Pan Adam
Na wstępie chciałbym zauważyć, że w pewnych kręgach
będących jeszcze pod wpływem ducha walki klas robotniczych
lub ich pseudokatolickiej wersji: teologii wyzwolenia, wyraz „elita” i wyrazy pochodne „elitarysta”, „elitaryzm” wywołują dreszcze.
Książę Ludwik de Orleans e Braganca, wnuk ostatniego cesarza Brazylii – fragment wykładu wygłoszonego w Polsce podczas Kongresu Konserwatywnego w Krakowie
Zbliża się Wigilia. Z małego miasta przyszła kartka z życzeniami na Boże Narodzenie. Jak zwykle – piękna, z polskim malarstwem. Pan Adam przesyła reprodukcje dawnych mistrzów lub maluje sam. Wystarczy kilka kresek – ale jakie to są kreski! – smuga koloru i jedno słowo, które ujmuje tak celnie nieprawdopodobną treść Tajemnicy Wcielenia. Tajemnicy Dziecięcia spowitego w najdelikatniejsze oddechy kochających Osób. Te kartki to dzieła sztuki i wzory prostoty. Nigdy nie zawierają życzeń „z metra”, które pisze się, bo wypada. To małe traktaciki filozoficzne. Tym razem ich autor napisał: „Ze wszech stron jest napór, żeby odepchnąć nas od nastrojowej spokojnej ufnej radości. Boże Narodzenie – dla mnie zawsze głębokie współczucie Najświętszej Pannie Marii, która w ostatnim miesiącu macierzyństwa niesie Mesjasza kamienistą ścieżką, aby Go urodzić w największej biedzie – ba! bez żadnej 'ziemskiej nadziei’.
To wydarzenie jest wstrząsające! To trudno zrozumieć! Zostaje wierzyć i czekać”.
Po latach naszej znajomości rozumiemy się w pół słowa. Wiem, że tak pojmować drogę do macierzyństwa Panny Maryi może tylko ktoś, kto przez całe dorosłe życie tułał się z liczną rodziną po najróżniejszych drogach i kątach, od wschodu do zachodu Polski. Sześciokrotnie próbował dla swojej gromadki sklecić jakieś gniazdo, z którego znów odfrunąć musiał w nieznane. Po zakończeniu okresu pracy naukowej osiadł z bliskimi w pięknym miejscu i we własnym skromnym domu. Ale i stamtąd wyrywa się – jemu, który głowę nosi tak wysoko! – cicha skarga: „A my, od 1939, wciąż bezdomni…”. Wyrywa się, niechciana jak westchnienie, ponieważ pan Adam nigdy się nie skarży. On żyje pełnią życia. Żale i zafrasowane wspominki to nie jego styl. Żeby opisać rodzinny dworek na Podlasiu, które jest tą utraconą ojczyzną („Jaki to przejmująco śliczny kraj!”), wysłał list do poetki z Tykocina. Pani Regina Świtoń, osoba wielkiej wrażliwości, wiedziała, co należy zrobić z tak wyjątkowym skarbem. Z obrazem wyniesionym spod przymkniętych powiek, wyrwanym z serca swojego prawie 90-letniego przyjaciela. W jej tomiku („Taka malutka, ale z Królewskiego Miasta, poezja” – to znów pan Adam), znalazł się opis domu.
Biały domek z czerwoną
dachówką pośród złocieńców.
Przy nim ganeczek porośnięty
gęsto dzikim winem.
Za płotem ogród kwiatowy
z pachnącą rezedą (…)
Na ścianie mała lampka
z falującym knotem.
Wieczór, nikłe światło, brzęczą
natrętne komary.
Okno wdycha zapach maciejki
rosnącej za płotem (…)
A pamiętasz cudowne widoki
zachodów słońca,
Te drzewa w amarancie
niczym ogrody z baśni?
Pomarańczowo-złoty promyk
wpadł do pokoju,
Aby przed zaśnięciem wnętrze
domu rozjaśnić.
Przeleciał nad biurkiem ojca,
rozejrzał po salonie,
Rozświetlił obraz Potępionej
wiszący na ścianie.
Różową wstęgą opasał
wypchane bataliony,
Zanim rozpłynął się
na czarnym fortepianie (…)
Chodźmy na zbocze grobli,
gdzie rzędy drzew owocowych
Zdziczałym krzakom
porzeczek użyczają cienia,
Jutro popłyniemy szeroką
krypą po stawie,
Zauroczeni młodością,
zatopieni w marzeniach.
