Ślady zostały już zatarte
Z dr. inż. Antonim Milkiewiczem, byłym głównym inżynierem Wojsk
Lotniczych, pilotem oraz specjalistą z zakresu badań wypadków
lotniczych, badającym m.in. katastrofę samolotu pasażerskiego Ił-62
w Lesie Kabackim, rozmawia Marcin Austyn
Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedział się Pan o katastrofie Tu-154M?
– Informacja ta dotarła do mnie z mediów w dniu tragedii. Tego samego dnia
dowiedziałem się też, że jest dla mnie zaproszenie ze strony Instytutu
Technicznego Wojsk Lotniczych do wzięcia udziału jako ekspert w pracach na
miejscu katastrofy. Do Smoleńska dotarłem 11 kwietnia w godzinach
popołudniowych. Pracowały tam służby rosyjskie, które kończyły etap przeglądania
i szukania różnych elementów samolotu na miejscu wypadku.
Jako ekspert pracował Pan w Smoleńsku i Moskwie w pierwszych dniach po
wypadku. Czy działania podejmowane wówczas przez Rosjan były prawidłowe?
– Przede wszystkim doszło do pewnego nieporozumienia polegającego na tym, że z
obu stron badanie wypadku rozpoczęły komisje wojskowe, po czym dowiedziałem się,
że badanie przejmuje komisja cywilna. Jak można było się zorientować z
informacji przekazywanych przez media, ze strony rosyjskiej prym wiodła ich
generalna prokuratura, która wdrożyła śledztwo. To jest odwrócenie kota ogonem.
Prokuratorskie śledztwo można prowadzić po określeniu przyczyn wypadku lub na
zaawansowanym etapie procesu badania katastrofy lotniczej, gdyż celem śledztwa
jest wykrycie winnych, a nie przyczyn wypadku. Prokurator sam nie jest w stanie
określić przyczyn katastrofy. Owszem, może to zrobić, ale w sposób pośredni,
poprzez przesłuchiwanie biegłych w tym zakresie. Jest to jednak proces niezwykle
długotrwały. Zatem wszystkie czynności powinna wykonywać właściwa komisja
badania wypadków lotniczych i ona powinna tylko wyselekcjonowane informacje
przekazywać społeczeństwu. Ta komisja jest bardzo silnie pod tym względem
umocowana w międzynarodowych przepisach, w tzw. aneksie 13 konwencji
chicagowskiej.
Chce Pan powiedzieć, że w Smoleńsku komisja i prokuratura przeszkadzały sobie
w pracach?
– Nie chciałbym tak tego określić, ale wydaje mi się, że to zamieszanie, jakie
powstało, opóźniało prace. Trzeba tu wiedzieć, że badanie katastrof lotniczych
na terenie Federacji Rosyjskiej jest bardzo specyficzne. Tam nie można być
uległym, bo tacy ludzie nie cieszą się szacunkiem. Co innego gdy człowiek jest
twardy, zdecydowany. W Rosji, jeśli się ma argumenty, nie można prosić, trzeba
żądać.
Skąd wynikło to pomieszanie kompetencji? Zabrakło tej twardości?
– To efekt tego, że mamy już trzecią komisję badającą ten wypadek. Jak już
wspomniałem, najpierw sprawę podjęły komisje wojskowe i to odpowiadało sytuacji,
jaka zaistniała: wojskowe lotnisko, wojskowy samolot, wojskowa załoga… Jednak
po dniu Rosjanie zmienili komisję na cywilną, nastała inna sytuacja, wszedł
opacznie interpretowany aneks 13 i Rosjanie wprowadzili swoją prokuraturę. Do
tej sytuacji nasza prokuratura musiała się dostosować. Nie miała innego wyjścia.
Ponadto z naszej strony powstała trzecia komisja pod przewodnictwem ministra
Jerzego Millera.
W efekcie słyszymy o zaniedbaniach, o tym, że teren nie został właściwie
przeszukany.
– To, że znajdowane są różne rzeczy na miejscu katastrofy, jak np. nity, drobne
odłamki konstrukcji samolotu, nie jest sprawą nadzwyczajną przy tego rodzaju
wypadkach.
Znajdowano jednak większe elementy, także urządzenia z kokpitu…
– Metodyka badania wypadków lotniczych, bez względu na stawiane hipotezy
przyczyn, nakazuje skrupulatnie zbadać wrak samolotu. To trzeba wykonać. To jest
tylko jedna z czynności komisji. Wstępne badania wykonuje się na miejscu
wypadku, bez ruszania części samolotu. Na miejscu katastrofy podkomisja
techniczna powinna wykonać badania, udokumentować wszystko na zdjęciach i
filmach, oznaczyć wzajemne położenie części, wykonać bardzo dokładny szkic
miejsca wypadku itd. Dopiero wówczas przewodniczący podkomisji technicznej
wyraża zgodę na zabranie szczątków. Decyzję tę musi zaakceptować przewodniczący
komisji, który zarządza uwolnienie miejsca wypadku ze szczątków.
Czy ta kolejność została zachowana w Smoleńsku?
– Nie. W tym przypadku tak się nie działo. Na drugi czy trzeci dzień po wypadku
przyjechały maszyny i wszystko zostało zabrane. To było nieprawidłowe działanie.
Potem wrak został "poskładany" i leży od pół roku pod gołym niebem. Czas mógł
już zatrzeć niektóre ślady?
– W tej chwili sprawa zabezpieczenia wraku jest jakby kwestią już tylko
symboliczną. Po tym, co do tej pory przeszedł ten wrak, niewiele pozostało do
zbadania. Widzieliśmy w telewizji, jak postronni ludzie, mając dostęp do
szczątków, łomem rozbijają maszynę. Wiele rzeczy zostało zniszczonych podczas
przenoszenia. Dlatego dziś wrak ma coraz mniejsze znaczenie dla ekspertów.
Oczywiście trzeba go zbadać, ale jeśli już, to na miejscu, w którym obecnie się
znajduje. Nie należy teraz przewozić go do Polski, bo przy okazji zostanie on
całkowicie zniszczony. Tego nie wolno zrobić. Eksperci podkomisji technicznej
powinni pojechać do Smoleńska i tam wykonać badania. Z pewnością są one
potrzebne, jednak stan techniczny samolotu podczas lotu można określić na
podstawie zapisów dokonanych przez pokładowe rejestratory parametrów lotu i
pracy urządzeń samolotu.
Pan ma swoją ocenę tego, co się wydarzyło w Smoleńsku w czasie tragicznego
lotu?
– Pozwólmy, by wykazała się tu nasza komisja. Wprawdzie mam co do niej pewne
zastrzeżenia, bo – jak wspomniałem – ta powołana przez ministra MSWiA jest już
trzecią komisją badającą ten wypadek, a ponadto pracują w niej osoby, które nie
powinny się w niej znaleźć. Tam powinni być ludzie, którzy w sposób idealny
znają swoją dziedzinę (z zakresu lotnictwa), którzy ponadto doskonale znają
metodykę badania wypadków lotniczych. Tych uwarunkowań jest więcej. Tymczasem w
komisji znajdziemy np. specjalistę od budowy dróg i mostów. Nie rozumiem tego.
Jeśli komisja uważałaby, że taki specjalista byłby potrzebny, to on mógł być
powołany w roli eksperta. Wówczas wyrażałby swoją opinię na piśmie, a komisja
zajmowałaby w tej kwestii własne stanowisko. Jednak wówczas ów ekspert nie
miałby wpływu na protokół końcowy.
Dziękuję za rozmowę.
