Marksiści z uśmiechniętymi twarzami

Z prof. Peterem A. Redpathem, wykładowcą filozofii z Uniwersytetu
Świętego Jana w Nowym Jorku, rozmawia Mariusz Bober

Jak
Pan ocenia skutki reform administracji Baracka Obamy? Stany Zjednoczone
rzeczywiście przekształcane są w socjalistyczny kraj?

– To nie
Obama wprowadza socjalizm do USA. Nurt ten jest obecny w naszym kraju od
XIX wieku. Na początku minionego stulecia marksizm zwiększał
oddziaływanie na amerykańskie związki zawodowe, a nieco później także na
przemysł rozrywkowy. Część najbardziej znanych na świecie amerykańskich
finansistów była socjalistami. Niektórzy są nimi również obecnie. Przed
Obamą socjalizm wlewał się do amerykańskiej kultury poprzez system
publicznego szkolnictwa, międzynarodowe banki. Był też wprowadzany przez
liderów związków zawodowych oraz polityków. Guru zachodnich mediów,
politycy i opinia publiczna na Zachodzie zasadniczo nie rozumieją natury
socjalizmu. Tymczasem wbrew temu, co myślą ludzie, polityczne czy
ekonomiczne nurty socjalizmu są jedynie odgałęzieniem tego, co można
nazwać zsekularyzowaną teologią protestancką, mitologią o naturze i
początkach świata. Dlatego jest on w rzeczywistości chrześcijańską
herezją. Mimo to część teologów uznała socjalizm za „historię
zbawienia”. Jest on przede wszystkim dzieckiem zsekularyzowanych
protestanckich intelektualistów (nazywanych też „oświeconymi”), którzy
poszukiwali w ten sposób „towarzysza” dla protestanckiej reformacji i
chcieli obrócić jej ostrze przeciwko tradycyjnym zachodnim religiom.
Stąd nienawiść współczesnych socjalistów do religijnych żydów, katolików
i protestantów. Dla socjalistów, np. ze środowiska gazety „New York
Times” – parafrazując słowa o. Richarda J. Newhousa – jedyny „dobry”
katolik, ewangelik czy żyd to zły katolik, protestant czy żyd…

Czyli
według Pana głównym terenem sporu z socjalizmem nie jest gospodarka ani
polityka, ale przede wszystkim konflikt światopoglądowy?


Socjaliści uważają, że to ludzka natura jest bogiem, który ewoluuje
poprzez uniwersalne doświadczenie tego, co nazywają „głosem sumienia”
albo „tolerancją”. Nie akceptują doktryny o grzechu pierworodnym.
Uważają, że człowiek rodzi się dobry, niewinny, a niektórzy pozostają
takimi przez całe życie. Uważają również, iż ludzka wolność zależy od
posiadania wiedzy naukowej, a ta może zrodzić się jedynie dzięki
przynależności do „właściwego systemu politycznego”. Dlatego według
nich, tylko ci ludzie, którzy należą do socjalistów, reprezentują
naprawdę naukowe poglądy i są wolni. Polacy dobrze wiedzą, że
marksistowska „historia zbawienia” odbywała się pod hasłem wyzwolenia
„proletariatu”, a tych, którzy go wykorzystywali, marksiści nazywali
„burżuazją”. Dzisiejsi socjaliści hasło „proletariat” zastąpili szyldem
walki o prawa grup będących „ofiarami”. Ich dokładne wskazanie zależy od
doraźnych uwarunkowań politycznych. Dlatego w tej roli raz mogą
wystąpić mniejszości etniczne, innym razem homoseksualiści, ugrupowania
polityczne, np. ruchy antywojenne, zwolennicy teorii globalnego
ocieplenia itd. Tych, którzy w ich mniemaniu wykorzystują te mniejszości
albo którzy po prostu sprzeciwiają się socjalistom, nazywają często:
nietolerancyjnymi, samolubnymi, chciwymi albo po prostu kapitalistami.

Dla
Europejczyków symbolem zwrotu ku socjalnemu podejściu w USA jest przede
wszystkim reforma zdrowotna Obamy, choć w Europie obowiązek posiadania
polisy zdrowotnej nie jest odbierany jako przejaw socjalizmu. Ale chyba
właśnie tak kojarzy się on konserwatywnym Amerykanom?


