Rząd bagatelizuje dziurę budżetową
Z prof. Andrzejem Kaźmierczakiem, ekonomistą z Katedry Bankowości Szkoły Głównej Handlowej, członkiem Komitetu Nauk o Finansach PAN, rozmawia Mariusz Bober
Ile naprawdę wyniesie w rozpoczynającym się roku dziura budżetowa? 52,2 mld zł – jak utrzymuje rząd, czy blisko 100 mld – jak twierdzi opozycja z PiS?
– 52,2 mld zł to tylko zakładany deficyt krajowy. Do tego trzeba dodać 14,3 mld zł deficytu w budżecie środków europejskich [wyodrębniony z budżetu państwa fundusz, na który składają się w tym roku wymagane przez UE śodki własne potrzebne do finansowania projektów z wykorzystaniem funduszy unijnych – red.]. To daje już 66,5 mld zł deficytu w porównaniu z deficytem z 2009 roku, który według obecnych szacunków wyniósł 27,5 mld złotych. W roku bieżącym będziemy więc mieli ponad 2,5 razy większy deficyt niż w poprzednim, co oznacza destabilizację finansów państwa.
Niektórzy eksperci twierdzą jednak, że dziurę budżetową powiększają wypchnięty do Krajowego Funduszu Drogowego dług, który tylko w tym roku ma wynieść 18,8 mld zł (7,8 mld zł obligacji i 11 mld zł z pożyczki Europejskiego Banku Inwestycyjnego) oraz dziura w budżecie ZUS…
– To prawda. Trzeba więc do tego dodać inne wydatki, które tak naprawdę budżet państwa ponosi, choć minister Jan Vincent Rostowski nie zaliczył ich do wydatków. A przecież także Unia Europejska takie fundusze traktuje jako wydatki budżetowe. Jeśli zaś chodzi o ZUS, to trzeba podkreślić, że (prócz dotacji, które ta instytucja dostała na wypłatę rent i emerytur w kwocie 30,1 mld zł) jej dług powiększa deficyt na kontach zakładu w 2009 r. w wysokości 9,5 mld złotych. Na taką właśnie sumę ZUS zadłużył się w ubiegłym roku zarówno w bankach komercyjnych, jak i w budżecie państwa (w sumie daje to prawie 40 mld złotych). Jeśli dodamy jeszcze do tego 22,5 mld zł, a na taką kwotę rząd musi wyemitować obligacje i przekazać je otwartym funduszom emerytalnym, to skala niedoborów ZUS przekroczy 60 mld zł (a zobowiązania tej instytucji UE też zalicza to wydatków budżetowych). Jeżeli deficyt ten utrzyma się w latach 2010-2013, to będzie oznaczać, że instytucji tej zabraknie na wypłatę rent i emerytur ok. 300 mld złotych… Niewątpliwie mamy więc głęboką zapaść systemu emerytalnego w Polsce. Wynika to m.in. z procesu starzenia się społeczeństwa, ogromnej emigracji Polaków za granicę oraz wzrostu bezrobocia.
Jak pokonać zapaść sektora ubezpieczeń społecznych?
– Ministerstwo Finansów już myśli o podniesieniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn o dwa lata. Zwiększyłoby to wpływy z tytułu wpłacanych składek, a zmniejszyło sumy wypłacanych rent i emerytur. Odbędzie się to jednak kosztem świadczeniobiorców. Mówiąc nieco przesadnie, obywatele naszego kraju będą pracować aż do śmierci i nie zdążą nacieszyć się spokojną starością.
Z przedstawionych przez Pana wyliczeń wynika, że realny deficyt budżetu państwa w przyszłym roku przekroczy 100 mld złotych?
– Deficyt budżetu państwa, liczony tak jak się to robi w Unii (z uwzględnieniem budżetu środków europejskich i obligacji, które muszą być przekazane do OFE), zbliży się do 90 mld złotych.
Skąd wzięła się tak ogromna dziura budżetowa?
– Niewątpliwie jedną z głównych przyczyn jest światowy kryzys gospodarczy, który dotknął także Polskę. Przecież nasz kraj przeżył drastyczny spadek tempa wzrostu dochodu narodowego. O ile w 2006 r. wyniósł on 6 proc., to w minionym roku blisko 1 procent. Trzeba zaś pamiętać, że dochody budżetu państwa są pochodną wzrostu PKB. W ostatnim czasie drastycznie spadły wpływy podatkowe z PIT, a zwłaszcza CIT, oraz z VAT i akcyzy. Zmniejszyły się do tego stopnia, że po pół roku trzeba było nowelizować ustawę budżetową. Z powodu kryzysu przedsiębiorstwa odnotowały bowiem drastyczny spadek sprzedaży, od której liczy się VAT. Zmniejszyły się więc też wpływy z podatku CIT – płaconego od dochodów firm. Nastąpił również spadek tempa przyrostu płac, co odbiło się na wpływach z PIT. Dlatego bardzo mnie dziwi, że w projekcie ustawy budżetowej na 2010 r. wpisano wzrost wpływów z tych podatków rzędu 8-9 proc., mimo że wzrost PKB założono w wysokości 1,2 proc., a więc na poziomie zbliżonym do minionego roku. Przyjęto więc, moim zdaniem, nierealistyczne założenie przy konstruowaniu dochodów budżetowych.
To kryzys gospodarczy spowodował więc tak gigantyczną dziurę budżetową?
– Nie tylko. Jest ona efektem również wzrostu wydatków państwa, m.in. na zasiłki oraz składki na ubezpieczenie społeczne dla bezrobotnych. W okresie rządów PO bezrobocie rejestrowane przekroczyło bowiem ponownie wartość dwucyfrową i wynosi obecnie 11,4 proc., podczas gdy w listopadzie 2008 r. wynosiło 9,1 procent. Rząd jest w pełni odpowiedzialny za sytuację finansów państwa, a więc także za powstanie dziury budżetowej. Nie dostosował bowiem swojej polityki do zmieniającej się sytuacji gospodarczej. Zapłaci za to niestety społeczeństwo. Rząd odpowiada też za likwidację przemysłu stoczniowego i tysięcy miejsc pracy na Wybrzeżu. Według mnie, działania ekipy Donalda Tuska, zwłaszcza negocjacje z Komisją Europejską, były prowadzone nieudolnie. A przecież w okresie kryzysu rząd mógł wywalczyć przynajmniej opóźnienie decyzji o likwidacji stoczni. Inne kraje, w tym Niemcy i Francja, potrafiły obronić swoje kluczowe branże decydujące o koniunkturze gospodarczej. Rząd polski wykazał tymczasem zaskakującą nieudolność.
Można było uniknąć tak gigantycznej dziury budżetowej, a przynajmniej ograniczyć jej rozmiary? Rząd przekonuje, że jest ona efektem wyłącznie kryzysu światowego, który i tak odczuwamy słabiej niż większość innych krajów, bo w ogóle notujemy jakiś wzrost PKB.
– Problemy z brakiem równowagi budżetowej narastały od pewnego czasu. Tak dużej dziury budżetowej nie można wytłumaczyć tylko okolicznościami zewnętrznymi, niezależnymi od polityki budżetowej. Prawda bowiem wygląda tak, że ze względu na ubiegłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego nie podejmowano żadnych działań systemowych, niepopularnych społecznie, aby ograniczyć deficyt w budżecie. Wiązałoby się to albo ze wzrostem podatków, albo z ograniczeniem wydatków. Rząd bał się, że spowoduje to obniżenie notowań rządzącej partii przed eurowyborami.
Stąd też nie zdecydowano się na ratowanie budżetu także w tym roku, bo czekają nas wybory samorządowe i prezydenckie, a jak wiadomo, Donald Tusk zrobi wszystko, by zostać głową państwa.
– Dokładnie. Tymczasem tak dramatyczna sytuacja finansów państwa wymaga zwiększenia wpływów do budżetu, a więc zwiększenia podatków, ewentualnie innych danin publicznych o charakterze parapodatkowym. Dodatkowe ciężary fiskalne powinny ponieść grupy społeczne najbardziej zamożne, cechujące się najwyższą zdolnością podatkową. Im później rząd podejmie działania naprawcze, tym większe będą koszty tych działań dla społeczeństwa.
Zapłacimy więc podwójnie – raz za błędną politykę rządu Donalda Tuska, a po wtóre – za odkładanie reform obliczone na to, że mimo nieudolnej polityki Polacy właśnie jego wybiorą na prezydenta?
– Jak widać, PO nie obawia się konsekwencji politycznych, licząc na to, że po wygranych wyborach nikt jej nie rozliczy. Stąd bierność obecnego rządu, próby „kreatywnej księgowości”, kamuflowanie rzeczywistej, dramatycznej sytuacji finansów państwa. Obok dziury budżetowej państwa mamy przecież ogromny deficyt całego sektora finansów publicznych, na który składają się także długi i zobowiązania samorządów oraz państwowych funduszy celowych. Gdybyśmy więc policzyli deficyt całego sektora publicznego w relacji do Produktu Krajowego Brutto, to zauważymy, że zbliża się on do 9 procent PKB! Jest to bardzo groźna sytuacja, bo może oznaczać spadek wiarygodności Polski wśród inwestorów finansowych i wierzycieli nabywających nasze papiery dłużne. Jeśli weźmiemy to wszystko pod uwagę, okaże się, że całe zadłużenie państwa wyniesie 739,1 mld złotych. Oznaczałoby to, że na każdego mieszkańca Polski przypada prawie 20 tys. długu (od dziecka po emeryta)! W ten sposób zadłużenie państwa zbliży się do granicy 55 proc. PKB. Jest to tzw. drugi próg ostrożnościowy, określony w ustawie o finansach publicznych z sierpnia ubiegłego roku! W budżecie na 2010 rok przyjęto bardzo optymistyczne założenie, że wpływy z prywatyzacji wyniosą 25 mld zł, ale w minionym roku nie zrealizowano planów zakładających pozyskanie z tego tytułu 12 mld złotych. Tymczasem od tego, czy te pieniądze w tym roku wpłyną, może zależeć przekroczenie drugiego progu ostrożnościowego. Jeśli tak się stanie, trzeba będzie zrównoważyć budżet, czyli całkowicie zredukować deficyt, co jest nierealne.
Co wtedy?
– Oznaczałoby to postawienie odpowiedzialnych za przekroczenie drugiego progu ostrożnościowego i brak działań mających przywrócić równowagę finansów publicznych przed Trybunałem Stanu. Natomiast dla społeczeństwa wiązałoby się to z drastycznymi cięciami wydatków, włącznie z koniecznością zamrożenia, a nawet obniżenia płac w sektorze budżetowym oraz rezygnacją z waloryzacji rent i emerytur. Zresztą już w tegorocznym budżecie wprowadzono drastyczne cięcia – przede wszystkim wydatków na bezpieczeństwo publiczne, co jest bardzo groźne dla państwa, przy słabym systemie ochrony publicznej. Spadają również wydatki na zasiłki socjalne, a także na ochronę zdrowia, co społeczeństwo poważnie odczuje. Polaków nieuchronnie czeka też wzrost danin publicznych. Prawdopodobnie wzrośnie VAT i akcyza. Zmiana podatku od dochodów osobistych PIT i podatku od dochodów firm CIT wymagałaby akceptacji parlamentu, a takiej woli nie ma przed wyborami prezydenckimi. Ale istnieją również możliwości obciążenia społeczeństwa parapodatkami, np. zwiększeniem składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.
Czy skutki te odczujemy jeszcze przed tegorocznymi wyborami?
– PO robi wszystko, by nie podnosić podatków, a w każdym razie, by społeczeństwo nie odczuło tego przed wyborami. Jednak nie da się uniknąć podjęcia trudnych decyzji przed końcem tego roku. Brak konsolidacji finansów publicznych wywoła bowiem dalszy wzrost deficytu. To zaś spowodowałoby obniżenie wiarygodności państwa, problemy ze sprzedażą obligacji na zagranicznych rynkach finansowych oraz konieczność podwyższenia oprocentowania polskich papierów dłużnych. Zwiększyłoby to z kolei koszt obsługi zadłużenia i obciążyło przyszłe pokolenia. Mówiąc wprost – Polska stanęłaby u progu bankructwa.
Z zapowiedzi rządu wynika, że będzie chciał on pokryć dziurę budżetową przede wszystkim z oczekiwanego, chociaż nie wiadomo skąd, wzrostu wpływów podatkowych, prywatyzacji, wypłaty dywidend ze spółek Skarbu Państwa oraz środków z Unii Europejskiej. Czy i na ile może to pomóc w zmniejszeniu deficytu?
– Rzeczywiście rząd obficie korzysta z funduszy unijnych na łatanie dziury budżetowej. Pomagają one finansować budowę dróg, infrastrukturę, naukę, szkolnictwo itd. Ale napływ środków z Unii nie będzie trwał wiecznie. Wówczas otworzą nam się oczy i odczujemy rzeczywistą sytuację państwa. Gdyby z tegorocznego budżetu, w którym ujęto razem środki pozyskiwane w kraju wraz z funduszami z UE, pominąć te ostatnie, okazałoby się, jak ogromny był spadek wpływów podatkowych w kraju. Tymczasem w tym roku nie można liczyć na znaczący wzrost PKB i odczuwalne zwiększenie krajowych dochodów podatkowych. Deficyt finansów pogłębi błędna polityka energetyczna państwa.
Jaki ma to wpływ na finanse publiczne?
– Pośredni, ale ogromny. Rząd podpisał bowiem niekorzystny dla naszej gospodarki pakiet porozumień zakładający redukcję gazów cieplarnianych. To spowoduje, że właśnie Polska poniesie największe koszty tej redukcji. Wkrótce okaże się, że będziemy musieli kupować limity emisji CO2. Najgroźniejsze jest jednak to, że zobowiązania do redukcji emisji tego gazu będą zmuszały nas do ograniczenia wykorzystania węgla do produkcji energii elektrycznej i ciepła. To pociągnie olbrzymie wydatki wynikające m.in. z samej konieczności wprowadzenia zmian technologicznych w związku z wykorzystaniem innego źródła energii, np. paliwa gazowego. Spowoduje to ponadto spadek zapotrzebowania na węgiel, a w konsekwencji – wzrost bezrobocia na Śląsku. Także przyjęcie programu rozwoju energetyki atomowej w Polsce będzie powiększało wydatki budżetowe. Energetyka jądrowa jest bowiem niezwykle kosztowna. Dodatkowo zwiększy to koszty pozyskiwania energii elektrycznej w naszym kraju. Eksperci oceniają, że już w ciągu najbliższych 5 lat koszty pozyskiwania energii elektrycznej i tak wzrosną w naszym kraju pięciokrotnie, co przełoży się także na pięciokrotne zwiększenie płaconych przez nas rachunków za prąd. Wzrośnie inflacja, ponieważ energia elektryczna wykorzystywana jest do produkcji wszystkich towarów i przy niemal wszystkich usługach. Obniży się ponadto konkurencyjność naszej gospodarki.
Dziękuję za rozmowę.
