Pan jest blisko

Liturgia Słowa kilku ostatnich tygodni roku liturgicznego kieruje naszą uwagę ku eschatologii. Zapowiedź kataklizmów, znaki na niebie i na ziemi nie są jeszcze właściwym sądem – one go tylko poprzedzają. Najważniejsze będzie spotkanie z Chrystusem. Czy będzie to dzień gniewu – dies irae, jak malowali go poeci i malarze, niegdyś przedstawiali plastycznie kaznodzieje, sprawiając, że ludzie mdleli ze strachu? A może to będzie czas powszechnej amnestii – łaski, Miłosierdzia, apokatastazy? Tego nie wiemy.

Nie znamy granic Bożego miłosierdzia. Pozostaje nam nadzieja. Pewne jest natomiast, że zatrzymywanie się jedynie na szczegółach kosmicznego kataklizmu kreślonych przez biblijnych autorów niesie w sobie wiele niebezpieczeństw. Rozpala to wyobraźnię, marginalizując jednocześnie inne, ważniejsze kwestie. Bóg, bezwzględny i okrutny, wykreowany na wzór ludzkich zachowań, jest nieprawdziwy, a taki błędny Jego obraz niektórzy z nas niestety noszą w sobie. Relacja motywowana strachem paraliżuje i wyjaławia duszę. Z drugiej strony – wizji tych nie można zlekceważyć i potraktować jako jedynie konwencji. W logikę Ewangelii wpisany jest radykalizm, a w godzinie sądu nie będzie już miejsca dla światłocienia.
„Miłość nie zna lęku”. Zawsze opisom sądu ostatecznego towarzyszą słowa nadziei, które biorą się przede wszystkim z wiary w Jezusa Chrystusa i skuteczności Jego ofiary za grzechy złożonej raz na zawsze za wszystkich ludzi. Dziś przypomina o tym autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 10, 11-14, 18). W Starym Przymierzu ofiary składane przez kapłanów nie miały mocy unicestwiania ludzkich grzechów, dlatego były nieskuteczne. Uczestnictwo w obrzędach pokutnych pokazywało ludzką kondycję, budziło żal, postanowienie poprawy, pomagało określić swoje miejsce w świecie – ale to było wszystko. Pięknym świadectwem wołania ludzkiej niemocy pozostały psalmy. Prawo było „wychowawcą”, podprowadzało do Boga Jahwe, ale nie było w nim mocy wyzwalania z niewoli grzechu i śmierci. Trzeba było jeszcze poczekać, aż przyjdzie Mesjasz. Kiedy to się dokonało, cała rzeczywistość uległa fundamentalnej metamorfozie. Chrystus przemienił sposób postrzegania Boga, Jego miłości i miłosierdzia, udoskonalił Prawo, podnosząc je na płaszczyznę serca, pozostawił nam siebie w Eucharystii, pokonał grzech i otworzył wszystkim ludziom bramy Nieba. Wskazał, że ów proces musi dotknąć także nas, aby wszystko stało się nowe. Bez tej przemiany – bez uznania Jezusa za swojego jedynego Pana i władcę – w dalszym ciągu jesteśmy ludźmi Starego Przymierza. Z naszymi nieskutecznym ofiarami za grzechy, z interesownym spojrzeniem na modlitwę i kult, z niezaspokojonymi tęsknotami i lękiem, z bezsilnością i próżnym trudem szukania zbawienia i unieśmiertelnienia poza Bogiem. Może dlatego tyle słabości w nas, że nie dokonała się jeszcze w pełni w naszych sercach i umysłach intronizacja Chrystusa – przeistoczenie na wzór Jego obrazu? Sąd Ostateczny nie jest traumą dla kogoś, kto tak rozumie swoje życie. Nie jest końcem, katastrofą, ale właśnie przemianą, kolejnym etapem dojrzewania do Nieba. Może w taki sposób warto go postrzegać? Wtedy nie będzie w nas lęku, a oczekiwanie stanie się pełne pokoju, miłości i nadziei, że Pan jest blisko.


ks. Paweł Siedlanowski
drukuj