Tanie państwo skończyło się pod Smoleńskiem

Z dr. hab. Witoldem Modzelewskim, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego,
ekspertem w dziedzinie finansów i polityki podatkowej, prezesem Instytutu
Studiów Podatkowych, rozmawia Mariusz Bober

Rząd planuje podnieść stawkę podatku VAT oraz niektóre inne obciążenia
fiskalne. Czy to pomoże w zwiększeniu dochodów budżetowych?

– Od dwóch lat wiadomo było, że nie uciekniemy od podwyżek podatków. Dziś jednak
podniesienie stawki VAT z 22 do 23 proc. nie rozwiąże problemu niedoboru
dochodów budżetowych. W najlepszym wariancie da to 7 mld zł w 2011 roku. To o
wiele za mało.

Windowanie podatków to skutek jedynie tzw. walki z dziurą budżetową czy także
świadomości realnego zadłużenia państwa?

– Sposób prezentacji długu publicznego zależy od pewnych założeń
metodologicznych. W oficjalnej wersji wielkości długu rzeczywiście widać nadmiar
optymizmu. Ale nie "odstajemy" wcale od innych krajów pod względem kreatywnej
księgowości publicznej. Najważniejsze – jak zwykle – są bieżące potrzeby
sfinansowania wydatków, bo nikt nie myśli w kategoriach długofalowych. Mimo tej
zapowiadanej podwyżki dług będzie nadal rósł.

Kazus Grecji pokazuje, jak to może się skończyć…
– Ale tak naprawdę nie znamy obecnie rzeczywistej i całkowitej skali zadłużenia
całej Unii Europejskiej i innych ważniejszych państw. Pod tym względem jesteśmy
bardziej w sferze obaw niż wiedzy. Od lat politycy nauczyli się ukrywać złe
informacje, bo żyliśmy w świecie "przymusu osiągania sukcesów". Gdy ich nie
było, kreowano optymistyczną rzeczywistość. To już "pospolity grzech"
współczesnej polityki. Nie lubimy złych informacji, a potem udajemy
zaskoczenie…

Wiemy natomiast, że jednym z głównych składników przyszłego czy może też już
obecnego długu, według niektórych sięgającego nawet 220 proc. PKB, jest deficyt
ZUS…

– Zapewne tak. Choć jest on wielką niewiadomą najbliższych lat: po prostu nie
wiemy, ile trzeba będzie do niego dopłacić. Jeśli Fundusz Ubezpieczeń
Społecznych już dziś zadłuża się na zewnątrz, także w bankach, by móc wypłacać
świadczenia emerytalno-rentowe, to po prostu mamy nierozwiązany podstawowy
problem ubezpieczeń społecznych w Polsce. Dynamika wzrostu wydatków z FUS oraz
wielkość składek zależy od wielu czynników obiektywnych (np. demografia) oraz
subiektywnych (wad systemu). Oznacza to, że gdyby budżet państwa miał pokrywać
wszystkie wynikające z tego niedobory, to jest rzeczą oczywistą, że przy obecnym
stanie dochodów budżetowych – nie stać nas na to już obecnie i nie będzie nas
stać na to w przyszłości bez radykalnych wzrostów obciążeń podatkowych. Sądzę,
że skala brakujących środków jest dużo większa niż ta, która jest nam oficjalnie
prezentowana. To już jest – jeśli nie bomba, to co najmniej wielka niewiadoma…

Nie jedyna…
– Kolejna to problem tego, co nazywamy drugim i trzecim filarem. Ponieważ one
również mogą mieć wpływ na wielkość długu publicznego. Tu jednak należałoby
powołać niezależnego audytora, który potrafiłby ocenić, jakie są perspektywy na
pokrycie przez drugi filar ubezpieczeń emerytalnych przyszłych zobowiązań z tego
tytułu wobec obecnych i przyszłych emerytów. Przecież składki na OFE są
obowiązkowe, tak jak inne podatki. Dlatego jeśli przyszłe wypłaty będą rażąco
odbiegać od oczekiwań ubezpieczonych, przyszli emeryci mogą oczekiwać od państwa
wyrównania świadczeń przynajmniej do poziomu pozwalającego na zabezpieczenie ich
podstawowych środków do życia. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że już
widzimy całkowitą klęskę trzeciego filara. Według ostatnich danych liczba
indywidualnych kont emerytalnych spadła do ok. 800 tysięcy, a liczba tych
aktywnych (na które są wpłacane środki) wynosi ok. 260 tysięcy… Tych
zaległości już nie da się odrobić. A przecież trzeci filar miał być
zabezpieczeniem dla przyszłych emerytów na wypadek, gdyby świadczenia z
pierwszych dwóch filarów były (a będą!) niewystarczające.

To zaś oznaczałoby gigantyczny wzrost obciążeń dla budżetu państwa?
– A także wzrost zadłużenia. Tyle że państwo nie ujawnia części zobowiązań jako
długu sektora finansów publicznych. Nie wierzę zresztą, że istniejące struktury
państwowe będą należycie monitorować poziom zadłużenia całości tego sektora. Nie
wszystkie ważne raporty na ten temat muszą być dyskutowane publicznie, ale one
muszą być sporządzane i analizowane przez władze państwowe, które nie mogą
uchylić się od koniecznych, choć głęboko niepopularnych posunięć.

Pojawiają się ostrzeżenia, że kraje Eurolandu mogą próbować przerzucić koszty
obsługi swoich zobowiązań socjalnych wobec własnych społeczeństw na Polskę po
ewentualnym przyjęciu w naszym kraju euro. Zgadza się Pan z taką opinią?

