Wolność krzyżami się mierzy

Należę do ludzi, których miejsce, gdzie 10 kwietnia spadł rządowy samolot,
przyciąga jak magnes – jeszcze zanim stamtąd odjadę, już zaczynam za nim
tęsknić. Chwilami myślę, że byłabym gotowa rozbić tu namiot lub rozstawić
przyczepę kempingową – by cały czas być blisko, by móc się tu codziennie
modlić…

Listopadowy wyjazd przedstawicieli Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 miał jednak
na celu nie tylko odwiedzenie tego miejsca, ale także jego odmienienie. Naszym
staraniem na miejscu katastrofy stanął duży drewniany krzyż, zawisła tu również
tablica upamiętniająca śmierć członków prezydenckiej delegacji. Wierzymy, że
dokonaliśmy czegoś ważnego, czegoś, co nadało temu zaniedbanemu i opuszczonemu
skrawkowi ziemi charakter miejsca pamięci narodowej. Nadało godność i powagę,
której tak konsekwentnie odmawia mu oficjalna władza – tak jak tym, co zginęli,
odmawia się uczciwego śledztwa, w tym np. profesjonalnego potraktowania dowodów
rzeczowych. Bo chyba trudno uznać za profesjonalizm rozbijanie przez kałmuckiego
barbarzyńcę samolotowych okienek czy wpuszczenie na teren katastrofy
okradających zwłoki złodziei…

Niszczenie śladów
Nasze upamiętnienie tego miejsca jest też swoistą kontrakcją dla prowadzonej tu
metodycznie akcji zacierania wszelkich śladów kwietniowej katastrofy. Działania
te rzucają się w oczy zwłaszcza wtedy, gdy przyjeżdża się tutaj w regularnych
odstępach czasu. Z niewiadomych powodów pierwszą ofiarą prowadzonej akcji są
drzewa. Po lesie, w którym rozbił się tupolew, za chwilę nie będzie śladu – tak
szybko rozrasta się błotnista łysina otoczona pryzmami wykarczowanych brzóz. W
związku z tym niełatwo przyszło spełnienie złożonej ochoczo przyjacielowi
obietnicy przywiezienia ze Smoleńska małej brzózki – tyle ich przecież
poprzednim razem rosło dookoła, że wykopanie jednej wydawało się dziecinnie
prostym zadaniem. Teraz trzeba odejść sto metrów, by napotkać pierwsze drzewa, a
i te padną zapewne wkrótce ofiarą przyjętego założenia o likwidacji lasu wokół
Siewiernego. Mimo to drzewko udało się przywieźć – ma zostać zasadzone w Płocku,
obok rosnącej tam już katyńskiej sosny.
Wycięcia drzew dokonano również w miejscu, gdzie leżało oderwane skrzydło
samolotu – tu też wśród hałd świeżo nawiezionego piachu leżą stosy brzezinowego
chrustu. Oglądaliśmy je po drodze do jaru, nad którego krawędzią stoi
bieda-barak kryjący w sobie ponoć radiolatarnię. Kawałek dalej wznoszą się trzy
osmolone prowizoryczne żerdzie z niechlujnie zawieszonymi na nich reflektorkami
– to ponoć tzw. pierwsza bramka, światłem wyznaczająca drogę lądowania. Jak
zapewnia nas towarzyszący nam dziennikarz, tych byle jakich świateł z całą
pewnością nie było widać w panującej 10 kwietnia mgle.
W zupełnie innej osi widnieją skoszone czubki drzew, dobitnie ukazując, że
powtarzane przez wieżę słowa: "Jesteś na kursie i ścieżce", ani przez chwilę nie
odpowiadały prawdzie.

Sowiecka spuścizna
Podobnie jak poprzednim razem zdołaliśmy w drodze przez Białoruś odwiedzić
Kuropaty, miejsce, gdzie spoczywają rzesze ofiar NKWD. Ten las także wygląda
inaczej niż miesiąc wcześniej. Stojące tu samozwańcze krzyże – bo państwo nijak
nie zamierza oficjalnie upamiętnić tutejszych masowych ofiar – padły w dużej
części ofiarą wandali; leżąc na ziemi z rozkrzyżowanymi ramionami, przypominają
martwych ludzi. Potraktowano je z takim samym okrucieństwem i pogardą jak tych,
którzy śpią w głębi tutejszej ziemi.
Ten ponury widok budzi jednak tchnącą pewnym optymizmem myśl. Po drugiej stronie
potężnej szosy, biegnącej tuż przy kuropackich mogiłach, wznosi się osiedle
wielkich mieszkalnych bloków, z których okien widać NKWD-owskie cmentarzysko.
Nie ma wątpliwości, że mieszkający w nich ludzie wiedzą, w jakim sąsiedztwie
wzniesiono ich domy, i nie ma szans, żeby przeoczyli dokonaną tu dewastację. A
jednak leżące w mokrej trawie krzyże (powalono bodaj 30 z nich) nie budzą w
nikim sprzeciwu. Gdyby to była Polska…
Gdyby to była Polska, mieszkańcy tych budynków już następnego dnia zwołaliby
pospolite ruszenie i na powrót te krzyże ustawili. Pewnie akcją dowodziłby
miejscowy proboszcz, pewnie na pomoc ruszyliby ludzie mieszkający nieco dalej,
może nawet w innych miejscowościach. Gdyby to była Polska… Rozważania o
wyższości jednych kultur nad innymi nie mieszczą się w kanonie politycznej
poprawności, ale to owej wyższości przecież nie likwiduje. Dzięki Ci, Boże, za
mój Naród, za nasze przywiązanie do krzyża, za odwagę sprzeciwu wobec zła…
Cóż możemy więcej dać naszym bliskim, prócz tego symbolu wykraczającej poza grób
nadziei? Poza wizytą w Katyniu, która już zawsze, za każdym razem, będzie mieć
wymiar dokończenia ich misji? Podobno wolność krzyżami się mierzy… Jeśli tak,
to przynieśliśmy świadectwo tej wolności na smoleńskie lotnisko.

Magdalena Merta
 

Autorka jest wiceprezesem Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010, pracownikiem IPN.
Wdowa po śp. Tomaszu Mercie, wiceministrze kultury i dziedzictwa narodowego,
który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku.

drukuj