Z tej ofiary wyrasta dobro
Z Ewą Tomaszewską, działaczką NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz
Kamieniecki
Znała Pani ks. Jerzego Popiełuszkę. Jakiego go Pani
zapamiętała?
– Był człowiekiem niezwykle wrażliwym na ludzką
krzywdę, wspaniałym kapłanem. Pamiętam, jak podczas Mszy Świętych za Ojczyznę,
kiedy kościół był przepełniony, a ludzie stali także pod świątynią zimą na
mrozie, wychodził z Komunią św. na zewnątrz, starając się dotrzeć do tych,
którzy byli najdalej. Pamiętam, jak chodził na procesy osób, z którymi wcześniej
współpracował, a które zostały aresztowane za działalność opozycyjną wobec
ówczesnych władz. Procesy te odbywały się w sądach wojskowych, do których
niełatwo było się dostać, ale ksiądz Jerzy był na miejscu, wspierając swoich
przyjaciół.
Ksiądz Jerzy znany jest głównie z tego, że był kapelanem ludzi pracy.
Czy tylko…?
– Był zżyty z robotnikami, ale także ze środowiskami
naukowymi, artystycznymi, był także kapelanem środowisk medycznych. Był m.in.
odpowiedzialny za organizację służb medycznych w Warszawie podczas jednej z
pielgrzymek papieskich do Polski. Wspierał też ruch, który miał za zadanie pomoc
ludziom ubogim i osobom czy rodzinom osób represjonowanych. Pomagał rodzinom
wielodzietnym, osobom chorym, samotnym. Przy parafii działał punkt wydawania
darów wspierany przez ks. Jerzego, punkt, którym zawiadywała pani Hanna
Grabińska. Dary z zagranicy, środki medyczne, a także żywność czy odzież
trafiały do rodzin ubogich, do chorych, do rodzin osób represjonowanych,
aresztowanych bądź internowanych i wymagających wsparcia. Była też akcja pomocy
dla byłych studentów podchorążych Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej –
uczelni, która została spacyfikowana przez władze PRL 2 grudnia 1981 roku.
Pomoc, która polegała m.in. na zapewnieniu studentom miejsca schronienia,
zorganizowaniu wyżywienia i ubrań była w znacznej mierze wspierana przez ks.
Popiełuszkę.
Co sprawiało, że ludzie do niego lgnęli?
– W
przeciwieństwie do tych, którzy pełniąc funkcje publiczne czy społeczne, tworzą
dystans, ks. Jerzy był człowiekiem niesłychanie skromnym. Nigdy nie wysuwał
siebie na pierwszy plan, myślał natomiast, komu i jak można pomóc. Był
człowiekiem ciepłym, wyczuwało się w nim ogromną życzliwość. Taka otwarta
służebna postawa ludzi przyciąga. Pamiętam nasze spotkanie, na niecały miesiąc
przed tym dramatycznym porwaniem, w szpitalu na Banacha przy łóżku Piotra
Bednarza – jednego z przywódców NSZZ „Solidarność” na Dolnym Śląsku, który
został aresztowany i był traktowany w sposób, którego trudno nie nazwać
torturami. W trakcie głodówki, nie w pełni świadomy i zdesperowany, podjął
nieudaną na szczęście próbę samobójczą. Ksiądz Jerzy często odwiedzał go w
szpitalu, wspierał duchowo.
Czy odwiedzał też inne osoby w więzieniach?
– W jego
pokoju wisiała wielka mapa Polski z zaznaczonymi ośrodkami internowania,
miejscami, gdzie ludzie byli więzieni za przynależność do NSZZ „Solidarność” i
działalność związkową, a myśląc szerzej: za wolną Polskę, za sprawiedliwość,
prawo do swobody wypowiedzi, za wolność wyznania. Ksiądz Jerzy był jednym z
kapłanów, którzy chodzili odprawiać Mszę św. dla więźniów m.in. na Białołęce.
Nie było to bezpieczne – tak na dobrą sprawę nikt wówczas nie wiedział, jak się
władze zachowają wobec kapłanów. Tymczasem oni, w tym Sługa Boży, szli z
posługą, nie zważając na ewentualne konsekwencje. Niosąc Chrystusa w Komunii
św., nieśli nadzieję i wsparcie duchowe dla więzionych.
Ksiądz Jerzy w swoich kazaniach głosił prawdy często bolesne, m.in.
to, że zbyt łatwo akceptujemy zło. Mówił, że żądając sprawiedliwości, najpierw
sami musimy być sprawiedliwi. Twarda była ta mowa…
– Ksiądz Jerzy
głosił przede wszystkim Ewangelię. Czasami zdziwiona była nawet SB, która była
przekonana, że są to treści polityczne, tymczasem teksty, które znajdowały się w
kazaniu, były wzięte wprost z Biblii. To są teksty trudne, bo trudna jest
Ewangelia, ale przyjmujemy ją i staramy się ją realizować lepiej lub gorzej, bo
na tym polega sens naszej wiary. Chrystus nie mówił, że będzie łatwo i nie jest,
ale na tym polega dążenie do doskonałości. Dobro wymaga ofiary, wyrzeczenia,
wysiłku i tego też uczył ks. Jerzy.