– W tej tezie również może być wiele prawdy. Ponieważ sama istota Unii
Europejskiej związana jest z przenikaniem się systemów emerytalnych państw
członkowskich. Przykładem jest zjawisko występujące w sytuacji, gdy podmiot
będący polskim podatnikiem, świadczącym usługi w Polsce, jest pracodawcą na
terenie innego kraju. Zatrudnia się pracowników w oddziale zagranicznym,
świadcząc usługi w kraju, w którym ma on siedzibę. Wiele osób postępuje w ten
sposób, płacąc składki w państwie, w którym są one niższe, a później pobiera
świadczenia emerytalne z państwa, które oferuje wyższe świadczenia. Korzysta w
ten sposób z przywileju, że dany kraj więcej dopłaca do systemu emerytalnego.
Ale przerzucanie ciężaru świadczeń emerytalnych na polski system już się
dokonuje. Choć występuje także proces odwrotny – przerzucania ciężaru
finansowania emerytur Polaków, którzy pracowali w innych krajach, dzięki
wykorzystaniu innej wysokości płaconych w nich składek. Dziś tak naprawdę nikt
już nad tym nie panuje. Wejście Polski do strefy euro pewnie pogłębiłoby to
niebezpieczeństwo. Nasz rząd powinien monitorować ten proces przynajmniej po to,
by wiedzieć, czy nie powoduje to dalszej destabilizacji systemu emerytalnego.
Jesteśmy skazani na "optymalizację" emerytur, a władze publiczne nie potrafią
temu przeciwdziałać.

Tymczasem w najbliższych latach czeka nas jeszcze wiele innych wydatków.
– To problem całego 20-lecia III RP. Przez cały ten czas redukowaliśmy funkcje
państwa, a przede wszystkim zaniechaliśmy wielu wydatków, które mogą być
sfinansowane wyłącznie z pieniędzy publicznych. To był element wiary, że niski
deficyt utrzymuje w ryzach inflację. W tym czasie redukowano także wydatki na
inwestycje, a nawet remonty, co doprowadziło do ogólnej dekapitalizacji majątku
publicznego. Te redukcje spowodowały niezwykłą, wciąż nieoszacowaną skalę
zjawiska "odłożonych wydatków". I nie chodzi tylko o przysłowiowe polskie drogi.
To również problem nieremontowanych sieci kolejowych, "ciężkiej" energetyki,
gospodarki wodnej itd. Żadne przedsiębiorstwo nie jest samo w stanie udźwignąć
sfinansowania tych inwestycji zaniedbywanych przez 20 lat, a może nawet dłużej.
W ten sposób odłożyliśmy na przyszłość gigantyczne inwestycje finansowane w
istocie przez państwo lub z dużym jego udziałem. Konsekwencją tego "odkładania"
było redukowanie misji państwa. Tymczasem żaden prywatny biznes nie wyręczy go w
tej roli, może co najwyżej współdziałać, i to tylko w niewielkim zakresie.

Skala potrzeb w tej dziedzinie idzie w miliardy złotych.
– Gdybyśmy chcieli oszacować skalę tego rodzaju wydatków zarówno z budżetu
państwa, samorządów, jak i państwowych firm, to wiadomo tylko tyle, że… są to
gigantyczne pieniądze. Powinniśmy przynajmniej spróbować określić jej prawdziwą
wielkość na najbliższe 5 lat. To również jest ukryty dług, który został
przeniesiony na nowe pokolenia… Myślę, że w sposób symboliczny ten okres
redukowania państwa w ostatnim 20-leciu zakończył 10 kwietnia 2010 roku.
Spektakularne i tragiczne wydarzenia przyspieszają bieg historii. Czas wreszcie
zacząć wyrównywać te zaniedbania, a to oznacza wzrost obciążeń podatkowych.

Niektórzy uważają, że łatwo można zwiększyć wpływy do budżetu bez obciążania
społeczeństwa, poprawiając sprawność systemu poboru i ściągalności podatków,
które są bardzo nieefektywne.

– Zapewne tak, ale to tylko część odrabianych zaległości w rządzeniu. Obecny
system podatkowy odchodzi w przeszłość razem z kończącą się epoką, bo przecież
od lat żyjemy w cyklach 20-letnich. Musimy go na nowo stworzyć, gdyż tylko wtedy
możemy poprawić ową egzekucję podatków.

Czy w obecnej sytuacji rządowe plany konsolidacji finansów publicznych sprzed
około roku mają jeszcze sens?

– To już są dokumenty historyczne, na które trochę szkoda czasu. Wprowadzanie w
dzisiejszej sytuacji np. kas fiskalnych dla lekarzy i prawników to gra pozorów.
Dziś konieczne jest napisanie od nowa wszystkich ustaw, które wprowadzają
podatki dochodowe, majątkowe oraz obrotowe (VAT i akcyza). Samo zwiększenie
restrykcji obecnego systemu nie przyniesie oczekiwanych efektów.

Jakie działania powinien więc podjąć rząd?
– Powinniśmy zacząć od oszacowania przynajmniej dwóch kwot. Pierwsza to
rzeczywista wielkość dopłat do całego systemu ubezpieczeń społecznych w ciągu
najbliższych 10 lat. Po drugie, trzeba sobie odpowiedzieć, jaka jest wielkość
koniecznych wydatków z tytułu zaniechań w finansowaniu szeroko rozumianej
infrastruktury publicznej. Potem trzeba po prostu zawrzeć nową umowę społeczną,
w której państwo zobowiąże się do wypełnienia zadań, których oczekujemy od niego
i które muszą być określone, a ich koszty policzone, zaś obywatele zobowiążą się
do płacenia podatków w takiej skali, które wystarczą do realizacji tych zadań.
Już wiadomo, że będzie to kosztować znacznie więcej niż obecnie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj