Jesteśmy tu, by was zabić
Z małżeństwem irackich chrześcijan Namerem Hamandi i jego żoną Mariam rozmawia Franciszek L. Ćwik
Prosicie o azyl polityczny we Francji. Co sprawiło, że musieliście opuścić Irak?
Namer Hamandi: – Od 2003 r. rozpoczęły się dla nas ciężkie dni. Jako chrześcijanie staliśmy się obiektem niemal codziennych ataków i pogróżek ze strony muzułmanów. Pracowałem na stanowisku dyrektora handlowego w amerykańsko-libańskiej firmie Power System w Bagdadzie produkującej generatory elektryczne. Oprócz mnie była jeszcze jedna osoba przyznająca się do chrześcijaństwa, która pracowała w zakładowej kawiarni. Od czasu interwencji amerykańskiej w 2003 r. zaczęto mnie unikać i izolować. Często słyszałem obraźliwe wypowiedzi dotyczące mojej religii. Od 2004 r. kładziono niemal codziennie na moim biurku kartki z wydrukowanym napisem: „W imię Boga, jesteśmy tu, by was zabić, brudni chrześcijanie”. Przesyłano też zdjęcia zamordowanych ludzi.
Mariam Hamandi: – Byłam odpowiedzialna za kadry w państwowej fabryce papierosów. Podlegało mi 55 pracowników muzułmanów, w większości szyitów. Nastawienie do mnie zaczęło się zmieniać, kiedy wśród nich ujawnili się członkowie tzw. szyickiej Armii Mahdiego, zwerbowani przez islamskich ekstremistów. Niemal codziennie krzyczeli: „Wasze miejsce nie jest tutaj. Wasze stanowisko nie jest dla brudnych chrześcijan, krzyżowców, jest dla nas, muzułmanów. Chrześcijanka nie może kierować muzułmanami, nawet kiedy jest bardziej wykwalifikowana od nich”. Również w obecności naczelnego dyrektora powtarzano, że moje stanowisko nie jest dla „brudnej chrześcijanki”. Wykorzystując słabość mojej pozycji, zaczęto przedstawiać mi fałszywe dyplomy, domagając się podwyżek, zmuszając do uznawania nieobecnych za będących w pracy. Przychodzono też do mojego biura, mówiąc: „Załóżcie czador i nawróćcie się na islam, wygracie niebo”. Nie mając wyboru, musiałam przywdziać islamski strój. Nie mogłam zakładać spodni. Nosiłam rodzaj chusty przykrywającej głowę, uszy i szyję. Krzyż chrześcijański był oczywiście zabroniony.
Czy kończyło się na pogróżkach?
N.H.: – Początkowo myśleliśmy, że rzeczywiście na tym się skończy. Byliśmy dobrej myśli. Umacniała nas modlitwa, zwłaszcza wspólnotowa w naszym kościele pod wezwaniem Trójcy Świętej. Niestety, nasze nadzieje okazały się płonne. Tym bardziej że zaczęto rzucać na nas obelgi w drodze do świątyni. Nasi muzułmańscy sąsiedzi radzili nam, byśmy nie chodzili do kościoła, bo islamiści nas zabiją. Zaczęły się zdarzać porwania chrześcijan uczęszczających na Mszę Świętą. Ryzykowaliśmy wiele, bo byliśmy aktywnymi członkami parafii. Doszło do tego, że nasz proboszcz przestał odprawiać Msze św. w niedziele. Celebrował je w sobotę wieczorem, co było bardziej bezpieczne. W 2004 r. w Wielki Piątek, kiedy szliśmy do kościoła, młodzi muzułmanie na rowerach silnie nas popychali, krzycząc: „Nic nie da pójście do kościoła. Waszym przeznaczeniem jest piekło”.
Były przypadki atakowania świątyń?
N.H.: – W czasie szyickiego święta imama Husajna, które trwa 10 dni, zdarzało się, że nasz kościół był otaczany przez muzułmanów, którzy blokowali wejście. W czasie tego święta byliśmy zmuszeni do noszenia czarnych strojów i dawania pieniędzy dla Armii Mahdiego, by jej członkowie mogli zorganizować święto. W tym okresie chrześcijanie nie mogli świętować ceremonii zaślubin. Armia Mahdiego kontrolowała także śmietniki, sprawdzając, czy nie ma w nich butelek po piwie, którego konsumpcja była zabroniona. Po inwazji Amerykanów w marcu 2003 r. zabójstwa i porwania chrześcijan udających się do kościołów stały się czymś bardzo częstym.
Z powodu tej atmosfery zagrożenia i zastraszenia podjęli Państwo decyzję o opuszczeniu Bagdadu?
