„Media – przeciwko demokracji?”
Polski ustawodawca, orzecznictwo, ale także politycy i dziennikarze odwołują się od wieków do tych samych wartości, ale całkowicie inaczej je rozumieją, niż było to przed laty. Dzisiaj wolność słowa nie znaczy tego, co wcześniej. Na wydawanie prasy nie trzeba uzyskiwać zezwolenia jakiejkolwiek władzy. Wydawca nie musi, a wręcz nie powinien uzgadniać treści publikacji ani tematyki poruszanej na łamach dziennika bądź czasopisma z jakąkolwiek władzą. Nikt nie może także wpływać na linię programową redakcji, co oznacza, że zarówno w kwestiach światopoglądowych, jak i programowych – a także w zakresie stosowania norm moralnych i dobrych obyczajów – wydawca w sposób wolny, niezależny od jakichkolwiek wpływów zewnętrznych, ustala zasady pracy zatrudnionych dziennikarzy i redaktorów.
Nie jest możliwe kontrolowanie treści przed ich publikacją przez organy władzy publicznej. Cenzura prewencyjna jest zakazana – stanowi polska Konstytucja. Zakazana jest zatem prewencyjna cenzura instytucjonalna, ale nie jest zakazana autocenzura, rozumiana jako mechanizm dokonywania przez dziennikarzy wyboru tematów, środków i metod związanych z przygotowaniem publikacji. Niewątpliwie dziennikarz dokonuje wyboru, biorąc pod uwagę system preferowanych w redakcji wartości. Podejmuje tylko takie tematy i pisze w taki sposób, który zadowoli wydawcę. Nie jest także zakazana cenzura wewnętrzna w redakcjach, polegająca na dopuszczaniu do druku tylko niektórych tekstów i badania tylko niektórych spraw. Badania z zakresu odbioru mediów dowodzą tymczasem, że to środki przekazu narzucają odbiorcom nie tyle, co mają myśleć, ile, o czym mają myśleć. Tworzą przekonanie o wartości i wadze problemów. Media posiadają bowiem zdolność do nadawania, ale i odbierania ważności ludziom i sprawom, przy czym zakłada się, że odbiorcy przesadnie oceniają wpływ mediów na innych, ale nie doceniają tego wpływu na nich samych. Mechanizm ten nazywa się niekiedy efektem trzeciej osoby, bo jego skutkiem jest zwiększenie wpływu mediów na osoby, chociaż nie chcą one uznać i dostrzec tego wpływu.
Środki przekazu są odpowiedzialne za tworzenie tzw. klimatu opinii. Spostrzeżenie to doprowadziło badaczy do sformułowania hipotezy dotyczącej istnienia tzw. spirali milczenia. Poglądy odbiorców zależą od tworzonego przez media klimatu opinii, izolacja grozi tym osobom, których orientacja nie będzie zgodna z tym klimatem. Jednostki obawiają się izolacji, a zarazem lęk przed nią skłania ludzi do poznania klimatu opinii. Rezultaty tej nieustannie dokonywanej przez odbiorców oceny tego, co jest, i tego, co nie jest zgodne z klimatem opinii, nie mają wpływu na poglądy wyrażane publicznie.
Coraz częściej podważa się stanowiska o rzekomym dobroczynnym wpływie środków społecznego przekazu na stan wiedzy odbiorców. Badacze dostrzegli bowiem, że dostęp do tych samych treści przez różnych odbiorców nie prowadzi wcale do ujednolicenia poziomu poinformowania. Warstwy o wyższym statusie i lepszym przygotowaniu, posiadające umiejętność krytycznej analizy, przyswajają informacje w szybszym tempie i w większym zakresie niż pozostałe osoby. Prowadzić to może jednak do tworzenia podziałów społecznych na poinformowaną elitę i niedoinformowaną większość. Środki przekazu, poza tak często powoływanymi przez dziennikarzy funkcjami – jak funkcja informacyjna i kontrolna – pełnią również rolę socjalizacyjną, stosując wobec odbiorców trening zachowań. Wzmacniają te z nich, które są obecnie tematem opinii, i osłabiają te zachowania, które mogłyby ten klimat zmienić.
