Świadek cierpiącego Chrystusa

Santo subito

Z o. Jarosławem Kanią, gwardianem klasztoru Ojców Bernardynów i kustoszem sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Leżajsku, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Nie ma chyba miejsca w Polsce, którego Sługa Boży nie naznaczyłby swoją obecnością. Do tych miejsc należy też sanktuarium leżajskie…

– To prawda. 28 maja 1965 r. progi naszej bazyliki przekroczył arcybiskup krakowski Karol Wojtyła. Odprawił Mszę św. w kaplicy Cudownego Obrazu, a przed wyjazdem w kronice klasztornej napisał następujące słowa, które widnieją także na tablicy zdobiącej cokół kolumny z figurą Chrystusa Frasobliwego na placu Rajskim. „Z serdecznym błogosławieństwem i prośbą o pamięć przed cudownym obrazem Matki Bożej. Pamięcią będę się starał odpłacić za pamięć, bo niełatwo zresztą zapomnieć Waszej Bazyliki”. Jego pokłon przed obliczem Matki Bożej Pocieszenia, to wszystko, co tu zobaczył i przeżył, zabrał ze sobą. Myślę też, że wszystkie Jego późniejsze wizyty, jako już Namiestnika Chrystusowego, w sanktuariach całego świata, były niejako owocem wcześniejszych odwiedzin takich miejsc maryjnych jak chociażby bazylika w Leżajsku; miejsc, które Matka Boża specjalnie wybrała, by rozdawać swe łaski.

Świadectwo cierpienia Sługi Bożego stanowi doskonałą lekcję cierpliwości i wytrwałości dla wielu. Ostatnio miał Ojciec okazję z bliska obserwować szpitalną rzeczywistość…

– Historia moich pobytów szpitalnych jest nieco dłuższa i sięga mojej pracy na misjach w Demokratycznej Republice Konga. Wszelkie doświadczenia, jakie przeżywałem i przeżywam, pozwalały i wciąż pozwalają mi bardziej zrozumieć i przyjąć z jeszcze większą pokorą list apostolski Jana Pawła II z 11 lutego 1984 r. o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia „Salvifici Doloris”. Słowa Papieża pozwalają mi w duchu chrześcijańskiej miłości patrzeć także na wszystkich braci i siostry, których to cierpienie dotknęło. Spotkałem się wielokrotnie z ludźmi, którzy nie wstydzili się mówić wprost o swoim doświadczeniu cierpienia i o tym, że wszystko, co ich dotknęło, ofiarują w różnych intencjach, np. ratowania małżeństwa, które się rozpada, lub prosząc o ratunek dla syna, który związał się z sektą, czy też w intencji zwalczenia jakiegoś innego zła, które się w czyimś życiu pojawiło. Przykładem ofiarowania cierpienia, by na jego fundamencie wyrosło dobro, był i wciąż pozostaje Jan Paweł II, który nigdy nie ukrywał swych fizycznych ograniczeń i ułomności wynikających z choroby. Przeciwnie – przykuty do wózka pokazywał, jak cierpliwie i z godnością je znosić dla większej chwały Bożej. Tym samym wszystko, co głosił o cierpieniu, potwierdził własnymi czynami.


Taką właśnie drogę wskazywał nam Ojciec Święty…


– Przykładem własnego życia pokazał, że cierpienie wcale nie musi oznaczać nieszczęścia. Udowodnił, że nie jest to ani przekleństwo, ani znamię, które człowieka przygniata do ziemi i nie pozwala godnie przeżyć życia. Patrzyłem na Niego, będąc w Niższym Seminarium Duchownym Ojców Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej, kiedy w 1978 r., a więc tuż przed wyborem na Stolicę Piotrową, samotnie, w czarnej sutannie przemykał między kapliczkami. Czasem, kiedy była słota, przychodził do klasztoru, pukał do pokoju któregoś z kleryków i prosił o gumowe buty. Na końcu stawał przed obliczem Tej, którą własny ojciec, po stracie ziemskiej mamy, wskazał Mu jako Matkę. Pamiętam też, jak mówił, że każde takie nawiedzenie Dróżek i modlitwa to lek na cierpienia fizyczne i duchowe, ale także droga, która wskazuje rozwiązanie problemów. Był świadom, że tam, przy bolejącej Matce, można rozwiązać każdy nawet najbardziej splątany węzeł. Nam, czasem zagubionym, zrozpaczonym, lękającym się cierpienia, pokazał, że w Chrystusie i tylko w Chrystusie można odnaleźć prawdziwy sens boleści. Owszem, nie jest to droga łatwa i przyjemna, ale łącząc cierpienie z cierpliwością, można z nim żyć, czyniąc więcej dobra.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj