biuro meteorologiczne na danym
lotnisku (w tym przypadku Siewiernyj) wystawia komunikat meteorologiczny na dany
lot. Okęcie albo Centrum Hydrometeorologiczne Sił Powietrznych wystawia
prognozę, taki komunikat meteorologiczny na dany lot. Tak było w przypadku 10
kwietnia. Z informacji, do których dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że oficer
pełniący z 9 na 10 kwietnia br. służbę dyżurnego operacyjnego w Centrum
Hydrometeorologii Sił Powietrznych nie zgłaszał w swoich meldunkach jakiegoś
szczególnego pogorszenia się pogody w Smoleńsku. Z jego relacji wynika, że nic
nie wskazywało na brak możliwości realizacji przelotu samolotu Tu-154M z
prezydentem RP na pokładzie na trasie Warszawa – Smoleńsk.
Czego załoga nie dostała ze Smoleńska
Prognoza przekazana 10 kwietnia o godz. 6.20 do Dyżurnej Służby Operacyjnej COP
mówiła, iż widzialność w Smoleńsku wynosi 1000-3000 m przy silnym zamgleniu,
chmury stratus h-120-180 m, co umożliwiało podjęcie decyzji o wylocie z Okęcia.
Trzeba tu podkreślić, że dyżurny opierał swoją wiedzę na ograniczonych
informacjach przysyłanych mu co trzy godziny z lotniska w Smoleńsku. Były to
tylko depesze "SYNOP", brak zaś było depesz "METAR" i "TAF". Wiadomo bowiem, o
czym milczy Edmund Klich, że od około roku polskie wojskowe służby
meteorologiczne mają poważne trudności w pozyskiwaniu danych meteo z lotnisk
wojskowych Federacji Rosyjskiej. W tym m.in. właśnie z lotniska Smoleńsk
Siewiernyj. Pomimo starań strony polskiej do tej pory nie wypracowano ze stroną
rosyjską systemowego rozwiązania gwarantującego niezawodność ich pozyskiwania. –
Sprawa z przekazywaniem z Rosji danych meteorologicznych od lat jest
nieuporządkowana. Rosjanie w dalszym ciągu nie przekazują danych
meteorologicznych do systemu, dlatego tak to wygląda. Załoga Tu-154M nie mogła
dysponować dokładną prognozą pogody ze Smoleńska, bo tam nie ma lotniskowej
stacji meteorologicznej. Dopiero 10 km od Smoleńska jest cywilna stacja
meteorologiczna. Każdy pilot poleciałby jednak do Smoleńska, by na miejscu
ocenić warunki i w razie ich braku polecieć na lotnisko zapasowe lub wrócić
bezpiecznie do kraju, na co pozwalał zapas paliwa – mówi były pilot specpułku.
Dziwi więc kategoryczne, niepodparte dowodami twierdzenie płk. Edmunda Klicha,
że rządowy tupolew lecący na uroczystości do Katynia nie miał prawa opuścić
Okęcia. – Edmund Klich opowiada bzdury, bo jeżeli na końcowym lotnisku nie ma
pogody, a jest pogoda na lotniskach zapasowych, przynajmniej jednym, to lot
wykonuje się zgodnie z przepisami. Opowiadanie, że na lotnisku końcowym nie było
pogody, więc lot nie powinien się odbyć, jest naginaniem wiedzy do swoich
potrzeb. Jeżeli są lotniska zapasowe, loty się odbywa. Załoga zawsze ma wybór,
wrócić na swoje lotnisko albo wylądować na zapasowym. Gdyby było tak, jak mówi
płk Klich, w rzeczywistości żaden lot by się nie odbył, a przynajmniej te
długodystansowe – zaznacza nasz drugi rozmówca, również pilot 36. Specjalnego
Pułku Lotnictwa Transportowego, który przeszedł do rezerwy.
Nikt się nie obrażał na lotnisku
"Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, gdy pilot odmówił lotu, na płycie
lotniska zaczęły się gorączkowe rozmowy z załogą. Do lotu przekonywał Protasiuka
m.in. szef sił powietrznych generał Andrzej Błasik (58 l.), który był na
lotnisku jako członek prezydenckiej delegacji do Katynia" – można było
przeczytać w jednym z brukowców. Wszystko to nieprawda, jak nieprawdziwy jest
wiek generała Błasika podany przez tę gazetę. 11 października tego roku generał
skończyłby bowiem 48, a nie 58 lat. – Jeżeli Protasiuk odmówił lotu, to powinien
odmówić od początku do końca. Nie ma czegoś takiego, że pilota ktoś zmusza do
lotu, bo jak? Wepchnie go po schodach na górę i położy mu ręce na stery? Jeżeli
mówi, że nie leci, to nie leci, albo jak leci, to leci. Nie może mówić, że nie
leci, lecąc! To załoga podjęła decyzję, że leci – mówi były pilot specpułku,
który dobrze znał majora Protasiuka. Nie było też żadnej dyskusji i ostrej
wymiany zdań, jak również złożenia meldunku prezydentowi o gotowości do startu
przez samego gen. Błasika. Relacje osób, które bezpośrednio zabezpieczały lot do
Smoleńska i były przed odlotem Tu-154M na płycie Okęcia, są diametralnie różne
od historyjki Edmunda Klicha, Stefana Gruszczyka, Roberta Latkowskiego czy
Piotra Łukaszewicza, którzy wynurzali się w TVN 24 na temat tego, co działo się
przed startem.
