Obama tuszuje rozmiar katastrofy?

Biały Dom został oskarżony o zmanipulowanie raportu dotyczącego ilości
ropy unoszącej się nadal na wodach Zatoki Meksykańskiej, która dostała się tam w
wyniku wybuchu na platformie wiertniczej należącej do brytyjskiego koncernu BP.
Jak donosi brytyjski dziennik "The Guardian", w oceanie nadal pozostaje 75 proc.
ropy, pomimo informacji amerykańskiego rządu, że większość surowca została
usunięta lub uległa naturalnej biodegradacji.

Kiedy tylko zakończy się ostatni etap cementowania odwiertu, który ma
doprowadzić do całkowitego jego uszczelnienia, federalne agencje mają
przedstawić ostateczny raport dotyczący zniszczeń spowodowanych przez wyciek
oraz skutków jego usuwania. Jak czytamy w brytyjskiej gazecie, przedstawiane do
tej pory informacje i szczątkowe raporty nie odzwierciedlają prawdziwej
sytuacji, jaka panuje w zatoce. Podaje ona, że administracja Baracka Obamy
rysuje zbyt optymistyczny obraz tych wydarzeń. – Ostatnie raporty mówią o tym,
że ponad 75 proc. ropy zostało już zebrane, a to nie jest prawda – stwierdził
John Kessler z Uniwersytetu A&M w Teksasie. – Faktem jest jednak, że co najmniej
50, a nawet 75 proc. materiału, który wydostał się z odwiertu, ciągle pozostaje
w wodzie. Jest po prostu w niej rozpuszczony lub rozproszony – ocenia ekspert.
Wczoraj ostatecznie wtłoczono do uszkodzonego szybu planowaną ilość cementu,
który to etap miał ostatecznie zakończyć jego uszczelnianie. Jednakże jak
zaznaczyły krajowe władze, nie oznacza to jeszcze końca prac. – To nie jest
jeszcze koniec operacji, choć mamy już pewność, że ropa nie wycieka – stwierdził
nadzorujący ją z ramienia rządu USA admirał Thad Allen. Takie informacje nie
zadowalają jednak pozarządowych organizacji badających środowiska, a także
oczywiście ugrupowań Zielonych i pokrewnych im stowarzyszeń. Twierdzą oni, że
informacje doradcy Białego Domu ds. energii i klimatu Carol Browner, iż
większość ropy została już usunięta, są zwyczajnym kłamstwem. Ich spostrzeżenia
potwierdzają m.in. obserwacje i badania wykonane przez władze Luizjany, które
informują, że na wybrzeża i plaże w pobliżu miejscowości Saint Bernard,
Plaquemines oraz Jefferson wciąż napływają nowe pokłady i plamy ropy. Także
Susan Shaw, dyrektor Instytutu Badań nad Środowiskiem Morskim (Marine
Environmental Research Institute), zaznacza, że z rządowego raportu wynika, iż
większość surowca już zniknęła z powierzchni oceanu. – To nie jest prawda. Ponad
50 proc. wciąż jest w wodzie – mówi Shaw. Jak podkreślają naukowcy, końcowy
raport będzie musiał wyjaśnić także kilka innych bardzo problemowych kwestii,
m.in. to, w jaki sposób udało się oszacować ilość ropy, która uległa
biodegradacji.
Terry Hazen, przewodniczący krajowego laboratorium ekologicznego badającego
wyciek z platformy BP, stwierdził, że jego zespół badawczy nie natrafił na żadne
ślady ropy ani na powierzchni, ani w głębi oceanu w promieniu 100 km od
uszkodzonego szybu. – Cokolwiek przedostało się do środowiska naturalnego, jest
niewykrywalne w słupie wody ani na jej powierzchni – stwierdził Hazen. Dodał, że
ta sytuacja nie dotyczy przybrzeżnych bagien oraz niektórych plaż, a rząd zdaje
sobie sprawę, że tam nadal może być ropa. Rządowy ekspert podkreśla, że mogło
dojść do pewnych nieścisłości, jeśli chodzi o ilość usuniętych zanieczyszczeń, a
to ze względu na trudności w dokładnym ocenieniu rozmiarów katastrofy. Jak
zaznacza "The Guardian", te niuanse przyćmiło jednak oficjalne ogłoszenie wydane
przez Biały Dom, jakoby konsekwencje wycieku były o wiele mniej poważne, niż
początkowo się obawiano. Amerykańscy komentatorzy podkreślają, że jeśli
rzeczywiście doszło do prób zmanipulowania raportów, to ze względu na zbliżające
się wybory do Kongresu, które odbędą się w listopadzie. W związku z tym, że
wszelkie sondaże wskazują, iż rządzący Demokraci mogą ponieść w nich porażkę,
starają się oni obecnie pokazać jako sprawnie działający, nawet w czasie tak
potężnych katastrof jak ta w Zatoce Meksykańskiej.
 

