Powódź, którą zajmie się prokurator

Janowiec to niegdyś miasteczko, a dzisiaj wieś na zboczu wzgórza
zamkowego, na którego szczycie piętrzą się monumentalne ruiny
XVI-wiecznej siedziby magnackich rodów Firlejów, Tarłów i Lubomirskich, a
dziś jednego z oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego. Wkomponowana w wiślaną
skarpę zabudowa Janowca malowniczo opada ku oddalonej o kilka
kilometrów Wiśle. Położona wyżej starsza część osady z kościołem i
zabudową głównej ulicy nie ucierpiała zbytnio z powodu szalejącej tu
przed czterema tygodniami powodzi. Pod wodą znalazło się jednak ok. 150
budynków w niższej części gminy, a także sady, łąki, pola uprawne, które
po ustąpieniu wody nie nadają się do użytkowania i wymagają
rekultywacji.

Tajemnicza wyrwa w wale

Po raz
pierwszy wał w Janowcu zaczął przeciekać, gdy Wisłą płynęła wielka woda w
czasie majowej powodzi. Przy udziale jednostek specjalistycznych straży
pożarnej, łodzi i nurków wyrwę i przeciek udało się zlikwidować. Kilka
godzin później woda przerwała wał w położonym po drugiej stronie Wisły
Wilkowie, zatapiając po raz pierwszy niemal całą gminę. Gdy w czerwcu do
Janowca zaczęła zbliżać się kolejna wielka woda, według prognoz jeszcze
większa od poprzedniej, wójt zarządził ewakuację mieszkańców. Ale
ludzie jak to ludzie, z ewakuacją ociągali się do końca, licząc na
solidność wałów i że jakoś to będzie.
Feralnej nocy 8 czerwca
10-kilometrowy odcinek wałów położonych na terenie gminy Janowiec
patrolowały dwie jednostki straży pożarnej, myśliwi, a także mieszkańcy.
Kilkunastominutowa przerwa w patrolu nastąpiła ok. godz. 23.00 w czasie
wymiany strażackich ekip. Właśnie wtedy w połowie odcinka nastąpiło
przerwanie wału.
– Były słabsze odcinki wałów zabezpieczane przez
strażaków, ale w tym akurat miejscu wał był szczególnie solidnie
zbudowany, nigdzie nie przeciekał, teraz gdy ustąpiła woda, widać jego
solidną strukturę umocnioną kamieniami i wikliną – mówi Tadeusz Kocoń,
wójt Janowca, potwierdzając swoje słowa w czasie krótkiej wizji
lokalnej. – Zresztą przejeżdżałem tędy samochodem kilkanaście minut
przed katastrofą i niczego podejrzanego nie zauważyłem. Do korony wałów
woda miała jeszcze grubo ponad metr – dodaje.
Do rana trwała
dramatyczna akcja ewakuacji ludzi z zalanych domów. Woda w najgłębszych
miejscach sięgała 5 metrów, ale obyło się bez ofiar, choć strażacy
stracili jeden samochód porwany przez wodę, gdy pertraktowali z
mieszkańcem, który się uparł, że nie opuści domu.
– Już spałam, gdy o
przerwaniu wału poinformował mnie ojciec – mówi Ewelina Ambryszewska,
pracownica gminy, która do godziny 21.00 rozwoziła posiłki pracującym na
wałach strażakom. – Udało mi się z synem wynieść na piętro wszystkie
rzeczy z wyjątkiem lodówki. Nie na wiele to się zdało. Woda wdarła się i
na piętro, zalewając je na wysokość dwóch pustaków. Wystarczyło, aby
zniszczyć prawie wszystko, co przenieśliśmy z dołu. Uratował się tylko
telewizor.