Był monitoring: meldował Protasiuk w asyście Błasika
– Nieprawdą jest, że na płycie lotniska panowała przed wylotem do Smoleńska
jakakolwiek nerwowa atmosfera. Był pełny spokój, wszyscy cieszyli się, że mogą
razem lecieć do Katynia, by uczcić 70. rocznicę mordu na polskich oficerach. Nie
było żadnych nerwowych rozmów, wszyscy byli w bardzo dobrych humorach. Przed
wylotem siedzieli, pili kawę, czekając na prezydenta. Długo zresztą nie czekali,
wszystko odbyło się normalnie, tak jak powinno być – relacjonuje "Naszemu
Dziennikowi" osoba, która była na płycie Okęcia. Nieprawdą jest również, jakoby
gen. Andrzej Błasik kogokolwiek brał na dywanik, że wywierał jakąś presję na
pilotów. – Nikt nie był świadkiem czegoś takiego, nie wiem, skąd takie
informacje ma Edmund Klich. Zamiast zająć się tym, co do niego należy, produkuje
plotki. Jak można cały czas szarpać te osoby, które już nie żyją? – pyta
oburzona wdowa po dowódcy Sił Powietrznych Ewa Błasik. – Wiem od ludzi, którzy
obsługiwali ten wylot, że odbywał się on w pełnej zgodzie. Mąż chciał w jakiś
sposób nadać szczególny charakter tej wizycie polskiej delegacji, podkreślając
wagę tego lotu do Katynia. Powiedział więc, że chciałby asystować kpt.
Protasiukowi przy składaniu meldunku panu prezydentowi. To był jego pierwszy lot
z prezydentem, wcześniej z nim nie latał. Nieprawdą jest, że mąż sam składał mu
meldunek, bo byli razem z kpt. Protasiukiem, by było bardziej uroczyście.
Zresztą są przecież nagrania z monitoringu, na których można to zobaczyć –
dodaje pani Błasik. Dementuje również spekulacje, jakoby gen. Błasik był w
jakimś konflikcie z mjr. Protasiukiem. Przypomina, że się lubili, a jej mąż
osobiście odznaczał dowódcę tupolewa, który rozbił się na Siewiernym, na
początku tego roku za lot z misją humanitarną na Haiti. – Wszelkie insynuacje o
jakiejś niezgodzie między nimi są nieprawdziwe. Tak mówią chorzy ludzie, którzy
chcą wypłynąć na tym nieszczęściu. Zresztą rozmawiałam z panią Magdaleną
Protasiuk, żoną kpt. Protasiuka, która powiedziała mi, że jej mąż nigdy złego
słowa nie powiedział na temat mojego męża. I to się dla mnie liczy, a nie jakieś
kłamliwe spekulacje żądnych sensacji ludzi, które można między bajki włożyć –
podkreśla Ewa Błasik.
Wściekły Klich rzuca słuchawką
Lot bez jakiejkolwiek prognozy pogody i naciski, by złamać regulamin wojskowy,
to przestępstwo. Pułkownik Edmund Klich, posiadając taką wiedzę, powinien
zgłosić to prokuraturze. "Nasz Dziennik" zwrócił się do polskiego akredytowanego
z zapytaniem, czy wiedzą na temat przestępstwa podzielił się z prokuraturą i
jakimi dysponuje dowodami na poparcie swoich tez.
Pułkownik jednak nie chciał z nami rozmawiać i po krótkiej chwili rzucił
słuchawką. – Proszę pana, dzwoniła już pani od was, wyście napisali wczoraj taki
tekst, że nie rozmawiam z wami w ogóle, nie będę tu prostował nic, bo żeście
takie wnioski wyciągali z niektórych faktów – wyrzucił ze złością Klich, zanim
zdążyliśmy zadać pierwsze pytanie. W taką wściekłość wpadł po lekturze tekstu
"Bankructwo teorii Edmunda Klicha" we wtorkowym "Naszym Dzienniku", w którym
obnażyliśmy prawdę o jego roli w modulowaniu tonu narracji o katastrofie
smoleńskiej.
"Nasz Dziennik" zapytał też Naczelną Prokuraturę Wojskową, czy płk Edmund Klich
będzie przesłuchany w charakterze świadka i czy zostanie postawiony mu zarzut
zatajenia wiedzy o przestępstwie złamania regulaminu wojskowego.
Zanim jednak prokuratura zdążyła odpowiedzieć, dr płk Edmund Klich odwołał to,
co wcześniej powiedział "Faktowi". – Ja nie mówię, że to jest nieprawda. Ja tego
nie powiedziałem. Nie mam materiałów na ten temat. Powiedziałem jedynie, że
samolot nie powinien startować z lotniska Okęcie, bo na lotnisku w Smoleńsku nie
było już wtedy odpowiednich warunków atmosferycznych – oświadczył Klich w
rozmowie z PAP.
– W tej sytuacji sam pan chyba rozumie, dlaczego Wojskowa Prokuratura Okręgowa w
Warszawie nie komentuje tej wypowiedzi. A co do pytania o zarzuty wskazanemu
przez pana oficerowi, to – jak już wielokrotnie wypowiadaliśmy się w tym
zakresie – o postawieniu jakiejkolwiek osobie jakichkolwiek zarzutów opinia
publiczna dowie się ewentualnie po wykonaniu tej czynności procesowej –
powiedział "Naszemu Dziennikowi" płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy Naczelnej
Prokuratury Wojskowej.
– Edmund Klich cały czas gra w tym samym zespole, który próbuje przepchnąć tezę
o tym, jakoby odpowiedzialność za katastrofę smoleńską ponosili przede
wszystkim: gen. Andrzej Błasik, załoga tupolewa i Siły Powietrzne RP, a
pośrednio Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – mówi wprost jeden z byłych
pilotów specpułku, dobrze znający dr. Klicha.
Piotr Czartoryski-Sziler