Europejczycy powinni trochę więcej wiedzieć i zastanowić się, z jakiego
to moralnego czy politycznego względu politycy mają prawo uważać, że
mogą nakazać obywatelom kupowanie polis ubezpieczeniowych, i to od
kontrolowanej przez rząd biurokracji. Europejczycy mają tendencję do
myślenia i postępowania w ten sposób, ponieważ w dużej mierze zniszczyli
rodzinę i niescentralizowane stowarzyszenia polityczne. W efekcie
problem, który w przeszłości mógł zostać rozwiązany na poziomie
lokalnym, teraz znalazł punkt zaczepienia w centralnym planowaniu i
opodatkowaniu. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby pomyśleć, żeby oddać
biurokratom uprawnienia do podejmowania decyzji w sprawie zdrowia
obywateli oraz ich życia? Obama dokonał zmian w amerykańskim systemie
opieki zdrowotnej, aby przejąć nad nim kontrolę i uczynić go zależnym od
amerykańskiej lewicy. Wiele lat wcześniej w taki sposób przejęła ona
nasz system edukacyjny. W efekcie amerykańscy nauczyciele są w
większości socjalistami, ponieważ lewicowi politycy sprawują nad nimi
kontrolę.

Jak ocenia Pan i inni amerykańscy konserwatyści
pozostałe zmiany wprowadzane przez administrację obecnego prezydenta?


Obama jest najgorszym prezydentem od czasów Jimmiego Cartera. Akceptuje
większość poglądów, które opisałem powyżej. Myślę, że celowo chce
zniszczyć amerykańską gospodarkę, szczególnie prywatne firmy, żeby
znacjonalizować jak największą część gospodarki i rozdać amerykańskie
bogactwo socjalistom zarówno w kraju, jak i tym poza naszymi granicami.
Kolejnym przykładem jest polityka imigracyjna. Prezydent odmówił
podjęcia działań mających na celu zabezpieczenie południowo-zachodniej
granicy przed inwazją do USA dilerów narkotykowych, ponieważ chciał w
ten sposób okazać „litość” nielegalnym imigrantom z Meksyku. Partia
Demokratyczna jest bowiem uzależniona od głosów imigrantów,
otrzymujących obywatelstwo USA, choć ludzie ci często nie mają pojęcia o
sytuacji naszego kraju. Prawicowi wyborcy nie popierają Obamy. Stracił
on już głosy centrowego, a nawet lewicowego elektoratu. Zraziła go
niekompetentna walka obecnej administracji z zanieczyszczeniem Zatoki
Meksykańskiej ropą wyciekającą z odwiertu koncernu BP. Lewica ma też za
złe Obamie niepowodzenia w wojnie w Afganistanie. Zdaje sobie bowiem
sprawę z tego, iż te wpadki prowadzą do konfliktów w samej Partii
Demokratycznej. To zapowiada, że w zbliżających się wyborach do Kongresu
będzie miał duże problemy.

Czyli obserwujemy radykalny zwrot
nastrojów politycznych w USA?

– Obama został zesłany przez Boga
konserwatywnemu ruchowi w USA. Dokonał on większych spustoszeń w
notowaniach Demokratów niż Bill Clinton. W ten sposób szybko rośnie
popularność konserwatystów w USA, także dzięki wpływom „zakorzenionej”
politycznej opozycji, przede wszystkim tzw. Ruchu Partii Herbacianej
[nazwa nawiązuje do herbacianej rewolucji, która zapoczątkowała walkę
Stanów Zjednoczonych o uniezależnienie się od korony brytyjskiej –
red.]. Ten ruch odegra znaczną rolę w listopadowych wyborach
parlamentarnych, a także w najbliższych wyborach prezydenckich [za 2
lata – red.].

Do jakiej wizji Ameryki będą przekonywać
wyborców konserwatyści? Jakie są największe różnice między Republikanami
a Demokratami?

– Generalnie największe różnice z Demokratami
polegają na tym, że oni są bardziej zideologizowani. Zasadniczo jednak
radykałowie z obu partii są kontrolowani przez socjalistów, ale
republikanie i umiarkowani demokraci nie zdają sobie sprawy z tego, że
polityka, którą realizują, często jest socjalistyczna. Jeśli chcecie
zrozumieć, jak socjalizm zaczął kontrolować amerykańską politykę od
końca XIX w. powinniście przeczytać książkę „Anglo-amerykański
establishment” Karola Quigleya [miał ogromny wpływ na kształtowanie
poglądów politycznych b. prezydenta USA Billa Clintona – red.]. Grupa,
którą wielu Amerykanów nazywa tradycyjnie „wschodnim establishmentem”,
ma ogromne wpływy polityczne w USA. Finansuje kampanie wyborcze zarówno
Demokratów, jak i Republikanów. W jej skład wchodzi wiele fundacji,
mediów, intelektualistów. Utrzymuje ona mające długą historię związki z
brytyjskimi socjalistami. Rząd Obamy jest praktycznie w rękach dawnych
radykałów studenckich, którzy m.in. organizowali protesty przeciwko
wojnie w Wietnamie i palili amerykańskie flagi. Gdy nie mogą wymusić
decyzji, których oczekują, wyją i krzyczą, licząc na to, że dorośli
dadzą im to, czego chcą. Radzę Europejczykom, by nie ulegali tym krzykom
emocjonalnych dzieci z obecnej administracji Obamy i nie popełniali
ekonomicznego i kulturalnego samobójstwa, spełniając ich życzenia
dotyczące zwiększenia wydatków z budżetu.

