Marszałek miał niespójną i agresywną kampanię
Z dr. Bartłomiejem Biskupem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego,
rozmawia Paulina Jarosińska
Jakie strategiczne błędy w kampanii popełnił Bronisław Komorowski?
– Moim zdaniem, w tej kampanii była duża niespójność. Mówiono o jedności,
zgodzie, a z drugiej strony widać było jakąś kumulację agresji, zarówno ze
strony członków sztabu wyborczego, jak i przede wszystkim poszczególnych
ministrów rządu Donalda Tuska: Radosława Sikorskiego, Jana Rostowskiego. W
Polsce nigdy negatywne kampanie nie dawały dobrych skutków. Ta właśnie
niespójność przekazów mogła dać taki efekt. Nie oznacza to, że PiS nie
atakowało, ale po stronie Komorowskiego było tych ataków więcej i były one
bardziej widoczne. Dalej, liczba wpadek, lapsusów Komorowskiego mogła również
mieć znaczenie. Społeczeństwo widziało, jakie decyzje podejmuje jako pełniący
obowiązki prezydent, jak się zachowuje, więc automatycznie mogło oceniać.
Komorowski na początku mówił, że nie powoła nikogo oprócz szefa w Kancelarii
Prezydenta i szefa BBN. Tak się nie stało. Powołał choćby prezesa NBP, co było
krokiem do uzyskania pewnego elektoratu. Myślę więc, że na wyniku wyborów mogły
zaważyć głównie niespójności w kampanii.
Do jakiej części społeczeństwa odwoływał się kandydat PO? Na kim mu
najbardziej zależało?
– Zależało mu z jednej strony na elektoracie lewicowym Napieralskiego, a z
drugiej – na elektoracie młodym, który przesądził o zwycięstwie PO w 2007 roku.
Nie wiemy jeszcze dzisiaj, czy te grupy w ogóle poszły na drugą turę, ale
oczywiste jest, że na przekazie do nich skupił się w swojej kampanii Komorowski.
Czy środowa debata mogła przekonać część jeszcze niezdecydowanych do któregoś
z kandydatów i przesądzić tym samym o wyniku wyborów?
– Ta debata, według mnie, nie miała aż takiego znaczenia. Okazała się po prostu
potyczką słowną dwóch kandydatów. Nie wydaje mi się, żeby mogła przekonać
niezdecydowaną część elektoratu do Komorowskiego. Zresztą jak wskazywały
ostatnie sondaże, to Kaczyński miał tendencję wzrostową, a nie Komorowski.
Poparcie dla kandydata PO ostatnio raczej nie rosło, poziom był taki sam.
Czy można doszukiwać się w kampanii obydwu kandydatów jakichkolwiek
merytorycznych elementów?
– Kampania prezydencka w ogóle nie jest merytoryczna. Jest tylko i wyłącznie
wizerunkowa, i to akurat nie dziwi, ponieważ mamy do czynienia ze zjawiskiem
personalizacji. Głosujemy w wyborach prezydenckich przede wszystkim na osobę, a
co za tym idzie – wizerunek jest kluczowy. Jedyne, co moglibyśmy jakoś wpisać w
wątki programowe, to obietnice, które padały z obydwu stron już na finiszu
kampanii. Komorowski wspominał o podwyżkach, o wyjściu z Afganistanu, o tym, że
jesteśmy "zieloną wyspą", czyli przekazywał to samo, co rząd, ale nic ponadto.
Nie należało nawet oczekiwać, że wyborcy otrzymają od kandydatów jakieś
konkretne rozwiązania programowe. Ludzie zdają sobie sprawę z tego, że wybierają
osobę. Charakter wyborów i kompetencje prezydenta determinują raczej obietnice
niż konkret. Liczy się osobowość. Dlatego decydujące być może okazało się, jak
Komorowski zachowywał się w czasie pełnienia obowiązków prezydenta. Ludzie to
widzieli i oceniali, czy jest silną osobowością, czy jest konsekwentny.
Niespójności, o których mówiłem, mogły w znacznym stopniu wpłynąć na wynik
wyborów.
Dziękuję za rozmowę.