Milionowe straty

Ostatecznie woda
podtopiła w gminie Janowiec ok. 150 domów. Są zdewastowane w różnym
stopniu. Niektóre nadają się tylko do wyburzenia. Janowiec w czasie
ostatniej wojny był zniszczony w 90 proc. i z braku właściwych
materiałów budowlanych domy były klecone z miejscowego białego kamienia
wapiennego i gliny. To materiał łatwo chłonący wodę. Gdy doszło do
zalania, zawalały się ściany. U państwa Marioli i Jana Miszczaków w
podtopionym domu zawaliła się podłoga, która wraz z kuchnią, przewodem
kominowym i kawałkiem ściany wpadła do piwnicy. Inspekcja Nadzoru
Budowlanego w Puławach już wydała decyzję o zakazie użytkowania domu.
Woda
zalała też około tysiąca hektarów pól i sadów. Pola są zasypane
piaskiem i wymagają rekultywacji. Z majątku gminnego najbardziej
ucierpiała kanalizacja. Wójt odebrał już promesę na 5 mln zł z funduszu
powodziowego na odtworzenie infrastruktury gminnej, ale straty są
znacznie większe.
– Pomimo ponawianych apeli nie otrzymałem jeszcze
pieniędzy na wywóz śmieci popowodziowych – wskazuje wójt. – Ludzie
wyrzucają wszystko: lodówki, pralki, wersalki itd. Codziennie firma z
Puław wywozi na śmietnisko kontener za kontenerem, a ja im od 3 tygodni
nie zapłaciłem ani grosza. Jak tak dalej potrwa, to przestaną je
wywozić, a my tym razem utoniemy w śmieciach.
Zresztą i przenośne
toalety rozstawione po wsi serwisowane są przez firmę, która też czeka
na pieniądze.
– Są to wydatki sięgające kilkuset tysięcy złotych,
czyli grubo ponad możliwości gminy, zwłaszcza teraz, gdy do kasy
przestały napływać podatki – tłumaczy wójt Kocoń.

Życie wraca
do Janowca

Jednak największe straty ponieśli mieszkańcy
doświadczonej przez powódź gminy. Wójt Kocoń szacuje je na blisko
kilkanaście milionów złotych. Większość powodzian otrzymała już obiecaną
pomoc do 6 tys. zł, ale to kropla w morzu potrzeb.
– Do większości
zalanych domów już wraca życie – uważa ks. Janusz Socha, proboszcz
miejscowej parafii. – Sądzę, że większość zdąży z podstawowymi pracami
przed zimą – dodaje.
Widać to w piekarni Marii Adamskiej, gdzie trwa
remont prowadzony przez 7-osobowy personel.
– Woda zalała nam cały
zakład – wyjaśnia Krzysztof Adamski, syn właścicielki. – Największa
strata to zniszczony piec. Został już rozebrany. W przyszłym tygodniu
przyjdą fachowcy, aby postawić go na nowo. Około tygodnia będzie trwała
budowa, potem 5 tygodni suszenia. Myślę, że za dwa miesiące powinniśmy
ruszyć z wypiekiem pieczywa – mówi.
Właściciele piekarni remontują
obiekt własnym sumptem, ale liczą na odszkodowanie pozwalające na
wznowienie produkcji. Zakład był ubezpieczony.
– Te wypłaty z PZU nie
są zbyt duże i nie pokryją strat, które w samej piekarni przekraczają
100 tys. zł – mówi pan Krzysztof.
Właściciele nie zwalniają
pracowników i czekają na wejście w życie ustawy powodziowej.
Nie
załamuje się też Ewelina Ambryszewska, która przyznaje, że przeżyła
moment zwątpienia, gdy okazało się, iż powódź zniszczyła wyremontowane w
ubiegłym roku piętro domu, w którym mieszka.
– Ciężko się otrząsnąć,
gdy nagle człowiek się dowiaduje, że oto przepadły wszystkie
oszczędności, które poszły na ten remont – mówi. – A tu trzeba zrywać
nową podłogę, wełnę mineralną, skuwać tynki. I wszystko jak najszybciej,
żeby zdążyło wyschnąć.
Kobieta przyznaje, że najgorsza w powodzi
jest nie tyle woda, ile śmierdzący muł, który trzeba usunąć z domu.