Czy pamiętasz te smutne
pożegnania z siostrami,
Kiedy bryczka odwoziła
dziewczynki na stację?
Właziłeś na jabłonkę,
płacząc rzewnymi łzami.
Nie mogłeś pojąć, Adasiu,
że kończą się wakacje.
Nie ma białego dworku
z siedmioma pokojami
Przekwitły liliowe aurykle,
rezedy i bratki.
Tylko na groblach, pośród
błękitnych luster wody,
Niezapominajki patrzą w niebo
oczami Twojej Matki.
Zdaje się, że gdzieś daleko
brzmi pieśń nocnego stróża:
Czemuż to gwiazdeczko maleńki
twój promyczek zgasł?…
Sztuki użyteczne
Poezja, siostra, pozwala mówić – nie wprost – o rzeczach, których przemijanie godzi w samo serce. Poezja jest w sumie bardzo praktyczna. Przydatne jest też malarstwo, by uczyć się, wciąż od nowa, sztuki życia na świecie aż przerażająco pięknym. Z wiekiem żarliwość oczu pana Adama nie przygasła. Urzekają go kolory, światło, piękno ludzkich twarzy. Panią Reginę nazwał w liście skierowanym do niej „Drogą Panią, moją nauczycielką od polskiego” i opowiedział jej swoją drogę do szkoły w dawnym Knyszynie. „Cofam się o 80 lat… biorę swoją 'Panią’ za rękę, żeby pokazać, jak idę ze szkoły, ślicznej, nowej szkoły, postawionej chyba w 1924 lub 1925 roku. (…) Idziemy na skróty, koło żydowskiej bożnicy, i wychodzimy na róg rynku. Tu zaczyna się ulica Tykocińska…”. W sklepie pani Szmerkowej kupują landrynki, mijają piekarnię Brzezińskiego („bardzo smaczne okrągłe kajzerki po 5 groszy”), aptekę Rzeźnickiego, kaflarnię Śmigiewicza na granicy miasta, nad strumykiem. A potem: „…z lewej strony brukowanej drogi jest rozległe pastwisko gromadzkie i tam są te przeklęte gęsi. Gęsi, proszę Pani, prowadza gęsior (…). Ściskam dla pewności Pani rękę. Gęsi są daleko… A dalej, to już górka z prawosławną opuszczoną kapliczką cmentarną – stoi wśród starodrzewia sosnowego. Moglibyśmy tam zajrzeć. Drzwi są wpół wyłamane, z lewej strony stoją jakieś chorągwie, wszystko okropnie stare i zniszczone… Widać to na akwareli, którą Pani posyłam. Malował ją mój wuj, autentyczny artysta – malarz Tadeusz Nartowski w latach trzydziestych. Był członkiem Towarzystwa Sztuk Pięknych 'Zachęta’ w Warszawie. (…) Idźmy dalej. To już szczyt wzniesienia i stąd widać mój dom”.
„Tego się nie da opisać, jak bardzo kochało się ten Pierwszy Najważniejszy Dom” – powiedział kiedyś pan Adam, wspominając swoje powroty ze szkoły salezjanów z Różanego Stoku, gdzie trafił jako 9-latek. Sroga zima 1929 roku przerwała na chwilę tę rozłąkę. A tu już ciągnęło pana Adama i harcerstwo (jest w stopniu ćwika), i malarstwo, i muzyka. Harcerstwo jest ważne do dziś. Harcerzem nie przestaje się być. Czy słowa takiej przysięgi mogą się kiedyś rozpłynąć w umyśle i zostać unieważnione? (Przez co, przez kogo?) „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętnie pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu”. Potem czas było rozpocząć studia na SGGW – po dwóch latach przerwała je wojna – pojawiła się Legia Akademicka, letnie obozy w Tarnopolskiem i powroty do Knyszyna, na żniwa. W czasie wakacji pan Adam, legionista, był tzw. dzieciowym. Wiejskim dzieciakom, których rodzice pracowali w polu, miał organizować zajęcia. Dużo humoru, rozwijanie sprawności, gry. Przy takich opiekunach dzieci rosną jak na drożdżach – psychicznie i duchowo. Mężnieją. Trzeba mieć kogoś, w kogo można się zapatrzeć, wtedy rośnięcie jest proste.