Łukasz Sianożęcki

Biały Dom został oskarżony o zmanipulowanie raportu dotyczącego ilości
ropy unoszącej się nadal na wodach Zatoki Meksykańskiej, która dostała się tam w
wyniku wybuchu na platformie wiertniczej należącej do brytyjskiego koncernu BP.
Jak donosi brytyjski dziennik "The Guardian", w oceanie nadal pozostaje 75 proc.
ropy, pomimo informacji amerykańskiego rządu, że większość surowca została
usunięta lub uległa naturalnej biodegradacji.

Kiedy tylko zakończy się ostatni etap cementowania odwiertu, który ma
doprowadzić do całkowitego jego uszczelnienia, federalne agencje mają
przedstawić ostateczny raport dotyczący zniszczeń spowodowanych przez wyciek
oraz skutków jego usuwania. Jak czytamy w brytyjskiej gazecie, przedstawiane do
tej pory informacje i szczątkowe raporty nie odzwierciedlają prawdziwej
sytuacji, jaka panuje w zatoce. Podaje ona, że administracja Baracka Obamy
rysuje zbyt optymistyczny obraz tych wydarzeń. – Ostatnie raporty mówią o tym,
że ponad 75 proc. ropy zostało już zebrane, a to nie jest prawda – stwierdził
John Kessler z Uniwersytetu A&M w Teksasie. – Faktem jest jednak, że co najmniej
50, a nawet 75 proc. materiału, który wydostał się z odwiertu, ciągle pozostaje
w wodzie. Jest po prostu w niej rozpuszczony lub rozproszony – ocenia ekspert.
Wczoraj ostatecznie wtłoczono do uszkodzonego szybu planowaną ilość cementu,
który to etap miał ostatecznie zakończyć jego uszczelnianie. Jednakże jak
zaznaczyły krajowe władze, nie oznacza to jeszcze końca prac. – To nie jest
jeszcze koniec operacji, choć mamy już pewność, że ropa nie wycieka – stwierdził
nadzorujący ją z ramienia rządu USA admirał Thad Allen. Takie informacje nie
zadowalają jednak pozarządowych organizacji badających środowiska, a także
oczywiście ugrupowań Zielonych i pokrewnych im stowarzyszeń. Twierdzą oni, że
informacje doradcy Białego Domu ds. energii i klimatu Carol Browner, iż
większość ropy została już usunięta, są zwyczajnym kłamstwem. Ich spostrzeżenia
potwierdzają m.in. obserwacje i badania wykonane przez władze Luizjany, które
informują, że na wybrzeża i plaże w pobliżu miejscowości Saint Bernard,
Plaquemines oraz Jefferson wciąż napływają nowe pokłady i plamy ropy. Także
Susan Shaw, dyrektor Instytutu Badań nad Środowiskiem Morskim (Marine
Environmental Research Institute), zaznacza, że z rządowego raportu wynika, iż
większość surowca już zniknęła z powierzchni oceanu. – To nie jest prawda. Ponad
50 proc. wciąż jest w wodzie – mówi Shaw. Jak podkreślają naukowcy, końcowy
raport będzie musiał wyjaśnić także kilka innych bardzo problemowych kwestii,
m.in. to, w jaki sposób udało się oszacować ilość ropy, która uległa
biodegradacji.
Terry Hazen, przewodniczący krajowego laboratorium ekologicznego badającego
wyciek z platformy BP, stwierdził, że jego zespół badawczy nie natrafił na żadne
ślady ropy ani na powierzchni, ani w głębi oceanu w promieniu 100 km od
uszkodzonego szybu. – Cokolwiek przedostało się do środowiska naturalnego, jest
niewykrywalne w słupie wody ani na jej powierzchni – stwierdził Hazen. Dodał, że
ta sytuacja nie dotyczy przybrzeżnych bagien oraz niektórych plaż, a rząd zdaje
sobie sprawę, że tam nadal może być ropa. Rządowy ekspert podkreśla, że mogło
dojść do pewnych nieścisłości, jeśli chodzi o ilość usuniętych zanieczyszczeń, a
to ze względu na trudności w dokładnym ocenieniu rozmiarów katastrofy. Jak
zaznacza "The Guardian", te niuanse przyćmiło jednak oficjalne ogłoszenie wydane
przez Biały Dom, jakoby konsekwencje wycieku były o wiele mniej poważne, niż
początkowo się obawiano. Amerykańscy komentatorzy podkreślają, że jeśli
rzeczywiście doszło do prób zmanipulowania raportów, to ze względu na zbliżające
się wybory do Kongresu, które odbędą się w listopadzie. W związku z tym, że
wszelkie sondaże wskazują, iż rządzący Demokraci mogą ponieść w nich porażkę,
starają się oni obecnie pokazać jako sprawnie działający, nawet w czasie tak
potężnych katastrof jak ta w Zatoce Meksykańskiej.
 

Łukasz Sianożęcki

drukuj