To coś przypominającego gnojowicę wydzielającą nieopisany fetor – mówi z
obrzydzeniem, ale zaraz się uśmiecha: – Dobrze, że mam supersąsiadów, w
takich sytuacjach są niezastąpieni. I pomagają, i popilnują domu, gdy
jestem w pracy czy jadę nocować do Puław. Teraz to wszystko musi schnąć i
może pod koniec lata wezmę się za remont. Mam nadzieję, że do tego
czasu znajdą się obiecane powodzianom pieniądze…

Życie po
kataklizmie

Czarno widzi przyszłość Sabina Skorek
porządkująca swoje zatopione przez powódź po sam dach gospodarstwo. Jej
obejście wygląda rzeczywiście jak po przejściu kataklizmu. Na podwórku i
drodze przed domem piętrzą się stosy śmierdzących mebli, wykładzin oraz
domowych i gospodarskich sprzętów czekających na wywózkę. Pani Sabina
wraz z sąsiadem wśród strasznego smrodu wyrzuca właśnie zgniłe siano ze
stodoły. Chętnie pokazuje wnętrze zalanego, całkowicie opróżnionego
domu.
– Tu była łazienka, panele spuchły od wody, sufit obniżył się i
popękał, a tu kuchnia, pokoje, kotłownia. Obraz nędzy – podsumowuje. –
Nie ma co ugotować ani w czym ugotować. Nic kompletnie nie ma. Nie wiem
zupełnie, jak to dalej będzie. Gdybym jeszcze miała 50 lat, a nie 80 –
płacze kobieta.
Od czasu powodzi pani Sabina mieszka w świetlicy w
Janowcu. Boi się, że przyjdzie jej zimować w takich warunkach, gdyż nie
poradzi sobie z remontem, a syn, z którym mieszka, właśnie dostał pracę w
Puławach i nie będzie miał wiele czasu. Kobieta marzy, aby zamiast
odszkodowania na remont domu otrzymać od gminy czteroarową działeczkę z
malutkim domkiem, choćby w stanie surowym.
– Wtedy bym wyszła z tego
strachu i bagna i już tu nie wracała – mówi. – Bo tu nie ma życia. Po
pierwsze, nie mam za co domu wyremontować, a po drugie – przecież tu
woda może znowu przyjść. Ale w gminie mówią, że działki nie mają – mówi
zrezygnowana.

Płynie strumień pomocy

Wisła
powróciła już do swojego koryta, a w Janowcu o dramatycznych
wydarzeniach sprzed czterech tygodni przypominają jeszcze worki z
piaskiem leżące na głównej ulicy, ustawione co kilkadziesiąt metrów
kabiny WC i brunatna szarość wyłonionych spod brudnej wody sadów, łąk i
pól uprawnych. Z podtopionych łąk i sadów unosi się fetor, który nie
jest jednak odczuwany w wyżej położonym miasteczku. To efekt
zastosowania preparatu japońskiej firmy Greenland Technologia, mającej
swoją siedzibę w pobliskich Trzciankach. Akurat w czasie powodzi
odbywało się tam zebranie japońskich szefów i w geście solidarności
firma wyasygnowała 30 tys. euro na bezpłatną pomoc w zwalczaniu skutków
powodzi.
– Wykorzystaliśmy te środki na zakup surowców,
wyprodukowanie preparatu i na oprysk – mówi Paulina Zajączkowska z firmy
Greeland. – Nasza firma dysponuje japońską technologią, bardzo pomocną w
takich sytuacjach. Technologia ta, wykorzystująca efektywne
mikroorganizmy, była stosowana wielokrotnie w różnych katastrofach
ekologicznych na całym świecie w przypadku powodzi, trzęsień ziemi czy
tsunami.
– Efekt był naprawdę piorunujący, kładliśmy się spać
jeszcze w smrodzie, a obudziliśmy się w zupełnie innym świecie – mówi
ks. proboszcz Janusz Socha.
Na szczęście postawa szefów japońskiej
firmy nie należy do wyjątków i do powodzian z Janowca za pośrednictwem
gminy i miejscowej parafii płynie strumień pomocy. Działają dwa punkty
przyjmowania i wydawania darów – w kościele i w miejscowym technikum
technologii żywności.
– Obecnie nasza parafia ma 14 darczyńców z
różnych regionów Polski. Są to głównie parafie, które spontanicznie
zorganizowały zbiórkę darów dla powodzian. W sobotę, 3 lipca,
rozpoczynamy ich wydawanie – mówi ks. Janusz. – Mamy m.in. 6
telewizorów, zamrażarkę, lodówkę, dwie palety cementu, spore ilości
farby wewnętrznej do ścian, kleje, dużo butów, a ubrań roboczych to
chyba nie zabraknie dla nikogo, kto będzie chciał. Są też dary w postaci
środków chemicznych, żywności, nie brakuje nam odzieży ani wody, dla
rolników mamy zboże, siano, słomę.
Ksiądz Janusz odwiedził już
wszystkich swoich parafian poszkodowanych przez powódź.
– Mam na
liście 117 rodzin, które lada dzień dostaną pieniądze z Caritas. Będą to
kwoty po kilka tysięcy złotych dla każdej rodziny – mówi ksiądz
proboszcz.

