Biurokracja nie przejmuje się zimą

Zatopione dwa razy przez tegoroczną powódź Sokolniki k. Sandomierza to
dziś jeden wielki plac budowy. Wyburzane są zniszczone przez żywioł domy,
wylewane fundamenty pod nowe, stawiane mury, kładzione dachy, wykańczane
wnętrza. Wszędzie widać ogromny pośpiech, by zdążyć przed zimą i nie oddać
państwu przyznanych na remont czy odbudowę domu pieniędzy.

Choć minęła już połowa października i zima tuż, tuż, w obejściu pani Marii Rękas
dopiero teraz rozpoczęła się budowa nowego domu. Na wylanych tydzień temu
fundamentach właśnie wznoszone są ściany.
– Jeśli pogoda nie pokrzyżuje nam planów, to za osiem dni powinniśmy oddać dom w
stanie surowym, z wylanymi posadzkami, stropem, pokryty dachem – zapewnia
kierownik budowy.
Problem jednak w tym, że pani Maria nie ma jeszcze pieniędzy na tę inwestycję.
Naglona zbliżającą się zimą rozpoczęła budowę, dysponując tylko rodzinnymi
oszczędnościami i odszkodowaniem z firmy ubezpieczeniowej. Wciąż czeka jeszcze
na fundusze obiecane przez rząd. Chce skorzystać z programu przewidującego
wypłatę świadczenia na odbudowę domu powyżej 100 tys. złotych.
– Pieniądze nie zostały jeszcze zatwierdzone przez jakąś radę w Rzeszowie. Jak
nie dadzą, to po niedzieli trzeba będzie jechać i pytać, bo oni sami niczego nie
powiedzą – mówi zaniepokojona kobieta.
– Mama kupiła już trochę materiału, ale jak to dłużej potrwa, trzeba będzie
stanąć z budową, bo za darmo nikt nic nie da i nie będzie robił – włącza się do
rozmowy pani Cecylia Myszka, córka pani Marii.
Na wszelki wypadek pani Rękas remontuje również kącik w budynku gospodarczym,
gdzie będzie mogła spędzić zimę.
Powódź zabrała jej nie tylko dorobek życia, ale i męża Stanisława, który zmarł w
czasie kataklizmu. Pani Maria uważa, że uniknęła śmierci tylko dzięki
przytomności jego umysłu. To mąż postawił i przywiązał drabinę sięgającą okna na
poddaszu budynku gospodarczego. Ledwo schronili się na strychu, gdy 3-metrowa
woda pogrążyła ich parterowy dom.
– Cały czas wołałam o ratunek, ale choć środkiem wsi płynęły łodzie ratunkowe,
taki był szum, że nikt mnie nie słyszał. Już nas zalewało na strychu, gdy
wreszcie po 3,5 godziny sąsiadka usłyszała nas i skierowała tu pomoc – wspomina
dramatyczną powodziową noc pani Maria.
W czasie kataklizmu państwo Rękasowie stracili wszystko. Meble, lodówka,
telewizor poszły z wodą. Utopiło się stado 50 kur, kaczki, dwa psy. I to
wszystko działo się na ich oczach.
– Biedne te psiny siedziały na kopce i skomlały, a my nie mogliśmy im pomóc –
wspomina ze łzami w oczach.
Wyratowani z powodzi państwo Rękasowie trafili najpierw do Rozwadowa. Później
pani Maria poważnie zachorowała i dwa tygodnie spędziła w szpitalu. Jej mąż
Stanisław wrócił do zalanego domu. – Nie wytrzymał widoku kompletnej ruiny
naszego dorobku życia i się rozchorował – opowiada pani Maria Rękas. – Zabrali
go do szpitala, sześć dni leżał na oddziale intensywnej terapii i zmarł 10
czerwca.
– Co ja przeżyłam, gdy wyszłam ze szpitala – załamuje ręce kobieta. – Nasz
cmentarz był zalany, dlatego chowaliśmy męża w wypożyczonym miejscu na cmentarzu
w Dębowie. Leżał tam cztery miesiące. W połowie października była ekshumacja i
przewiezienie ciała na nasz cmentarz. Musiałam za to zapłacić dodatkowo 1200
złotych.
Murowany dom państwa Rękasów nie wytrzymał naporu wody. Z powodu popękanych
murów zaraz po powodzi komisja stwierdziła, że nadaje się tylko do rozbiórki.
Jeszcze w sierpniu z pomocą rodziny i sąsiadów pani Maria przeprowadziła
rozbiórkę budynku. Odzyskała trochę cegły, drewno zostało pocięte na opał. Pani
Maria musiała zapłacić 5 tys. zł za wywóz tego, co zostało z domu.
– Powiem panu, że teraz liczy się każda złotówka, bo firmy śpiewają sobie bardzo
dużo. Wszystko poszło w górę. Podrożały: cement, wapno, cegła. Nie dość, że
straciliśmy wszystko, to teraz wszyscy z nas zdzierają. Mówią: "dostaliście
pieniądze, to płaćcie" – żali się pani Maria.
Rozpoczęła budowę domu tak późno, bo wbrew telewizyjnym zapewnieniom władz, że
wnioski powodzian będą rozpatrywane niezwłocznie, bardzo długo trwało
załatwianie wszystkich formalności.
– Ciągali nas w kółko i do starostwa, i do gminy po te wszystkie zezwolenia,
plany. Dobrze, że mi dzieci i wnuczki pomagały, bo sama nie dałabym rady –
wspomina.

