Platforma nie ma czego szukać na wsi
Z Jerzym Bielewiczem, finansistą, prezesem Stowarzyszenia
„Przejrzysty Rynek”, rozmawia Małgorzata Goss
Czy debata
między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim pokazała różnice w
podejściu kandydatów do gospodarki?
– Obaj kandydaci
przetłumaczyli gospodarkę na język grup społecznych. Przekaz był taki:
jeśli w gospodarce dzieje się dobrze, tort do podziału jest większy.
Trudno się z tym nie zgodzić. W pierwszej debacie obie strony starały
się do siebie upodobnić, aby minimalizować straty; w tej natomiast
Kaczyński zmienił taktykę, punktując różnice. I tę różnicę udało mu się
uwypuklić. Główną bolączką państwa jest proces zawłaszczania instytucji
państwowych przez Platformę. Jeśli przeanalizujemy np. mechanizmy
przekazywania pieniędzy z UE dla przedsiębiorców, to okaże się, że aby
otrzymać dotacje, trzeba mieć właściwe poglądy. Przetestowała to na
sobie np. Geotermia Toruńska czy Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i
Medialnej. Do Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek” zgłasza się wielu
przedsiębiorców, którzy dokumentują takie sytuacje. W mojej ocenie,
Komorowski jako „prezydent z PO” proces zawłaszczenia państwa mógłby
jeszcze pogłębić.
Różnice w poglądach kandydatów na gospodarkę można
by w skrócie przedstawić następująco: Kaczyński stawia na wolność
gospodarczą, na straży której stoi silne państwo – organizator życia
społecznego i nadzorca rynku. Komorowski także opowiada się za wolnością
gospodarczą, ale za państwem słabym, „nieobecnym” w życiu społecznym,
które ma tylko „nie przeszkadzać” obywatelom, przedsiębiorcom i
rodzinom. Pierwszy z kandydatów podkreśla suwerenność Polski i
konieczność zabiegania o własne interesy, drugi natomiast kładzie nacisk
na wspólnotę interesów w ramach Unii Europejskiej. Kaczyński dobrze,
moim zdaniem, zdiagnozował główny problem, a mianowicie, że dzisiaj
państwo jest „zwrócone tyłem do obywateli”. Widać to było podczas klęski
powodzi. To niesłychane, by obywatele musieli kierować pozew przeciwko
własnemu państwu, że nie zbudowało wałów przeciwpowodziowych. Tę
bierność organów państwa obserwowaliśmy też w kwestii likwidacji – na
polecenie Unii – polskich stoczni czy w sprawie przeniesienia produkcji
fiata pandy z bardzo konkurencyjnej fabryki w Tychach do Włoch.
Tymczasem w najbardziej rozwiniętych krajach UE mechanizmy państwowe
wspierają rozwój gospodarczy. Państwo pilnuje przestrzegania reguł gry
na rynku, zaś same reguły są przejrzyste i jednakowe dla wszystkich.
Jeśli państwo nie spełnia roli organizatora w gospodarce, to obywatele –
zdani sami na siebie – dostają po kieszeni.
Obaj kandydaci
wyraźnie zabiegali o głosy wsi, które mogą rozstrzygnąć o wyniku
wyborów…
– PO nie ma czego szukać na wsi, ponieważ dopuściła do
drastycznego pogorszenia opłacalności produkcji rolnej. Wieś biednieje.
Ceny skupu są wyjątkowo niskie nawet jak na czasy kryzysu, dopłaty
bezpośrednie są niższe niż na zachodzie Europy, mimo że obie strony
konkurują na wspólnym rynku. Nieprawdą okazały się słowa Komorowskiego z
poprzedniej debaty, jakoby do 2013 r. poziom dopłat miał się wyrównać,
co Kaczyński skwapliwie wytknął kontrkandydatowi. Marszałek zmuszony był
przyznać, że dyskryminowanie polskich rolników w Unii Europejskiej
przeciągnie się poza rok 2013. Mimo to nic nie wskazuje na to, by rząd
zabiegał o podwyższenie dopłat dla rolników do poziomu obowiązującego w
starej Unii – nie ma takiego priorytetu w agendzie polskiej prezydencji w
UE.
Jak ocenia Pan kompetencje kandydatów w sprawach
gospodarczych?
– Debata pokazała, że gospodarka to pięta
achillesowa Komorowskiego. Kaczyński reprezentował nieporównywalnie
wyższy poziom wiedzy i trzymał się faktów, czego nie można powiedzieć o
kontrkandydacie. Odnosząc się do roli prezydenta, przedstawił go jako
arbitra pomiędzy rządem a społeczeństwem. Widać było, że wie, o czym
mówi. Przyłapał też kilkakrotnie konkurenta na mówieniu nieprawdy, np.
gdy ten przypisywał PO obniżenie podatków, które w istocie obniżyło PiS,
albo gdy zarzucał Kaczyńskiemu, jakoby jego rząd, korzystając z
ówczesnej prosperity, nie zredukował deficytu budżetowego, a przecież to
właśnie rząd Kaczyńskiego zredukował go do kilkunastu miliardów. Dla
porównania – dziś deficyt budżetu sięga 60 mld zł, a wkrótce dojdzie do
100 mld złotych.
Czego w debacie zabrakło?
– Przede
wszystkim odniesienia do obecnej sytuacji gospodarczej w Polsce na tle
sytuacji w świecie. Wszystkie kraje europejskie redefiniują swoje
potrzeby, starając się ciąć koszty. Oszczędności będzie musiał też
przedstawić rząd Tuska. Założenia budżetowe na rok 2011 mają być
przedstawione w przyszłym tygodniu. Jak na cięcia zareaguje przyszły
prezydent? Żaden z kandydatów nie odniósł się do ponad 7-procentowego
deficytu finansów publicznych ani do rosnącego w błyskawicznym tempie
długu publicznego. W okresie rządów Platformy nasz dług wzrósł o 250-300
mld złotych. Jeśli tak dalej pójdzie, to pod koniec kadencji tego rządu
dług może przekroczyć bilion złotych. Wprowadzenie programu, który
uchroni nas przed kryzysem, wymaga wiarygodnego dla społeczeństwa
partnera w Pałacu Prezydenckim; w przeciwnym wypadku ciężar kryzysu może
być przeniesiony na najuboższych i tych, którzy nie mogą się bronić –
emerytów, bezrobotnych, najniżej uposażonych. Wrażliwość społeczna jest
cechą bardzo pożądaną u prezydenta, o ile nie chcemy mieć do czynienia z
tym, co dzieje się w Grecji, Hiszpanii czy Włoszech, gdzie ludzie
wyszli na ulice.
Dziękuję za rozmowę.