Woda ustąpiła, wątpliwości pozostały

8
czerwca w nocy, na chwilę przed otrzymaniem wiadomości o przedarciu się
wody, wójt i sekretarz gminy, objeżdżając samochodem teren zagrożony
powodzią, zauważyli nad miejscem późniejszego przerwania wałów światła
helikoptera.
– Byliśmy od tego miejsca w odległości ok. 3 kilometrów
i zdziwiła nas obecność tej maszyny, któryś z nas nawet zażartował, że
to może UFO, ale przestało nam być do śmiechu, gdy chwilę później
otrzymałem informację o przerwaniu wałów – mówi wójt Tadeusz Kocoń. –
Później zaczęła się nocna gorączkowa akcja ewakuacji ludzi, więc się tym
specjalnie nie interesowałem – dodaje.
Jednak sprawa była na tyle
intrygująca, że kilka dni po akcji Tadeusz Kocoń skontaktował się z
Kamilem Wójcikiem, naczelnikiem straży pożarnej w pobliskich Oblasach,
który feralnej nocy dowodził jednostką strażacką na wałach i jako
pierwszy zawiadomił go o ich przerwaniu. Strażak potwierdził obecność
śmigłowca w czasie pęknięcia wałów.
– Są tu ludzie, którzy słyszeli
jakieś strzały, widzieli odjeżdżający samochód, ale ja podchodzę do tego
z rezerwą, gdyż wiadomo, że ludzie różne rzeczy mówią. Jednak
najbardziej intryguje mnie obecność tego helikoptera, który był widziany
przez co najmniej 3 osoby, a do którego nie przyznaje się żadna ze
służb – zastanawia się wójt Kocoń. – Gdyby ktoś chciał po cichu przerwać
wał, to zrobiłby to dokładnie w tym miejscu i w tym czasie, właśnie gdy
zmieniały się patrole. Nie wiem, jak było naprawdę, ale dla spokoju
swojego i mieszkańców w ubiegłym tygodniu złożyłem doniesienie w tej
sprawie do prokuratury w Puławach. Niech rozpoczną śledztwo i sprawdzą.
Na początek, co to był za helikopter i co tam robił.
Zdaniem wójta,
akcji przerwania wałów mogły dokonać tylko służby specjalne w celu
zminimalizowania ogólnych strat powodziowych. Zalanie pewnych terenów w
celu uchronienia innych, gdzie straty mogły być większe, mieści się w
logice działania tych służb, choć byłyby to działanie bezprawne.
Pytany,
co sądzi o celowym skierowaniu wody powodziowej z Wisły do Janowca, ks.
proboszcz Janusz Socha odpowiada, że podziela podejrzenia co najmniej
80 proc. mieszkańców.
– Jestem o tym prawie przekonany, tylko nie
mam dowodów – rozkłada ręce.

Adam Kruczek

drukuj