Czego uczy „Towarzysz Generał”?
Krytyczne głosy na temat filmu „Towarzysz Generał” po raz kolejny w
ostatnich latach skłaniają do zastanowienia się nie tylko nad stanem ducha i
intelektu wspomnianych elit, ale również do refleksji nad ograniczeniami
wolności słowa czy wprost badań naukowych, które istnieją i mnożą się na naszych
oczach. Czy Trzecia Niepodległość budowana będzie na „instytucjonalizacji
relatywizmu”, nie tylko etycznego, lecz także historycznego?
Z wyemitowanego w poniedziałek w TVP filmu dokumentalnego „Towarzysz Generał”
o Wojciechu Jaruzelskim nie dowiedzieliśmy się właściwie niczego nowego na temat
biografii twórcy stanu wojennego. Było wszystko, o czym wiedzieliśmy już od
dawna: sowieckie przeszkolenie (szkoła oficerska w Riazaniu), błyskawiczne
wspinanie się po szczeblach wojskowej kariery od czasu nawiązania bliskich
kontaktów z Informacją Wojskową i dzięki niesłabnącemu zaufaniu Moskwy (nawet
byłoby dziwne, gdyby istniały jakieś inne powody tak szybkiej kariery młodego
oficera LWP wywodzącego się przecież z ziemiańskiej rodziny). O dokonywanych pod
jego patronatem (jako szefa sztabu generalnego LWP, a potem szefa MON) czystkach
antysemickich w wojsku i współudziale w krwawym tłumieniu robotniczych protestów
na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku – także było wiadomo (no, może poza paroma
składami sędziowskimi). O tych i innych elementach swojej biografii (np. o
stosunku własnej matki do jego kariery w komunistycznym aparacie władzy) mówił
także sam Wojciech Jaruzelski, choćby w zbiorze wywiadów Teresy Torańskiej
„Byli”.
Można więc powiedzieć – żadna sensacja. Interesująca jest jednak
gwałtowna reakcja obrońców towarzysza generała, zarówno wśród postkomunistycznej
lewicy, jak i w środowiskach dawnej solidarnościowej opozycji; tych, które za
dewizę wzięły sobie zawołanie Adama Michnika: „Odpieprzcie się od generała!”. To
wymowna reakcja. Dużo mówi o polityce historycznej uprawianej przez
reprezentatywną część opiniotwórczych elit III RP, dla których po upływie ponad
dwudziestu lat od odzyskania niepodległości dużym problemem jest film
syntetyzujący dostępne już wcześniej informacje o biografii generała, który
socjalizmu (jak sam mawiał) chciał bronić jak niepodległości.
Krytyczne głosy
na temat filmu „Towarzysz Generał” po raz kolejny w ostatnich latach skłaniają
do zastanowienia się nie tylko nad stanem ducha i intelektu wspomnianych elit,
ale również do refleksji nad ograniczeniami wolności słowa czy wprost badań
naukowych, które istnieją i mnożą się na naszych oczach. To bardzo
charakterystyczne, że najczęściej przeciwnikami rzeczywistej wolności w tym
właśnie zakresie są ci reprezentanci lewicy (czy to postkomunistycznej, czy
postsolidarnościowej), którzy postulują tzw. krytyczną wizję dziejów Polski,
która na przykład każe dopatrywać się w Powstaniu Warszawskim antyżydowskich
pogromów, a w społeczeństwie polskim czasów ostatniej wojny „gorliwych
pomocników Hitlera” (ciekawe zresztą, jak obrońcy Jaruzelskiego gładko
przechodzą do porządku dziennego nad dokonywanymi przez niego antysemickimi
czystkami w LWP). Krytycznie można, a nawet należy spoglądać na bohaterów Polski
Podziemnej, Jaruzelskiego zaś pokazywać przede wszystkim jako „rycerza Okrągłego
Stołu”. Tako rzecze gazetowa mądrość.
„Niech rozliczeniami zajmą się historycy”… ale „słuszni” (i
posłuszni)
W pierwszych latach po 1989 roku, gdy pojawiały się
głosy, by korzystając z przykładu naszych sąsiadów (zjednoczonych Niemiec czy
Czechosłowacji), uporać się z dziedzictwem komunizmu nie tylko poprzez zmianę
ekipy rządowej, ale również z wykorzystaniem instrumentów prawnych w postaci
ustaw dekomunizacyjnych i lustracyjnych, przeciwnicy tych rozwiązań mówili:
historię zostawcie historykom, niech osądzi ich (tj. komunistów)
historia.