Dusza wrastała w tę przestrzeń podlaskiej wsi i nasycała się nią. Bóg sprawił, że córka ziemiańskiej rodziny z sąsiedztwa, panna Danuta Lewicka, którą pojął za żonę w 1944 roku, tak samo wiernie trzyma duchową straż przy tamtej krainie zbóż, rozłogów, rzeczek i szuwarów. Zawsze, odkąd byli już razem, starali się unikać miasta. Z powodzeniem. „My oboje, stali, uparci mieszkańcy wsi. Wszystkie nauki i studia zawsze tak organizowane, żeby być jak najbliżej wsi. A dzieci… jak żyć od zarania życia bez ptaków, kotów, psów, łąki, lasu?…” – wyznał kiedyś pan Adam. „W środku jestem niegodnym bratem biedaczyny z Asyżu”. Adam Jakacki, herbu Radwan, syn Henryka? Którego przodkowie, Piotr i Florian Jakaccy, posłowie województwa mazowieckiego na Sejm do Lublina, wymieniani są w tekście Unii Lubelskiej strony koronnej (czyli polskiej), jak też ich pieczęć z herbem Radwan, która była – między innymi – przywieszona do dokumentu? Ileż to razy namawiał przyjaciół rozrzuconych po Polsce, by koniecznie wpadali na Podlasie, do Knyszyna i jego puszczy, do Tykocina „z dumnym Stefanem Czarnieckim, któremu ja, Dworzanin Królewskiej Mości Zygmunta Augusta w n-tym pokoleniu, zawsze naprzód się kłaniam, a potem idę do kościoła, gdzie 64 lata temu ślubowałem wierność mojej Żonie, wywodzącej się z pobliskich Lipnik… W tykocińskim kościele, w lewej nawie jest obraz NMP SZLACHECKIEJ. Jesteśmy wierni tej Królowej”.
Honor
„Ja, niżej podpisany Ignacy hrabia Plater Zyberk, jako opiekun nad mieniem pozostałym po zmarłym Janie-Michale hr. Tyszkiewiczu vel Cieszkowskim Tyszkiewiczu, współdzierżawcy folwarku Knyszyn wraz z wchodzącymi w skład tego folwarku lasami, zagajnikami i nieużytkami oraz stawami, zawierającymi ogólnej przestrzeni około 1425 ha 9858 mtr. kw., oraz stanowiącego odrębną całość stawu Czechowskiego, zawierającego powierzchni około 546 ha 2502 mtr. kw. wraz ze znajdującymi się w powyższym folwarku budynkami oraz gospodarstwem rybnym, w powiecie białostockim, w województwie białostockim położonych – niniejszym upoważniam inżyniera Henryka Jakackiego, zamieszkałego w powyższym folwarku Knyszyn, powiatu białostockiego, do zarządzania i administrowania powyższym pozostałym po Janie Michale hr. Tyszkiewiczu objektem…”. I tu wyliczone zostają przedmioty pełnomocnictwa, m.in. „przyjmowanie i oddalanie oficjalistów, robotników i służby gospodarczej i leśnej, otrzymywanie wszelkich dochodów i kwitowanie ich, kupowanie i sprzedawanie produktów rolnych, ziemiopłodów i ryb, inwentarza, asekurowanie budynków, inwentarzy, zasiewów i wszelkiego rodzaju majątku ruchomego od ognia i in. (…), otrzymywanie wszelkiego rodzaju należności i sum pieniężnych, przypadającym spadkobiercom zmarłego Jana – Michała hr. Tyszkiewicza od wszelkich urzędów i instytucji oraz osób prywatnych, reprezentowanie tychże spadkobierców, przed wszelkimi władzami…”, itd. Ta lista ciągnie się jeszcze w nieskończoność, a każdy użyty tu rzeczownik odczasownikowy „nadawanie”, „wyjednywanie”, „uchylanie”, „wykonywanie”, „uznawanie”, „zatwierdzanie”, „poszukiwanie”, „otrzymywanie”, „odbieranie”, „wnoszenie”, jest jak pieczęć poświadczająca: „tak, to prawda”.
Istniał taki świat, w którym obdzielano, obcą w końcu osobę, upoważnieniami do zawiadywania całością spraw ogromnego majątku, wyłącznie na zasadzie zaufania. Milczącego uznania – niepotrzebującego żadnych umów i zaklęć, zabezpieczeń, kwitów i podpisów – że wśród ludzi honoru wystarczy słowo, bo tym, co ich zobowiązuje, jest ich dobre imię, nazwisko, polskość, chrześcijaństwo. Co to był za świat i gdzie go szukać?
Pakt pamięci
Wpisany w biografie tysięcy Polaków rozrzuconych po całym świecie, nie został bezpowrotnie utracony, choć tak trudno go dziś rozpoznać. Ale jednak daje znaki życia, odnajdywany w niejednym wspomnieniu, z czasów przedwojennych i wojennych, jak „Pakt pamięci” – tytuł iście „herbertowski”, a i treść przekorna wobec szarzyzny późniejszych dni – biograficzne opowiadanie pana Adama. Autor pisze o tym, jak jego rodzinny dom został na jesieni 1939 roku „zlikwidowany w ciągu kilku godzin”. Zajął go sztab Armii Czerwonej. „Nielicznych, pozostałych w domu mieszkańców, wsparła przychylną pomocą służba folwarczna. Niemal na rękach udało się przenieść resztki naszych dóbr ruchomych do pobliskiej oficyny”. Młodziutkie siostry z zaprzyjaźnionego majątku Lewickich, w tym przyszła żona pana Adama, nad którymi zawisła groźba aresztowania tylko dlatego, że były niewłaściwego pochodzenia, zyskały opiekę tych, nad których losem niegdyś opiekę sprawowali ich rodzice. „W stary obyczaj dworski wpisany był mianowicie urząd różnorakich zawodów, na przykład krawca, krawcuni czy rymarza. Pracownik taki, poznany specjalista, dostawał miejsce noclegowe, wyżywienie i umowne wynagrodzenie i obszywał lub inaczej zaspokajał wszystkie aktualne potrzeby mieszkańców dworu. Właśnie w rodzinie 'krawcuni’ Anny Rojeckiej dziewczęta znalazły pomoc. Mieczysław Rojecki i jego żona Łucja swoją jedyną izbę na poddaszu przedzielili prześcieradłem, odgradzając kąt dla 'panienek’. Nie było wtedy bezpieczne udzielanie pomocy 'biełoruczkom'”. Ale i tu zakradło się niebezpieczeństwo denuncjacji i musiała zapaść decyzja o sforsowaniu – wraz z panem Adamem, któremu groził pobór do Krasnej Armii – sowiecko-niemieckiej granicy i przedostania się do Generalnej Gubernii. Nie razem, lecz osobno. Dla pana Adama przystankiem na tej drodze stał się szlachecki zaścianek, Bagienki, związany z dworem Lewickich, „zamieszkały przez różne koligacje rodu Gąsowskich”. To była bezpieczna przystań. Tu przyjęto młodego uciekiniera z prostotą i otwartością, jak kogoś bliskiego. „Życzliwe przyjęcie i ujmująca kultura tego domu – pisze autor „Paktu pamięci” – myślę, że wypływała z daleko głębszego źródła niż sama osobowość mieszkańców Bagienek. Jestem przekonany, że w naszym sposobie bycia ujawnia się cecha wielowiekowej kultury szlacheckiej. Zapamiętałem szczególnie fakt, iż kiedy uznałem za stosowne udzielić podstawowych informacji o mojej rodzinie i moich relacjach z młodzieżą z Lipnik, przyjęto to z godną podziwu powściągliwością i nigdy nie wykazano, tak czasem typowej, ciekawości. Ta delikatność i dyskrecja, głęboko ludzka solidarność przyciąga nas ku sobie jeszcze teraz, kiedy z tamtego pokolenia nikogo już nie ma”.