Czego tak naprawdę
chcą Amerykanie?

– Przeprowadzane ostatnio badania opinii
publicznej wskazują na utrzymujący się wzrost poparcia dla poglądów
konserwatywnych. Coraz więcej Amerykanów wykazuje nieufność wobec
zawodowych polityków. Większość chce sama rozwiązywać swoje problemy i
woli, by biurokraci trzymali się od nich z daleka. Socjalizm działa i
utrzymuje swoje wpływy podobnie jak dilerzy narkotykowi – poprzez
przekształcenie ludzi dorosłych w (mentalne) dzieci, poprzez zniewolenie
jednostek, uzależnienie ich, a następnie wykorzystanie do własnych
celów. Ale choć socjalizm otacza Amerykanów ze wszystkich stron, nie
zamierzają go akceptować. Dlatego amerykańska lewica, popierając Obamę,
również kreuje się na… konserwatystów.

Powiedział Pan, że
Amerykanie coraz mniej ufają swoim politykom. W Europie również widać
oznaki tego zjawiska. Czy to oznacza, że politycy przestali być
wiarygodni? A może to reakcja na to, że zachowywali się jak marionetki,
postępujące pod dyktando sondaży, rezygnując z realizacji wielkich idei?


Myślę, że społeczeństwa niektórych krajów zachodnich, w których
ekonomiczne i polityczne skutki funkcjonowania socjalizmu jeszcze nie
dokonały takich dużych spustoszeń w ich kulturze i tradycji, są
zadowolone ze swoich polityków. Ale im większe trudności mają niektóre
kraje europejskie w zmaganiu ze skutkami walki z kryzysem ekonomicznym
oraz przekształcania Starego Kontynentu w „Eurabię”, tym bardziej będzie
rosła nieufność wobec zawodowych polityków.

Uważa Pan, że
idee mogą wygrywać wybory czy też nie mają szans przebić się do ludzkiej
świadomości bez zaangażowania kosztownych kampanii medialnych?


Ludzie kontrolujący język kontrolują kulturę, a osoby mające władzę nad
komunikacją społeczną sprawują ją również nad językiem. Więc ci, którzy
mają media, rządzą kulturą. Idee mogą wygrać wybory tylko wtedy, gdy
zostaną wysłane w eter i dotrą do ludzi, jeśli oczywiście istnieje
wolność słowa. Dlatego socjaliści zawsze próbują pozbawić wolności
wypowiedzi tych, którzy im się sprzeciwiają. Współczesne technologie
komunikacji nie bardzo nadają się do sprawowania scentralizowanej
kontroli. Idee mogą w przyszłości wygrać z socjalizmem dzięki rozwojowi
organizacji reprezentujących lokalne wspólnoty, utrzymujących stały
kontakt ze sobą dzięki internetowi, telefonii komórkowej, telewizji
kablowej, gazetom i radiu. Bardzo ważne jest też funkcjonowanie
prywatnego systemu edukacji i niepozwalanie na przejęcie kontroli nad
nim przez rząd. Sieć dobrze skomunikowanych wspólnot lokalnych, które
mogą porozumiewać się dzięki wymienionym technologiom medialnym, może
stanowić silną przeciwwagę dla kosztownych i mocno oddziałujących na
odbiorców kampanii politycznych, zwłaszcza jeśli rozwijają własne
ośrodki analityczne i fundacje. Bardzo ważną fundacją, wspierającą
propagowanie konserwatywnych idei w USA, jest Heritage Foundation. Dla
tego środowiska ważne są też stacje radiowe, telewizje kablowe i duże
sieci, np. Fox News.

W Polsce ogromny wpływ na kształtowanie
opinii publicznej mają tzw. mainstreamowe media. Ich bezwzględne
poparcie dla partii lub kandydata sprawia, że nawet gdy wygaduje bzdury,
nie traci poparcia. W USA również występuje takie zjawisko?


Dlatego właśnie Obama wygrał wybory prezydenckie. Ale młodzi ludzie,
zwłaszcza ci mający medialne doświadczenie, powinni włączać się w rozwój
organizacji politycznych, aby sprzeciwiać się dyktowanej przez
państwowe media propagandzie. Ważna jest też działalność fundacji, które
wspierałyby funkcjonowanie think tanków, mogących aktywnie włączać się w
kampanie polityczne. Zwłaszcza Polacy powinni łatwo się zorientować, że
współcześni europejscy i amerykańscy socjaliści są po prostu
marksistami z uśmiechniętymi twarzami. Teraz należy przede wszystkim
dotrzeć do ludzi z prawdą i pracować zespołowo. Dzięki temu młodzi mogą
pomóc ocalić Zachód przed socjalizmem, zanim ten całkowicie go zniszczy.

Dziękuję
za rozmowę.

drukuj