W stosunku do środków przekazu mówi się niekiedy także o funkcjach „zamierzonych”, czyli zgodnych z intencją nadawcy, „nadanych”, czyli związanych z treścią komunikatu, formą, sposobem przekazu, i „spełnionych” – związanych z odbiorcą, a zatem z efektem, jaki pozostaje w świadomości w związku z odebraniem informacji. Jeśli funkcje zamierzone są związane z funkcjami pełnionymi, można mówić – jak wskazują badacze – o sterowaniu społecznym poprzez środki przekazu. Wolność prasy jest niewątpliwie wolnością wydawców, którzy działają w ramach określonych struktur politycznych, gospodarczych, a także społecznych, często także wyznaniowych albo świadomie bezwyznaniowych, i kształtują klimat opinii. Nie czynią tego bezpośrednio, ale poprzez decyzje kadrowe, finansowe, dyscyplinarne, budując zespoły dziennikarskie i wybierając szefów, a zatem redaktorów i redaktorów naczelnych, którym powierzają sterowanie. Wolność prasy rzadko zatem jest wolnością samych dziennikarzy, których pensje oraz być albo nie być w redakcji – zależą od przełożonych. Czasami tylko wolność prasy przynależy odbiorcom i uczestnikom życia publicznego. Dzieje się tak wtedy, gdy relacje z wydarzeń nie są wybiórcze i stronnicze, w debacie publicznej wykorzystuje się wszystkich jej uczestników, a cytaty są umieszczone w prawdziwym kontekście i są rzetelne. Polem do eksperymentowania z wolnością prasy są procesy wytaczane politykom, a także dziennikarzom przez ich kolegów, także dziennikarzy.
Udział polityka w debacie publicznej jest w świetle obowiązujących norm obarczony niepomiernym ryzykiem. Doświadczyli tego ostatnio Jacek Kurski, Zbigniew Wassermann, Zbigniew Ziobro. W procesach prasowych sądy stosują inne zasady ponoszenia odpowiedzialności wobec dziennikarzy i inne wobec pozostałych osób, które nie są dziennikarzami, ale udzieliły prasie informacji lub wywiadu. Jeśli proces toczy się przeciwko dziennikarzowi, regulacje ogólne, oparte na postanowieniach kodeksu cywilnego i karnego, są zastępowane albo uzupełniane unormowaniami szczególnymi wypływającymi z prawa prasowego. Orzecznictwo chętnie odnosi się przy tym do wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który tę nierówność usankcjonował. Trybunał stoi bowiem na stanowisku, że odpowiedzialność za treść i formę wypowiedzi powinna ponosić osoba przekazująca informacje prasie, a tylko w wyjątkowych sytuacjach sankcja mogłaby spotkać dziennikarza. Chroni dziennikarzy w obawie przed tzw. schładzaniem debaty publicznej. Trybunał twierdzi bowiem, że nałożenie na dziennikarzy nawet niewielkich sankcji będzie powodowało powstrzymywanie się przez nich od podejmowania tematyki trudnej. Można by zapytać, podobnie jak pytają zaczepnie i ironicznie siebie nawzajem naukowcy: Czy Wysoki Trybunał przeprowadził na ten temat jakieś badania? Skąd Trybunał wie, co „schładza”, a co „zagrzewa” do podejmowania trudnej tematyki? W równym stopniu właściwa byłaby odpowiedź, że „schładza” debatę publiczną to, w jaki sposób dziennikarze są traktowani w redakcjach, i to, jak niektórzy z nich są wynagradzani. Natomiast „zagrzewa” do podejmowania debaty wysokie honorarium. O jakim zagrożeniu „schładzania” debaty publicznej można mówić? To, czego dziennikarze, wydawcy i nadawcy na pewno dziś się nie obawiają, to sankcje za szyderstwa, zniewagi, nawet jeśli dotyczyłyby spraw najtrudniejszych. To, czego się obawiają – to utrata pracy. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że niewielu będzie tych, którzy zechcą podejmować ryzyko działalności publicznej, a nie są dziennikarzami. „Schładzanie” debaty polegające na powstrzymywaniu się od zabierania głosu w ważnych społecznie sprawach może dotyczyć innych niż dziennikarze osób. Jego skutkiem będzie – a nawet już jest – debata pozorna, a w konsekwencji jej zaprzestanie. W ten oto sposób demokracja medialna pochłonie i zniszczy demokrację w ogóle.
Dr Joanna Taczkowska-Olszewska
Autorka jest wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