Gospodarz zaścianka, Józef Gąsowski i jego córki, nauczyli pana Adama zajęć tak użytecznych, jak młócka cepem, o poranku („młóciliśmy słomę prostą na poszywanie dachów”) klepanie kosy, koszenie, naprawianie narzędzi i uprzęży, przebieranie ziemniaków i pasienie krów, „co, wbrew pozorom, okazało się czynnością daleką od bezmyślności, dawało możliwość wszechstronnego namysłu nad światem!”. Nauki płynące z tej prostej pracy, jej systematyczność, ład, logika, czystość, są do dziś nie do przecenienia („Brzmią mi jeszcze w uszach niemal filozoficzne słowa Bolci [córki Józefa – E.P.P.]: 'Adam, ty nie grzeb w ziemniakach bez porządku, bierz je po kolei…'”. Bezpieczna przystań w końcu przestała być tratwą pierwszej pomocy, można było skorzystać z ukrycia się wraz z bliskimi w wiejskiej chacie, trzeba było tylko wtopić się całkowicie w społeczność wsi. Józef Gąsowski i jego córki zapłacili za swą bezinteresowną otwartość więzieniem i deportacją. Józef zmarł na wygnaniu. „Dzisiaj, kiedy wspominam tamte czasy i nieżyjące już osoby tamtego dramatu, zamyka mi się krąg wniosków. Przez zaścianek bagieński przepływała stała 'strużka’ takich jak ja, 'biezprizornych’ i zawsze funkcjonowali denuncjatorzy. To my, ratowani, osłaniani od represji bolszewickich, budowaliśmy los deportowanych Gąsowskich (…). Pozostaje nam do wypełnienia misja, gdyż związał nas najtrwalszy z paktów. Pakt pamięci”.
Szlachetność, czyli szlachectwo
Wykształcić pięcioro dzieci w warunkach komunizmu, gdy pan Adam otrzymywał skromną pensję pracownika nauki (genetyka roślin, pełna entuzjazmu praca w stacjach badawczych, doktorat, wiele naukowych laurów), a żona, wychowanka Szymanowa, farmaceutka, zajmowała się głównie czyszczeniem, łataniem i naprawianiem najpotrzebniejszych rzeczy i ubiorów dla licznej gromadki i urządzaniem coraz to nowych niewyszukanych siedzib. Po latach, już w epoce transformacji, wciąż brakuje na choćby spokojne życie. Oto pisze pan Adam, że „w starym poniemieckim pianinie pękła płyta i trzeba go stale dostrajać”. A wnuczka to nadzwyczajny talent, którego nie można zmarnować. „Mobilizujemy się na kupno krótkiego fortepianu, ale niestety, zięć znów jest bez pracy… Ten niezwykle zdolny człowiek jest wykorzystywany do ratowania gigantycznych, niemal upadających zakładów, a po uporządkowaniu spraw jest gotowy następca. Zaprzysiągł się, że nie będzie należał do żadnej partii. Rozumiem go…”.
„Mam szczerą wolę, całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce…” – to wciąż aktualne, nikt tego nie unieważnił, podobnie jak rodzinnej przeszłości, bez której nie jesteśmy sobą. To wyklucza, w naszych realiach, przynależność partyjną, jakąkolwiek, zresztą zawsze zawężającą spojrzenie. „Czy zbiera pani 'Wiadomości Ziemiańskie’?” – pyta pan Adam. „Ja zebrałem kilkanaście zeszytów. Wczoraj z żoną czytaliśmy ten z maja… Mój Boże, ileż tego cierpienia i poniewierki…”.
„Idee, które okazały się utopijne, przez kilkadziesiąt lat trwania i barbarzyńskiego działania przyniosły katastrofalne szkody w wielu dziedzinach życia” – napisano w deklaracji programowej Związku Szlachty Polskiej. „Szkody te szczególnie dotknęły warstwy wyższe, w tym stan szlachecki (…) pozbawiony, jak cały naród, praw podstawowych, był ze szczególną zaciekłością wyszydzany, dyskryminowany i mordowany przez rodzimych renegatów. Został skazany na niebyt i wymazany ze świadomości społecznej. Na przekór temu część środowiska świadoma pochodzenia, wartości i swej roli w społeczeństwie dochowała im wierności…”.
Pan Adam i jego żona należą do tego Związku. „Dla mnie to ostatni ratunek 'cywilnego życia’, bo nie mam dosłownie żadnej partii politycznej, której mógłbym powierzyć swoje przekonania”. Walne zebranie w 2004 roku zorganizowano w Centralnej Bibliotece Rolniczej w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu 66, „w pamiętnym miejscu, gdzie dziadek mojej Żony, Stanisław Lewicki, zorganizował i prowadził znamienny wiec Polaków walczących o język polski w szkołach polskich w lutym 1905 roku”.
Było miło i serdecznie, choć zabrakło kworum, by przeprowadzić zmiany w statucie. „Nasz oddział (…) postulował wprowadzenie podstawowego akcentu Związku Szlachty Polskiej do cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej. Brak tego znaku był widoczny… Mamy, oboje z Żoną, wrażenie, że pierwsza redakcja statutu powstawała w czasie zagrożenia peerelowską interwencją… Bardzo wyraźnie zaznaczyła swoją obecność grupa podlaska. Prezes, dwudziestoparoletni młodzieniec, zażartował w pewnej chwili, żeby się ze szlachtą podlaską liczono, bo jest ich około 500 szabel i mają 6 księży Łapińskich”.
