Odrobimy lekcje z powodzi?

Polsce potrzeba zarówno więcej rozlewisk, które gromadziłyby wodę
występującą z rzek, jak i nowych zbiorników retencyjnych. Eksperci są
zgodni, że antypowodziowe działania państwa powinny być kompleksowe i
przebiegać na różnych odcinkach. Pytanie, jakie wnioski wyciągną obecne i
przyszłe władze z tegorocznej powodzi, pozostaje otwarte.


Powodzie były, są i będą. Trzeba się po prostu odpowiednio na nie
przygotować – mówi prof. Piotr Tryjanowski, ekspert ds. środowiska
Instytutu Sobieskiego i pracownik Instytutu Biologii Środowiska
Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z tą opinią akurat zgadza się
większość ekspertów, podobnie jak z tym, że można jedynie walczyć o
ograniczenie strat wywołanych żywiołem. Ale na tym zgodność opinii wśród
ekspertów się kończy – przechodząc do konkretów, podają rozbieżne
rozwiązania dotyczące zabezpieczeń antypowodziowych.
Dotychczasowe
działania polskich władz koncentrowały się przede wszystkim na budowie
obiektów hydrotechnicznych, jak sztuczne zbiorniki retencyjne, wały
przeciwpowodziowe, jazy czy śluzy. Jednak środowiska ekologów nie
zostawiają suchej nitki na takiej polityce. Dlaczego?

Nie
tworzyć „rynien”?

– Jeśli mamy zniszczoną naturalną strukturę
spływu rzek, nie ma zabezpieczeń w postaci lasów, zadrzewień
śródpolnych itd., brakuje naturalnych barier i woda spływa tak szybko,
że trudno jest już po drodze ją przechwycić – tłumaczy prof.
Tryjanowski, porównując sytuację spływu wezbranych wód utrzymywanych z
trudem pomiędzy starymi zwykle wałami do rynny.
Jakie to ma
znaczenie? – Kiedyś, zanim fala powodziowa dotarła z Krakowa do
Warszawy, było wystarczająco dużo czasu, by przygotować się na jej
przyjęcie. Dziś często strażacy nie mogą zdążyć nawet napełnić worków z
piaskiem, by zabezpieczyć przeciekające wały – uważa ekspert Instytutu
Sobieskiego. Dodaje, że właśnie zakola rzeczne, bogata roślinność
przybrzeżna i możliwość wylewania rzek na nieobwałowane tereny zarówno
opóźniała spływ, jak i zmniejszała wysokość fal powodziowych.
Dlatego
– jego zdaniem – ostatnie powodzie w Polsce są skutkiem nie braku wałów
przeciwpowodziowych, ale… ich nadmiaru. – Odra jest cała
przeregulowana, duża część Wisły również – twierdzi hydrolog,
zaznaczając, że ma na myśli przede wszystkim szczelne obwałowanie koryt
rzecznych.

Zatrzymać wodę

Dlatego też prof.
Tryjanowski uważa, podobnie jak znaczna część ekologów, że nie
powinniśmy obecnie wydawać pieniędzy na poprawienie wałów i budowę
nowych. Dlaczego? – Bo potrzebujemy sprawnego systemu ochrony
przeciwpowodziowej, a nie tylko systemu odprowadzania wody. To nie jest
to samo – tłumaczy ekspert Instytutu Sobieskiego. – Za Gierka i w
późniejszym okresie PRL wydano ogromne pieniądze na melioracje i inne
obiekty hydrotechniczne. Dziś płacimy za to, bo albo mamy powodzie, albo
kompletną suszę – dodaje.
W ten sposób ekspert zwraca uwagę na fakt,
że zbytnie udrożnienie systemu spływu wód powierzchniowych i dużych
rzek powoduje osuszanie gruntów.
– Problemem w Polsce jest niedobór
wody. Tymczasem podczas powodzi co prawda przepływają duże ilości wody,
ale w krótkim czasie. Gdyby płynęła wolniej, działałaby jak nawilżacz,
tak jak tradycyjne wylewy Nilu. To pozwalałoby nawet na wykorzystanie
potencjału rzek w celach rolniczych – uważa prof. Tryjanowski.

Rozlewiska
lepsze od zbiorników?

Na uwagę, że nadmiar wody w okresach
powodzi można kierować do sztucznych zbiorników retencyjnych, które na
mniejszym obszarze mogłyby zbierać większą ilość wody, odpowiada, że są
to jednak rozwiązania znacznie droższe i nie do końca skuteczne. –
Rzeczywiście w małej skali sprawdzają się. Ale u nas jak już mówi się o
takich zbiornikach, to od razu planuje się giganty, a w czasie tej
powodzi widać było tymczasem, że te duże zbiorniki słabo spełniają swoją
rolę – twierdzi ekspert Instytutu Sobieskiego, dodając nawet, że
moglibyśmy w ogóle obyć się bez zbiorników retencyjnych.
Odmienne
stanowisko prezentuje prof. Jan Szyszko, były minister ochrony
środowiska, kierownik Katedry Architektury Krajobrazu Szkoły Głównej
Gospodarstwa Wiejskiego i prezes Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego
Rozwoju Polski. Przyznaje, że budowę ogromnych zbiorników retencyjnych
należałoby dobrze przemyśleć i przeanalizować dokładnie wszystkie ich
konsekwencje, ale zwraca uwagę, że to właśnie utrzymywanie urządzeń
hydrotechnicznych pozwala na stosunkowo bezpieczne wykorzystywanie przez
człowieka terenów zalewowych.
– Najważniejszy jest człowiek. Dlatego
można i trzeba zagospodarowywać tereny zalewowe. Ale jednocześnie
musimy przygotować się na to, że co jakiś czas mogą się zdarzać takie
intensywne opady. Należy więc w odpowiednim czasie konserwować
instalacje hydrotechniczne, a z drugiej strony – rozbudowywać je,
wykorzystując wiedzę nabytą podczas ostatnich powodzi – podkreśla prof.
Szyszko, zaznaczając, że u nas jedno i drugie zostało zaniedbane.
Były
minister ochrony środowiska zwraca uwagę, że tereny zalewowe są bardzo
atrakcyjne z punktu widzenia produkcji rolnej, ponieważ są bardzo żyzne.

Pogodzić
beton z naturą

Czy w takim razie można pogodzić
zagospodarowywanie dolin rzecznych z bezpieczeństwem zamieszkujących je
ludzi i ochroną środowiska? – Oczywiście. Można tu wykorzystać koncepcję
zrównoważonego rozwoju, którą propaguje nasze stowarzyszenie –
odpowiada prezes Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski.
Jak
to konkretnie zrobić? – Musimy działać dwukierunkowo: zabezpieczyć
człowieka tam, gdzie już zaczął gospodarować, i w tych miejscach budować
zbiorniki retencyjne, wały i inne obiekty hydrotechniczne, a z drugiej
strony – trzeba zwrócić większą uwagę na planowanie przestrzenne w
naszym kraju. Gospodarowanie krajobrazem poprzez odpowiednie zalesianie
terenów w zlewniach wodnych będzie miało niezwykłe znaczenie dla
zwiększenia bezpieczeństwa przeciwpowodziowego kraju – uważa prof.
Szyszko. Jego zdaniem, dzięki zastosowaniu tych rozwiązań łącznie nawet
duże opady nie będą miały tak groźnych konsekwencji, jak to ostatnio
obserwowaliśmy.
Profesor Szyszko za wzór stawia tu gospodarowanie
polskimi zasobami leśnymi. – Coraz więcej pozyskujemy drewna, a
jednocześnie nie straciliśmy ani jednego z występujących gatunków.
Myślę, że gospodarka wodna również powinna być przykładem zrównoważonego
rozwoju.
Były minister środowiska dodaje, że na świecie można
wskazać przykłady różnych rozwiązań. – Przecież w różnych krajach
zagospodarowuje się tereny depresyjne, czego przykładem jest choćby
Holandia, a w Polsce – Żuławy Wiślane. I tak jak na świecie, trzeba
również u nas dbać o zabezpieczenia hydrotechniczne, aby można było
użytkować te tereny, nie dopuszczając do katastrofy – wskazuje prof.
Szyszko. Zaznacza przy tym, że niektóre organizacje ekologiczne są
niekonsekwentne. – Bywa, że chcą chronić przed człowiekiem to, co
właśnie człowiek wytworzył i czym steruje – mówi, przypominając spór o
budowę obwodnicy przez dolinę Rospudy, której bogactwo przyrodnicze jest
właśnie efektem właściwego gospodarowania człowieka.

Co oddać
rzekom?

– Znam wyliczenia, z których wynika, że usunięcie
ok. 7 km wałów, np. na Odrze, pozwoliłoby uzyskać kilkaset hektarów
dodatkowego obszaru, na który rzeka morze spokojnie rozlewać się, nie
powodując praktycznie żadnych strat – uważa prof. Tryjanowski. – Myślę,
że wystarczyłoby wykupić na ten cel tereny użytkowane obecnie jako pola i
łąki – dodaje, zaznaczając, że należałoby wyznaczyć takie obszary,
które mogłyby być okresowo zalewane przed każdym większym miastem
położonym nad dużą rzeką.
Czy to oznacza, że by pogodzić te różne
cele, musimy dokonać rewolucji w polskim systemie ochrony
przeciwpowodziowej? Tu na szczęście obaj eksperci są zgodni co do tego,
że o ile musimy wiele zmienić, jeśli chodzi o stare rozwiązania
hydrotechniczne, to opracowane już niemal nowe plany gospodarowania
zasobami wodnymi w dwóch największych polskich dorzeczach Wisły i Odry
praktycznie spełniają wskazane wyżej wymagania. Chodzi o realizowany już
od kilku lat Program dla Odry 2006 i wciąż opracowywany Program dla
Wisły 2020.
– Opracowywali je eksperci różnych dziedzin i
uwzględniają one różne funkcje – zaznacza prof. Szyszko, zastrzegając,
że zawsze należy wprowadzać zmiany, jeśli wymaga tego aktualizacja stanu
wiedzy.
– Moim zdaniem, trzeba ograniczyć długość wałów, liczbę
planowanych zbiorników retencyjnych i obiektów hydrotechnicznych. Musimy
na serio traktować unijne dyrektywy powodziowe, bardziej dbać o jakość
naszych wód. Należałoby jeszcze bardziej zwiększyć obszar terenów
zalewowych. Należy także oczywiście poprawić planowanie przestrzenne, by
ograniczyć zabudowę na terenach zalewowych – wylicza prof. Tryjanowski.

Profesor Tryjanowski stawia też inną śmiałą propozycję: by fundusze
na remonty i odbudowę zalanych budynków przeznaczyć w większej części
na przeniesienie niektórych osiedli w bezpieczniejsze rejony, by
zapobiec ich powtórnemu zalaniu w przyszłości. – Jest oczywiste dla
wszystkich, że lepiej jest zapobiegać, niż usuwać skutki. A do tej pory
nie wyciągnęliśmy wystarczających wniosków z powodzi z 1997 roku – uważa
ekspert.

Mariusz Bober

drukuj