N.H.: – W kwietniu 2004 r. starano się mnie porwać. Jadąc do pracy, zauważyłem, że towarzyszy mi BMW z czterema zamaskowanymi mężczyznami z kałasznikowami. W tamtym czasie terroryści mogli przemieszczać się z bronią, bo nie było barier z uzbrojonymi policjantami. Zatrzymałem samochód i szczęśliwe uciekłem w krętą uliczkę. Zaczęli strzelać do mojego samochodu, krzycząc: „Brudny chrześcijanin, pijak [obelga najczęściej używana przez muzułmanów wobec chrześcijan – F.L.C.], brudna świnia, porwiemy cię i zabijemy”. W pewnej chwili pokazał się amerykański żołnierz i spłoszył agresorów. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że trzeba będzie uciekać z Bagdadu. Gdy o całej historii opowiedziałem moim muzułmańskim kolegom, stwierdzili, że to drobna sprawa, bo mam dosyć pieniędzy, by się wypłacić. Po tym, co zaszło, byłem 10 dni na zwolnieniu lekarskim. Pozostałem jednak w stolicy. Tu mieliśmy dobrą pracę, dom, przyjaciół. Wciąż myślałem, że sytuacja się poprawi, w końcu są Amerykanie…
Tak się jednak nie stało…
N.H.: – Ciągle otrzymywałem SMS-y i e-maile z pogróżkami. Zdarzało się, że dzwoniono do mnie w nocy, o czym nie mówiłem mojej żonie i siostrze, z którą mieszkaliśmy, by ich nie trwożyć. Treść przesłania była zawsze podobna: „Ty pijaku, krzyżowcu, opuść kraj”. Postawiono mi warunek: przejście na islam lub opuszczenie Iraku. Tego typu SMS-y otrzymywałem co najmniej trzy razy dziennie. To nie dawało mi żyć. Wielokrotnie zmieniałem numer telefonu i drogę do pracy. Nic to nie pomagało. Czasami nie chodziłem do firmy, co odbijało się na moich zarobkach. Począwszy od 2006 r,. zlikwidowałem swoje biuro i pracowałem u siebie. Sytuacja stała się krytyczna, kiedy nasz sąsiad dowiedział się, że mój brat, Hadir, żyjący w USA, przyjechał do Faludży, by pracować dla Amerykanów. Jego kontrakt skończył się w 2007 roku. By nie ujawniać informacji o moim bracie, sąsiad zażądał od nas 5 tys. dolarów, inaczej grożąc losem Jusefa Hanana Polusa, chrześcijanina zabitego i poćwiartowanego w Bagdadzie. W czerwcu 2009 r. postanowiliśmy wyjechać do Francji dzięki operacji IRAK 500 i stowarzyszeniu AEMO. Sprzedałem za grosze nasz dom i w lipcu br. przybyliśmy do Paryża, gdzie poprosiliśmy o azyl polityczny.
Jaka była sytuacja chrześcijan za czasów Saddama Husajna?
N.H.: – Znacznie lepsza, bo laicki reżim traktował jednakowo wszystkie wyznania, które mogły swobodnie prowadzić swoją misję.
Twierdzi się, że chrześcijanie mieli uprzywilejowany status…
N.H.: – To prawda, ale ich pozycja nie wynikała z preferencji politycznych. Chrześcijanie byli bardziej pracowici niż muzułmanie, kończyli szkoły, posiadali dyplomy i dlatego zajmowali często eksponowane stanowiska.
Jak ocenia Pan interwencję amerykańską w Iraku?
N.H.: – Myślę, że jej pierwotne cele były słuszne. Chodziło o obalenie dyktatorskiego reżimu. Problem w tym, że nie potrafiono na jego miejsce ustanowić bardziej korzystnego systemu, doprowadzono do anarchii. Policja nie panuje nad sytuacją. Mnożą się grabieże, zwłaszcza w stosunku do chrześcijan.
Czy z tego można wyciągnąć wniosek, że społeczeństwo irackie nie dorosło do demokracji?
N.H.: – Na pewno tak. Moim zdaniem, trzeba kilku pokoleń, by nauczono się w Iraku żyć razem i przyjąć zachodnie zasady demokratyczne.
Pewne amerykańskie koła wojskowe domagają się zwiększenia liczby żołnierzy w Iraku. Czy, Pana zdaniem, jest to metoda na poprawienie sytuacji, czy może Amerykanie powinni wrócić do siebie?
N.H.: – Powinni powrócić. Żołnierze amerykańscy stacjonują w swoich bazach, a cała odpowiedzialność za bezpieczeństwo spada na lokalne władze, które nie są w stanie zapewnić porządku i ładu. Obecność amerykańska jedynie zaognia sytuację wewnętrzną i stanowi młyn na wodę wszelkich ekstremistów muzułmańskich, którzy widzą w Amerykanach zachodniego, wrogiego agresora. Irak nie ma innego wyboru, jak liczenie jedynie na siebie.
Dziękuję Państwu za rozmowę.