„Pomyślałem – wyjaśnia pan Adam – że nasze instynktowne przylgnięcie do szlacheckiej przeszłości jest naprawdę CZYSTE, pozbawione elementów często występującej małoduszności. My oboje jesteśmy dogłębnie wrośnięci w tę przedziwną cywilizację łacińsko-chrześcijańsko-polską. Czynimy wszystko, co można, żeby zatrzymać ten niszczący powiew postmodernizmu”.
A można tak wiele!
Pan Adam prowadził w „Gońcu Knyszyńskim” kronikę wydarzeń, które go poruszają, miał tu swoją stałą rubrykę, ponieważ to właśnie Podlasie „jest tą krótkotrwałą ziemią obiecaną i naszą największą ziemską troską jest, aby ta ziemia rozkwitała sensowną domowo-ludzką pięknością, bo: Jej rozłogi, rzeki, rzeczki, lasy i laski, łaskawie rozrzucone pagórki z zacisznymi pastwiskami, lipowe aleje i te staruchy wytrwałe w rośnięciu i miododajności, i te nasadzane przy gościnnych wjazdach, które zamykane są gościnnymi gankami i otwieranymi na powitanie i… pożegnanie oknami… Tam są nasze polskie DOMY. Tylko szatan mógł wymyślić 'porządkowanie’ rozłogów w celu zakładania kołchoźnych martwych pól. Tylko szatan podpowiada, żeby zlikwidować te domostwa i rodzinne gospodarstwa, z kulturą wykorzystujące nowoczesne środki produkcji. Bez stutysięcznych drobiarni, dziesięcznotysięcznych chlewni, od których trzeba trzymać się z daleka, i to z maską przeciwgazową. Straszne zdziczenie planistów – ludzi bez duszy (czy to możliwe?)”. Pisze wiele o szkole i o młodzieży. Zna się na tym. Bezbłędnie wychwytuje zagrożenia, obserwując własne wnuki. Widzi, że zgodnie z dyrektywami UE zaczyna się eliminowanie najzdolniejszych „przy zachowaniu ocen pragmatycznych, bezwzględnych. Na szczycie tej 'drabiny’ powstaną kadry najbardziej przygotowane do formowania nowej koncepcji cywilizacyjnej Europy, a potem całego, zunifikowanego świata (…) Czy szkoły, tak starannie czyszczone z najzdolniejszych, nie staną się dla wielkich mas uczniów środowiskiem szarej przeciętności? (…) 'Pani od polskiego’ wzburzona opowiada, jak piętnastoletni młodzieńcy wychodzą w czasie lekcji na papierosa bez żadnych wyjaśnień. 'Pani od matematyki’ informuje o zaleceniach władz nadrzędnych o konieczności bezstresowego prowadzenia nauki. Rozpatruje się zamienienie dawnych ocen różnymi innymi wyróżnieniami. (…) Język polski – poziom porozumiewania się młodych spada do 'ksywy’, operującej zestawem słów bez budowania regularnych zdań. (…) Słuchajcie – mówię do naszej dwójki podrostków – grozi wam wejście na szlak pustki. Odetnijcie się od tego współczesnego cwaniactwa, tego intelektualnego prymitywizmu. Nie wierzcie, że ten sposób bycia uprości wam życie! On zepchnie was do półświatka ludzi nijakich, bez wiedzy o świecie i ludziach. I tylko w tej bezpostaciowej masie 'nijakich’ będziecie tolerowani jako swoi…”.
Spotkanie
Po latach czytania pana Adama i otrzymywania od niego sygnałów, że i on czyta, możemy się wreszcie zobaczyć. Spotykamy się w pięknej porze wczesnego lata u niego, na prowincji. Dobra prowincja rzecz nieoceniona. Dom stoi na skraju miasteczka. Obrazy, w tym malowane jego ręką portrety, książki, ogród, kapliczka, ptaki, spacer po wijących się ścieżkach, wśród rabat, pochylone jabłonki, stół nakryty do wspólnego obiadu dla trzech mieszkających tu pokoleń. Gościnny polski dom, którego duszą jest pani Danuta. Uśmiechnięta gospodyni, nigdy nie znużona gośćmi. „Oboje mamy wrażenie, że nie staliśmy się nudnymi, zamęczającymi gadulstwem staruszkami” – zauważa pan Adam. To tajemnica kochającego się małżeństwa, dobrej rodziny, gdzie wszyscy wychyleni są ku sobie, z najżywszą ciekawością zasłuchani w drugiego człowieka.