Można byłoby sądzić, że przeciwnikom takich rozwiązań chodziło po
prostu o ochronę agentury i prominentnych przedstawicieli systemu
komunistycznego, z którymi podczas różnych spotkań jawnych i niejawnych
uzgadniano „kontrolowane podzielenie się władzą”. Ale, jak wiemy choćby z
obowiązującego obecnie orzecznictwa w tzw. procesach o zniesławienie, taka
interpretacja jest dużym naruszeniem dóbr osobistych i obrazą czci obrońców
„ludzi honoru”.
Problem polega jednak na tym, że pojawili się historycy, ba!,
cała instytucja (Instytut Pamięci Narodowej), którzy chcą się zajmować – a nawet
mają ku temu stworzone dostateczne warunki organizacyjne – dziejami PRL i jej
wysokich dygnitarzy. Słowem, robią to, do czego na początku lat 90. wzywali
obrońcy honorowych ludzi z bezpieki cywilnej i wojskowej. Historycy zajęli się
historią. Część z nich wypowiadała się nawet w filmie „Towarzysz
Generał”.
Jak wiadomo, nie rozproszyło to obaw wszystkich tych, którzy – czy
to na lewicy postkomunistycznej, czy postolidarnościowej – wobec dawnych
włodarzy PRL nie chcieli stosować „broni nienawiści”. W ostatnich latach w
tychże środowiskach określenie „młody historyk z IPN” stało się odpowiednikiem
stosowanego po 4 czerwca 1992 r. wyrażenia „pełne nienawiści oczy Macierewicza”
– czyli symbolem „bolszewickiej dekomunizacji”, „polityki nienawiści” i
„zacietrzewienia”. Zauważmy jednak, że obecnie już nie chodzi o ustawowe próby
dekomunizacyjne, a jedynie o analizę historyczną.
Charakterystyczna jest
tutaj stosowana przez gazetowych obrońców „honorowych ludzi” metoda ataku. Tak
zwana dyskusja polega na odsądzaniu od czci i wiary historyków (czy jak w
przypadku „Towarzysza Generała” twórców filmu), stygmatyzowaniu ich jako ludzi
„niedojrzałych i pełnych uprzedzeń”. Bardziej niepokojący jest jednak fakt, że
także część historyków zdaje się przejmować gazetowy sposób toczenia sporu
historiograficznego. Ten ostatni polegać powinien przecież na tym, że w sytuacji
braku zgody na taką czy inną ocenę ważnej postaci historycznej w książce (czy
filmie) oponent pisze własną książkę, w której – opierając się na nowych,
nieodkrytych jeszcze źródłach albo źle zinterpretowanych – przedstawia własną
wizję biografii. Jest jednak inaczej. Zamiast ślęczeć w archiwach i przekopywać
się przez dokumenty, łatwiej zasiąść jako ekspert w telewizyjnym studiu i
stwierdzić, że książka (lub film) „jest kontrowersyjna” i „zawiera zbyt
jednostronne interpretacje”. Na koniec zostaje zawsze na podorędziu argument o
„młodym historyku z IPN”.
Gazetowa mądrość: wolność to konformizm
Poniżanie,
zastraszanie, ostracyzm – to nie są dobre narzędzia toczenia sporów
historiograficznych i w ten sposób nie zachęci się młodego pokolenia historyków
do zajmowania się najnowszymi dziejami Polski. A może właśnie o to chodzi?
Pokazową nauczkę już zresztą dano. Biograf Lecha Wałęsy został wyrzucony z
pracy, a za „nieprawomyślną” książkę dostał „wilczy bilet” i najbliższą pracę
naukową otrzymał… za oceanem. Gdzie wolność badań naukowych? Czy ktoś myślał o
tym, że po dwudziestu latach trwania niepodległej Polski absolwent wydziału
historii najstarszego polskiego uniwersytetu za napisanie wybitnej pracy
magisterskiej (każdy, kto prowadzi seminaria magisterskie na jakiejkolwiek
uczelni, musi to przyznać) zostanie wysłany do pracy w magazynie hipermarketu.