Zima w kontenerze
Choć w Sokolnikach w wielu obejściach stoją kontenery mieszkalne, tylko
nieliczne rodziny decydują się na spędzenie w nich zimy. Od lipca w kontenerze
mieszka pan Stanisław Chara i nie jest zachwycony panującymi w nim warunkami.

– W lecie tak się nagrzewał, że cały czas chodził wiatrak – opowiada pan
Stanisław. – Teraz znów ziąb. A gdy się dłużej siedzi w środku, to woda spływa
po ścianach, bo nie ma żadnego wentylatora, a blacha "nie oddycha" – dodaje.
Przed powodzią mężczyzna mieszkał w wydzielonej części budynku gospodarczego,
gdzie miał kuchnię, pokój i ganek. Wszystko zatopiła wysoka na 3,5 metra fala.

– Gdy powódź szła, słychać było taki szum, że choć całe życie niczego się nie
bałem, to wtedy poczułem, co to trwoga – wspomina z przejęciem pan Stanisław. –
Tak to szybko nastało, że niczego nie udało mi się wynieść i uratować. Ledwo sam
uciekłem na strych. Gdy przypłynęli po mnie następnego dnia rano, już i tam
podchodziła woda.
Gdy fala ustąpiła i Stanisław Chara zobaczył ogrom zniszczeń, o mało się nie
rozpłakał. Jednak pozbierał się, wyczyścił ze szlamu to, co zostało z jego
dobytku, zaczął osuszać mieszkanie. Wtedy przyszła druga powódź. Po ponownym
ustąpieniu wody już nie miał sił do robienia czegokolwiek.
– Straciłem wiarę w sens tej roboty, zamieszkałem w kontenerze, ale w końcu znów
musiałem wziąć się w garść, bo widzę, że zimy w nim nie da się przetrzymać –
wskazuje mężczyzna. – Niestety jestem po udarze i nie mogę ciężko pracować –
dodaje.
Teraz kontener ogrzewa elektrycznym "słoneczkiem".
– Ale to ciągnie za dużo prądu, więc włączam tylko na dwie godziny dziennie. Na
razie nie marznę w nocy, bo śpię pod dwoma kołdrami – uspokaja mężczyzna.
Przed zimą pan Stanisław zamierza przeprowadzić się do swojego jeszcze mokrego
mieszkania, które można ogrzać piecem. Obsadził już nowe drzwi i okno. Ale na
większy remont nie ma środków. Wprawdzie komisja wyceniła remont lokalu na 43
tys. zł, ale jeszcze nie dostał ani złotówki. Chce wyprowadzić się z kontenera
także ze względów finansowych, gdyż od listopada trzeba będzie za niego płacić
prawie 300 zł miesięcznie, a jego renta wynosi 530 zł, z czego na lekarstwa
wydaje 110 zł miesięcznie.
Pan Stanisław twierdzi, że dotąd nie korzystał z opieki społecznej, ale tym
razem nie będzie miał wyboru.
– Żeby przeżyć tę zimę, pójdę do opieki, może choć na węgiel dadzą – zapowiada.