„Globaliści pustyni społecznej mają widoczne sukcesy” – przestrzega pan Adam. „My, tu w Polsce, jesteśmy jeszcze krajem obyczaju, gdzie przychylność do drugiego człowieka jest żywa i na szczęście mamy wiarę katolicką, ale… uwaga! I my schodzimy pomalutku na tę samobójczą pochylnię (…). Kraje 'pustynnieją’! Coraz mniej jest ludzi normalnych. Jak określić trafnie tę nienormalność? Jak ją tropić i jak zwalczać – wszystko to powinno być bieżącym tematem myślenia katolika, chrześcijanina, a może i muzułmanina – WSZYSTKICH, bo ta droga do 'samotności samowystarczalnej’ jest zabójcza”.
Tak, słyszę wciąż ten okrzyk kogoś, kto słowa odmierza starannie i niespiesznie, bo – choć poeta – ma wiek i powagę senatora. Słuchali go knyszynianie i zapewne słuchało wielu innych Podlasian, czując, że mają do czynienia z osobowością prawdziwą, gdy zalecał, jeszcze w 1998 roku: „A w niedzielę, po nabożeństwie, odczytujmy, co zostało napisane ręką Króla:
Nikt nie jest królem naszych sumień, choćby miał wiele nad nami ziemskiej władzy!
Nasze sumienia są naszą jedyną, największą siłą!”.
Jaka jest zatem jego tajemnica? Że tak przyciąga ludzkie spojrzenia i tak chętnie usiadłoby się u jego stóp, jak dziecko, i zasłuchałoby się… To tajemnica kogoś, kto pozostając bezwzględnym sędzią swojego czasu, o każdym człowieku ma do powiedzenia coś dobrego. To rzeczy dobre tak przyciągają. Tak pocieszają. Tak naprawiają to, co popsute. Tak koją wszelki smutek. To jest kultura, stara jak pnie ukochanych lip i mocna jak dęby szumiące po lasach tej krainy.
Wańkowicz opisał kiedyś swoje odwiedziny z córką w tamtych stronach – tylko nieco dalej na wschód, gdzie wciąż była Polska – w wiekowym dworze „skrytym w fanfarze drzew”: „Na poskrzypujące drewniane schody, wiodące na taras – nie taras, werandę nie – werandę, na schody, którymi chodzić trzeba się było uczyć od dziecka, bo tam wypróchniało, a tam zapadło, a tam gwóźdź, a tam drzazga, wyszedł stary dziedzic z naftową lampą kulistą w ręku. I tak trzymając tę lampę, niby granat obronny, pytał nachrypłym głosem – ktośmy zaś?…”.
Pan Adam może przypomina owego dziedzica, którego twarzy nie zna już nikt ze współczesnych. Lecz nie „lampa naftowa okrągła” jest jego „granatem obronnym”, ale wielka dziecinna dobroć serca. Obdarza nią żonę, swoich pięcioro dzieci i ich małżonków, wnuki, dalszą rodzinę i wszystkich przyjaciół. Zachwycony życiem, przejęty do głębi cudem rodzenia człowieka, wciąż na nowo, przez matki, jest symbolem trwania w duszach pokoleń prawdziwej Polski, krainy czułej i mężnej zarazem. Choć tak obolałej, silnej siłą sumień.
„Gdyby, w tragicznych chwilach swojej historii, zamiast wszystkich tych elit – i wszystkich bohaterów (…) Polska miała nie ludzi wielkich czy średnich, ale przeciętnych; nie bohaterskich, ale bojaźliwych, nie przetrwałaby… Na odwrót, ona dziś się odradza, z popiołów dominacji sowieckiej i komunistycznej, dzięki bohaterskiej wytrzymałości całego ludu i zabiera się do dzieła rekonstruowania narodu – pod wpływem swych starych i nowych elit – zahartowanych w walce przeciw komunizmowi” (Książę Ludwik de Orleans e Braganca).
Ewa Polak-Pałkiewicz