Kiedy inni milczeli, on upominał się o internowanych, wyrzucanych z
pracy, prześladowanych. Skąd taki heroizm cichego i raczej zamkniętego
człowieka?
– Często powtarzał, że kapłan musi stać po stronie prawdy
i jeżeli prawda tego wymaga, trzeba za nią zapłacić nawet najwyższą cenę.
Pokazał to ofiarą własnego życia. Chrystus w Ewangelii mówi, że jeżeli nie
przyjmiemy Królestwa Bożego jak dzieci, to nie będziemy mieli w nim udziału.
Ksiądz Popiełuszko żył Ewangelią. Był człowiekiem głębokiej, ale prostej wiary,
którą wyniósł z rodzinnego domu. Wiary, w której nie ma miejsca na dywagacje, na
samousprawiedliwienia. W wierze tego kapłana tkwi mądrość jego matki i bliskich,
mądrość ludzi ziemi, z której się wywodzi. Zgoda z własnym sumieniem rodzi
męstwo.
Był przeciwny przemocy, mówił, że „nie służy prawdzie przemoc i
demonstracja siły…”, tymczasem sam stał się celem ataków władz. To jego
dosięgła przemoc…
– Ksiądz Popiełuszko walczył wyłącznie dobrocią
i słowem, był przeciwny jakiejkolwiek przemocy. Wychodził do osób, które go
prześladowały, które go śledziły, i rozdawał im gorącą herbatę, żeby mogli się
napić czegoś ciepłego, kiedy zimą w samochodzie obserwowali plebanię. Za to
dobre słowo, za serce, dotknęła go przemoc w najokrutniejszej i najbardziej
zbrodniczej postaci. Odebrano mu życie za to, że głosił prawdę, sprzeciwiał się
niesprawiedliwości i nazywał kłamstwo po imieniu. Za to, że był dobry dla
przyjaciół i dla wrogów. Oczekujemy na wyniesienie ks. Jerzego na ołtarze, ale
wiemy, iż jest świętym Boga, nie zapominamy o zbrodni, jaka się dokonała. Mam
wciąż przed oczyma zdjęcia tak strasznie zmasakrowanego ciała Księdza i to
pozostanie w pamięci na zawsze. Teraz, w obliczu tragedii katyńskiej, w której
zginęło tak wielu zacnych i mądrych ludzi, na czele z prezydentem Lechem
Kaczyńskim, przywołuję w pamięci wydarzenia, które przed laty dotyczyły ks.
Jerzego. I choć działo się to w zupełnie innych okolicznościach i systemie, to
trudno oprzeć się wrażeniu, że atmosfera zaszczuwania tego kapłana, niestety,
powtórzyła się także dzisiaj. Niestety…
Czy posiada Pani jakieś pamiątki związane z Czcigodnym Sługą
Bożym?
– Jedną z cenniejszych pamiątek jest egzemplarz Dziejów
Apostolskich, który ks. Jerzy zadedykował mi po pobiciu mnie przez nieznanego
sprawcę. Stało się to tego samego dnia, w nocy z 12 na 13 września 1984 r.,
kiedy spotkaliśmy się przy łóżku Piotra Bednarza. W efekcie doznałam m.in.
wstrząśnienia mózgu i zaburzeń błędnika, miałam też pęknięte oba łuki brwiowe.
Kiedy w domu odwiedziła mnie pani Hanna Grabińska, jeszcze w tym samym dniu
powiedziała ks. Jerzemu, co się stało. Dzień później przywiozła mi wspomniane
już Dzieje Apostolskie z dedykacją i życzeniami powrotu do zdrowia. Wkrótce
spotkaliśmy się z ks. Jerzym na Mszy św. za Ojczyznę.
Czy i na ile nauczanie ks. Jerzego jest dzisiaj
aktualne?
– Wciąż jest wiele zła, które nie rozpierzchło się wraz ze
zmianą ustroju. Dlatego przesłanie ks. Popiełuszki pozostaje aktualne.
Przypomina nam, że wobec zła w naszym kraju, za który jesteśmy odpowiedzialni,
nie można przechodzić obojętnie, trzeba reagować. Nie możemy być obojętni wobec
ubóstwa, które się rozszerza. Coraz więcej ludzi – i to tych najsłabszych –
płaci za wzrost gospodarczy, tracąc pracę, uzyskując niewspółmiernie niskie
dochody, nie mając środków na leczenie czy edukację. Na to nie możemy się
godzić. Jest to szczególne wyzwanie dla pracodawców, związkowców i wszystkich,
którzy mogą pomóc potrzebującym.
Dziękuję za rozmowę.