Bardziej optymistycznie podchodzą do perspektywy spędzenia zimy w kontenerze
państwo Alina i Janusz Śpiewakowie. Rozebrali już swój dom zniszczony przez
powódź, ale budowę nowego planują dopiero w przyszłym roku. Koszt odbudowy
został wyceniony na 126 tys. i państwo Śpiewakowie liczą na otrzymanie
świadczenia w takiej wysokości.
– To się trochę przeciąga, ale i tak w zimie nic byśmy nie wybudowali, więc
lepiej poczekać. Teraz liczy się każdy grosz, a gdybyśmy dostali tyle, na ile
odbudowa została wyceniona, to byłoby to o jedną czwartą więcej niż standardowa
pomoc, a więc gra warta jest świeczki – wyjaśnia pani Alina.
Państwo Śpiewakowie podjęli odważną decyzję, że razem z dwójką synów w wieku 10
i 12 lat spędzą zimę w kontenerze. Przystosowali już jednoizbowy blaszak do
wspólnego, rodzinnego życia. Chłopcy mają wydzielone miejsce do nauki, śpią na
piętrowych łóżkach. Blaszany domek stoi obok budynku gospodarczego, w którym
rodzina ma urządzoną kuchnię i łazienkę.
– W razie najgorszego schronimy się u moich rodziców, którzy już po powodzi
trochę odremontowali swój dom – mówi pani Alina.
Małżeństwo stara się nie narzekać na warunki panujące w kontenerze. – Poza tym,
że jest ciasno, nie jest tragicznie – uspokaja Janusz Śpiewak.
– Z tym że w środku zaczyna się rosić, a w zimie będzie gorzej – zastrzega pani
Alina.
Państwo Śpiewakowie ogrzewają kontener piecykiem elektrycznym z termostatem.
Liczą się z tym, że zimą będzie to kosztowne, ale z drugiej strony mają
nadzieję, że nie wyniesie ich to więcej niż normalne opłaty za sezon grzewczy.

Gdy państwo Śpiewakowie mówią o pomocy, której doświadczyli w ciężkich chwilach,
na ich twarzach pojawia się wzruszenie.
– Spotkaliśmy się z naprawdę wielką życzliwością i ofiarnością. Najbardziej
pomogło nam nie państwo, ale rodzina, znajomi, a także całkiem obcy ludzie –
opowiadają. – Do dziś dzwonią, pytają, jak się czujemy, czego potrzebujemy,
robią zbiórki wśród znajomych i pomagają nam cały czas. Dostaliśmy od nich wiele
rzeczy, które po powodzi bardzo się przydały. I ta pomoc trwa nadal. Dosłownie
kilka dni temu zatrzymało się obok naszego kontenera zupełnie nieznajome
małżeństwo. Jak się okazało – z Zamościa. Zaproponowali, że mogą zaopatrzyć nas
na zimę w warzywa i płody rolne. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że
dookoła jest tyle ludzi dobrej woli.
Państwo Śpiewakowie zaplanowali, że ich nowy dom będzie piętrowy, z poddaszem.
To teraz w Sokolnikach i na większości terenów popowodziowych standard.
– Wystarczy przejechać się po wsi, by zobaczyć, jak wszyscy do domów parterowych
dobudowują piętra i poddasza, gdzie w razie powodzi będzie można się schronić –
mówi Janusz Śpiewak. – Niestety, żyjemy tu, gdzie żyjemy. Trzeba być
przygotowanym na najgorsze – dodaje.