Dla wielu jednak wolność poglądów oznacza wolność zgadzania się z ich poglądami.
Wolność badań naukowych? Jak najbardziej, pod warunkiem, że ich wyniki nie będą
godzić w „dobra osobiste” i „nie będą szerzyć klimatu nienawiści”.
Któż
dzisiaj odważy się napisać biografię polityczną Jacka Kuronia, Adama Michnika
czy Bronisława Geremka? Pozwy sądowe i gazetowy ostracyzm czekają na śmiałków,
którzy będą chcieli opisać całe życie tych ważnych dla dziejów politycznych
Polski po 1945 roku postaci, nie pomijając także tzw. trudnych fragmentów, lub
będą chcieli dotrzeć do wszystkich dostępnych źródeł i skorzystać z nich (np.
publikowanych protokołów z przesłuchań uczestników Marca 1968 roku).
Z jednej
strony wymusza się konformizm, upowszechnia się sposób pojmowania terminu
„niezależny historyk (publicysta)” jako historyka (publicysty), któremu na
niczym nie zależy, z drugiej strony jak miecz Damoklesa wiszą nad nami kolejne
pomysły reformatorskie Ministerstwa Edukacji Narodowej w zakresie nauczania
historii. A sprowadzają się one do jasnej dyrektywy: redukować (liczbę godzin
historii w szkole i zawartość programową). Nic więc dziwnego, że wśród studentów
– wiadomość z wiarygodnych źródeł z ostatnich kilku lat – na pytanie o
Westerplatte pojawia się odpowiedź: „Wzgórze we Włoszech, które szturmowała
polska armia”, a na pytanie o Orlęta Lwowskie można usłyszeć replikę: „Młodzi
Litwini broniący Lwowa przed Niemcami”. Nie zdziwcie się więc, Drodzy
Czytelnicy, gdy za kilkanaście lat w rozmaitych gazetowych dużych formatach
pojawi się żądanie: „Jaruzelski na Wawel!”.
Dlaczego potrzebna nam prawdziwa historia?
Historia to
przecież laboratorium polityki, a polityk, który by nie znał historii, jest jak
student medycyny, który chciałby zostać lekarzem, nie odwiedzając szpitala (J.
Bainville). Dochodzimy w ten sposób do istoty kwestii. Chodzi tutaj bowiem o
ścisły związek między bieżącą polityką a poznaniem najnowszej historii Polski.
Innymi słowy, czy Trzecia Niepodległość budowana będzie na „instytucjonalizacji
relatywizmu”, nie tylko etycznego, ale i historycznego.
Tak trudno burzyć
pomniki. Pamiętam, ileż to trosk i niepokoju wzbudził w 1989 r. wśród
niektórych, opozycyjnych dotąd, publicystów fakt zburzenia pomnika Feliksa
Dzierżyńskiego na placu Bankowym w Warszawie. Ileż było przestróg, że od
burzenia pomników tylko krok do stawiania szafotów. Dla tych samych zastraszaczy
pomnikiem jest towarzysz generał, od którego po prostu trzeba się
„od…yć”.
Jak mówił twórca „Pana Cogito”, trzeba stąpać „po ubitej ziemi” i
trzeba „mieć w pogardzie szpicli”. Trzeba wreszcie korzystać z doświadczeń
Drugiej Rzeczypospolitej, która w pierwszych rzędach na największych państwowych
uroczystościach sadzała sędziwych weteranów Powstania Styczniowego (awansując
ich wcześniej do stopni oficerskich) i kosztem wielu nakładów finansowych
burzyła widoczne symbole niedawnej podległości zaborcy (np. wielką cerkiew
Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie). A przecież było wtedy wiele
palących problemów społecznych, finansowych, pracowano nad zintegrowaniem
dawnych trzech zaborów w jedno państwo. Jednak twórcy Drugiej Rzeczypospolitej
wiedzieli od czego zacząć i do jakiej tradycji się odwoływać. Wiedziano, że
nauka historii w szkole – chociaż nie ma bezpośredniego przełożenia choćby na
industrializację kraju – ma bezpośredni wpływ na coś o wiele cenniejszego – na
wychowanie dobrego obywatela Rzeczypospolitej. Na całe pokolenie, które potem
ginęło od sowieckich kul w Katyniu i od niemieckich na barykadach Warszawy.
Prof. Grzegorz Kucharczyk
