Parcie na szkło

Czego to ludzie nie zrobią, żeby tylko dostać się do telewizji! Kiedy
uczestniczyłem w programie red. Szczygła z udziałem publiczności, sądziłem, że
ludzie, których niezadowolony redaktor sztorcował i zmuszał do oklasków przy
wielokrotnym powtarzaniu scen, są wynajęci za pieniądze. Tymczasem, ku swemu
zdumieniu, dowiedziałem się, że stacja telewizyjna nie tylko nie płaci im ani
grosza, ale w dodatku przyjeżdżają oni z odległych miejscowości na własny koszt!
Od tej pory przestałem się dziwić, że niepohamowane parcie na szkło odczuwają
również politycy. Nawiasem mówiąc, w ich przypadku jest to nawet bardziej
racjonalne, bo przynajmniej mają z tego coś konkretnego; im częściej pokazuje
ich telewizja, tym większa szansa, że zapamięta ich „elektorat” i podczas
wyborów wielu przypomni sobie: „Aaa, tego pokazywali w telewizji” – i postawi
krzyżyk przy jego nazwisku. Dlatego politycy przepychają się do kamer
telewizyjnych, przekonując, jak ważne jest to, co właśnie robią, mizdrząc się
nie tylko do redaktorów, ale przede wszystkim do ukrytych w cieniu starszych i
mądrzejszych, którzy kręcą zarówno tymi redaktorami i telewizjami, jak i całym
tubylczym państwem.

Można nawet zauważyć pewną znamienną prawidłowość, że im mniejsze ma taki
człowiek możliwości decyzyjne, tym większa jest jego aktywność medialna. Weźmy
na przykład takiego pana wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego zwerbowanego do
Platformy Obywatelskiej na chłopaka do pyskowania. Bóg raczy wiedzieć, czy
cokolwiek od niego zależy, ale właśnie dlatego może wypowiadać się na każdy
temat bez jakichkolwiek zobowiązań, bo cokolwiek by powiedział, to i tak nie ma
to najmniejszego znaczenia. Ponieważ wejście w życie traktatu lizbońskiego
spowodowało, że prawdziwa polityka stała się dla naszych dygnitarzy zakazana, to
wychodzą oni ze skóry, żeby chociaż wystąpić w telewizji. Temu właśnie służą na
przykład tzw. prawybory w Platformie Obywatelskiej, w ramach których w
najbliższą niedzielę ma odbyć się „debata” między „drogim Bronisławem”, czyli
panem marszałkiem Komorowskim, a ministrem Radosławem Sikorskim – w oczach posła
Janusza Palikota uchodzącym z jakiegoś powodu za „Zdradka”. O czym panowie będą
„debatowali” w sytuacji, gdy nawet dziecko wie, że muszą słuchać starszych i
mądrzejszych – trudno zgadnąć. Wprawdzie najgorsze są nieproszone rady, ale z
dobrego serca sugeruję, by zamiast potrzebnej jak psu piąta noga „debaty”
włożyli rękawice i przeboksowali chociaż do pierwszej krwi – przynajmniej biedni
podatnicy też mieliby jakąś rozrywkę za swój abonament.
Taka koncentracja na
widowiskowym aspekcie własnej działalności musi przynosić kompromitujące
rezultaty w konfrontacji z państwami poważnymi. Jak wiadomo, pan prezydent Lech
Kaczyński postanowił 10 kwietnia pojechać do Rosji na obchody 70. rocznicy
zbrodni katyńskiej. Najpierw pracownicy Kancelarii Prezydenta zapewniali przed
kamerami telewizyjnymi, że „przygotowali” pismo informujące rosyjską ambasadę o
projektowanej podróży prezydenta, potem mogliśmy w telewizji wysłuchać
komentarza wysokiego rangą urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że
protokół dyplomatyczny wymagałby przekazania stosownej informacji rosyjskiemu
Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a wreszcie – deklarację ministra Sikorskiego,
który przed kamerami zapewnił, że MSZ panu prezydentowi „pomoże”. Wydawało się,
że sprawa jest załatwiona, tymczasem okazało się, że to było tylko takie
telewizyjne widowisko, bo właśnie strona rosyjska poinformowała, iż żadnego
oficjalnego zawiadomienia o planowanej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego
podróży nie otrzymała. Wszystko wskazuje na to, że stosowne pismo zostało
Rosjanom wysłane dopiero 15 marca. W normalnych warunkach wystarczałoby to do
rozpędzenia na cztery wiatry całej tej geremkowszczyzny z MSZ, bo przynajmniej
byłoby taniej, a może nawet lepiej, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie inspirowaną
z tego miejsca kampanię dyskredytowania na gruncie amerykańskim śp. Edwarda
Moskala, prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, wkrótce po tym, jak udało mu
się zebrać 9 milionów podpisów pod petycją o przyjęcie Polski do NATO. Ale
oczywiście żadnych konsekwencji nie będzie, bo reżyserowi tego widowiska chodzi
o maksymalny efekt komiczny, więc wszystko zakończy się wesołym
oberkiem.

Stanisław Michalkiewicz

drukuj