Pieniądze przyszły za późno
Rzeczywiście, na placu budowy nieopodal posesji państwa Śpiewaków widać, jak
parterowy dom podwyższany jest o jedną kondygnację. W środku skute do czerwonej
cegły ściany, wylane świeżo schody i strop. Panu Józefowi Nowakowi dopiero
tydzień temu przyznano pieniądze na remont zniszczonego w trakcie powodzi domu i
teraz toczy walkę z czasem, by zakończyć prace przed zimą. Pomagają mu w tym
rodzina i sąsiedzi – prawdziwe pospolite ruszenie. Pan Józef musi się spieszyć
także z powodu bezdusznych przepisów nakazujących powodzianom rozliczenie się z
otrzymanej pomocy do 10 grudnia. Niewykorzystane pieniądze trzeba będzie
zwrócić.
Wprawdzie władze obiecują, że po Nowym Roku niewykorzystane środki będą znów do
wzięcia, jednak panuje powszechna nieufność wobec deklaracji polityków i ludzie
obawiają się, że raz oddane pieniądze przepadną.
Józefa Nowaka zmuszają do pośpiechu także fatalne warunki bytowe, w jakich
przyszło teraz żyć jego rodzinie. Przypominają najbardziej zapuszczone slumsy.
Pięcioosobowa rodzina z małym wnuczkiem mieszka w wydzielonej plandekami części
stodoły. W tak wygospodarowanym "pokoju" znajdują się: żelazny piecyk, tzw.
koza, blat służący za stół i jedno wielkie legowisko, na którym śpi cała
rodzina.
Do czasu powodzi pan Józef (36 lat pracy w Hucie Stalowa Wola) żył z emerytury i
gospodarstwa rolnego.
– Niczego nam nie brakowało – opowiada gospodarz ze łzami w oczach. – Był dom i
w domu wszystko było, a teraz nie ma nic, dosłownie gołe ściany – rozkłada ręce.

Mężczyzna nie może pogodzić się z nieszczęściem, które spotkało jego rodzinę, i
nie przebierając w słowach, oskarża o to obecne władze.
– Po zatopieniu naszego domu chodziłem jak żebrak – opowiada. – Mieszkaliśmy
trzy dni w Nisku, kolejne trzy w Mokoszynie, później w Gorzycach, aż wreszcie
nie wytrzymaliśmy i wynajęliśmy mieszkanie, bo baliśmy się o zdrowie wnuczka. Za
mieszkanie płaciliśmy tysiąc złotych za miesiąc.
Trudno odmówić Józefowi Nowakowi zapobiegliwości. Zaraz po "drugiej wodzie",
jeszcze w lipcu, gdy tylko ziemia nieco podeschła, wzmocnił fundamenty domu tak,
aby wytrzymały ciężar jeszcze jednego piętra. Po tegorocznych doświadczeniach
jak wielu innych powodzian uznał, że mieszkanie w parterowym domu na terenie
zalewowym jest zbyt niebezpieczne. Z pomocą rodziny i znajomych skuł tynki w
całym domu, aby jak najszybciej przystąpić do remontu. Jednak na rozpoczęcie
prac musiał czekać aż do połowy października. Tyle trwało załatwianie wszystkich
formalności. Teraz pan Józef obawia się, że nie uda mu się skończyć remontu i
wydać przyznanych 80 tys. zł do 10 grudnia, jak ustalono w restrykcyjnych
przepisach.
– Nie ma takiej opcji, by skończyć przed zimą – mówi zrezygnowany. – Za późno
dostaliśmy te pieniądze. Wszystkich prac nie możemy wykonać sami z sąsiadami, a
firmy budowlane są tak zajęte, że trzeba czekać w długiej kolejce. A my nie mamy
czasu – dodaje.
W Sokolnikach niemal każdy ma jakiś żal do państwa, ale ludzi najbardziej
denerwuje panująca powszechnie bezduszna biurokracja.
– Pieniądze, owszem, można uzyskać, ale nie możemy liczyć na żadne ułatwienia ze
względu na naszą szczególną sytuację – mówi jeden z powodzian odbudowujący dom
rodzinny w Sokolnikach. – Na każdą decyzję administracyjną czeka się dokładnie
tyle co zwykle, nikt nie patrzy, że powodzian gonią terminy, bo nadchodzi zima,
a z pieniędzy trzeba rozliczyć się do grudnia. Nikogo to nie obchodzi.
 

Tekst i zdjęcia Adam Kruczek

drukuj