Walka o władzę w partii rządzącej

Przez najbliższe kilkanaście miesięcy czeka nas na scenie politycznej nie tylko walka o prezydenturę, nie tylko zmaganie z kryzysem, ale również postępująca wewnętrzna walka w establishmentowych partiach, przede wszystkim w Platformie Obywatelskiej.

Partie wodzowskie, jakie ukształtowały się na polskiej scenie po wprowadzeniu budżetowego finansowania tychże, z biegiem czasu przeżywają problemy mimo wcześniejszych spektakularnych sukcesów. Tak jest zawsze, gdy lider danego ugrupowania słabnie lub z jakiegoś powodu odchodzi. Naturalna wymiana elit nie wchodzi tu w rachubę, gdyż wszyscy bardziej ambitni i bardziej skuteczni politycy są eliminowani z gry. Ta „troska” liderów o „wykaszanie” konkurentów ma w dłuższej perspektywie czasu zgubne skutki. Elity polityczne wszak ulegają degradacji i przedstawiają najczęściej mierny poziom merytoryczny. Nie ma naturalnej wymiany przywództwa. W partiach zachodnioeuropejskich zgrany lider oddaje władzę następcy. Politycy wiedzą, że bez zmiany twarzy przegrana partia nie będzie miała szans powrotu do władzy. U nas liderzy dysponują pełnią władzy nad pieniędzmi partyjnymi. Są zatem w stanie rozgrywać wewnętrzne układy niemal na sposób wodzowski. Lekarstwem na to byłoby finansowanie partii oddolnie, tj. przekazywanie pieniędzy budżetowych strukturom wojewódzkim, powiatowym i gminnym, a nie dawanie pełni kontroli nad nimi górze partyjnej.

Pozorna wielonurtowość

Mówi się wiele w polityce polskiej o potrzebie redukcji liczby partii politycznych oraz o tym, że obecnie funkcjonujące podmioty mają wielonurtowy charakter. Na przykład liberalnie nastawiona Zyta Gilowska, niedawny lider PO, działa dziś w Prawie i Sprawiedliwości. Minister obrony w rządzie Jarosława Kaczyńskiego Radosław Sikorski jest obecnie ministrem w rządzie Donalda Tuska. Do europarlamentu z list PO startowała z jednej strony Danuta Hübner (dawniej z SLD), z drugiej Marian Krzaklewski (wcześniej przywódca NSZZ „Solidarność” i AWS). Dla wnikliwego obserwatora jasne jest jednak, że ta wielonurtowość jest czysto fikcyjna. Partie tylko kupują polityczne „gwiazdy medialne”, co nie znaczy, że w ich szeregach mamy do czynienia z silnymi nurtami ideowymi zdolnymi wpływać na bieg rzeczy. Za wymienionymi przeze mnie osobami nie idzie bowiem żadna siła, poza siłą telewizyjnego PR. Zatem wszystko to funkcjonuje na zasadzie medialnej gry, nie zaś realnej reprezentacji społecznej.
Stabilność partii wodzowskich jest więc zaprowadzana sztucznie, skutkuje mierną jakością naszej polityki i w dłuższej perspektywie czasu naraża nas na spore kryzysy polityczne. Wydaje się, że przed takimi m.in. problemami stoi w Polsce Platforma Obywatelska. Wyobraźmy sobie np., co zrobi ta partia, gdy Donald Tusk nie zostanie wybrany w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Czy przegranego lidera zostawi na stanowisku premiera i szefa partii, czy go wymieni? Jeśli zaś wymieni, to na kogo? A jeżeli Donald Tusk zostanie prezydentem? Kto wówczas zostanie szefem partii i szefem rządu? Do tej pory ogłoszono przynajmniej kilku kandydatów na te stanowiska: marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, Jarosław Gowin, a nawet Janusz Palikot. Gdy zatem Tusk z takiego czy innego powodu odejdzie, w PO zacznie się wewnętrzna wojna. Problem w tym, że może ona mieć charakter li tylko walki personalnej, gdyż wymienione wyżej osoby od strony ideowej czy programowej różni bardzo niewiele (często jest to po prostu stan bezideowy). Walka taka może trwać dość długo. Zwycięzca zmuszony będzie wyrzucić z ugrupowania swoich konkurentów, tak jak wylecieli z niego założyciele partii: Maciej Płażyński i Andrzej Olechowski, czy jej późniejsi liderzy: Zyta Gilowska i Jan Rokita. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma obiektywnego weryfikatora siły poszczególnych podmiotów. W wielonurtowych wielkich partiach zachodnich (chociażby amerykańskich) siła konkretnego nurtu jest mierzona poparciem wyborców w różnorakich prawyborach. W Polsce nie dość, że wielonurtowość jest czysto iluzoryczna, to jeszcze nie ma obiektywnego czynnika weryfikującego. Poparcie dla partii nie jest mierzone siłą odniesień społecznych, poparcia w stowarzyszeniach, terenowych ogniwach, lecz wynika z medialnego PR. Zatem walka o schedę w PO będzie miała charakter wyłącznie zakulisowy, w dużym stopniu podszyty mnogością intryg. Oczywiście taka walka nie jest w żaden sposób twórcza, nie polega bowiem na prezentacji programów i poglądów politycznych. Taki stan bywa bardzo destrukcyjny dla każdej organizacji i może spowodować sukces inicjatyw spoza PO (przykład: akcja Pawła Piskorskiego i Andrzeja Olechowskiego – Stronnictwo Demokratyczne). Wydaje się, że widzi to wyraźnie minister Schetyna, który wpadł na pomysł, aby szefem PO również w 2010 roku pozostał Donald Tusk, nawet gdyby został wybrany na prezydenta. Odpowiedź konkurentów przyszła jednak szybko – główni działacze PO uznali ten pomysł za niedorzeczny, a prawnicy za niekonstytucyjny.

A co w PiS

Wydaje się, że bardzo trudną sytuację ma również PiS. Stabilność w partii może być o tyle większa, że braci Kaczyńskich jest dwóch, a więc mogą się podzielić z jednej strony stanowiskiem prezydenta, z drugiej kierownictwem w partii. Nie ulega jednak wątpliwości, że wobec odejścia najbardziej znanych polityków PiS do europarlamentu (np. Zbigniew Ziobro), wobec wcześniejszych czystek (kazus Ludwika Dorna), trudno będzie i tu znaleźć sensowną kontynuację przywództwa.
Przez najbliższe zatem kilkanaście miesięcy czeka nas na scenie politycznej nie tylko walka o prezydenturę, nie tylko zmaganie się z kryzysem, ale również postępująca wewnętrzna walka w establishmentowych partiach, przede wszystkim w PO. Wynik tego starcia może być o tyle interesujący, że istotnie wpłynie na kształt polityki polskiej w najbliższych latach. Nie jest wykluczone, że w tym zamęcie pojawią się nowe byty polityczne zdolne konkurować z obecnymi partiami.


Prof. Mieczysław Ryba
drukuj