Deformowanie dziejów Polski w Niemczech

Obraz dziejów Polski, zwłaszcza historii XX wieku, ulega skrajnemu zdeformowaniu w Niemczech. Wielki wpływ na to wywarła nowa niemiecka polityka historyczna, polegająca na maksymalnym eksponowaniu niemieckich cierpień okresu II wojny światowej i przedstawianiu Niemców jako ofiar.

Pogorszenie obrazu dziejów Polski we Francji w ciągu ostatnich paru dziesięcioleci jest niestety zjawiskiem aż nadto typowym dla sytuacji w różnych krajach świata. W ciągu ostatniego miesiąca przejrzałem w Bibliotece Narodowej (często po raz drugi czy trzeci) ponad 100 zagranicznych publikacji o historii Polski w językach: angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim i węgierskim. Dodając do tego posiadane przeze mnie we własnej bibliotece kilkadziesiąt książek zagranicznych autorów o historii Polski, miałem możliwość porównania obrazu naszych dziejów w stu kilkudziesięciu zagranicznych książkach. Zdaję sobie sprawę, że obraz ten jest i tak trochę niepełny (ze względu na braki księgozbioru Biblioteki Narodowej, jest tam zbyt mało pieniędzy na zakup ważnych nowości zagranicznych). Mimo to można stwierdzić z całą stanowczością, że rysuje się w tej sprawie obraz dostatecznie ciemny, by szokował i oburzał wszystkie osoby troszczące się w Polsce o pamięć naszej historii. Z mojej kwerendy wyraźnie wynika, że w ostatnich dziesięcioleciach doszło do znaczącego, a nawet bardzo znaczącego, pogorszenia obrazu dziejów Polski w wielu krajach świata, w tym w państwach najbardziej liczących się na arenie międzynarodowej. Wszystko wskazuje na to, że padamy jako kraj ofiarą systematycznie prowadzonej kampanii, zniesławiającej Polskę i Polaków przy ogromnej bierności władz, MSZ i przeważającej większości polskich naukowców (chwalebne wyjątki m.in. to profesorowie Andrzej Nowak, Wojciech Roszkowski, Zdzisław Krasnodębski, Janusz Rulka, Jan Żaryn, ks. prof. Zygmunt Zieliński, ks. prof. Waldemar Chrostowski).

Skrajnemu zdeformowaniu ulega obraz dziejów Polski, zwłaszcza historii XX wieku, w Niemczech. Wielki wpływ na to wywarła nowa niemiecka polityka historyczna, polegająca na maksymalnym eksponowaniu niemieckich cierpień okresu II wojny światowej i przedstawianiu Niemców jako ofiary. Polityka ta znajduje wyraz zarówno w przeważającej części mediów czy w filmach telewizyjnych, jak i w licznych książkach historycznych. Już w 1998 roku zwracał uwagę na te tendencje w Niemczech bardzo wnikliwy obserwator spraw niemieckich, były oficer WP żydowskiego pochodzenia Michael Chęciński, autor głośnej książki „Poland. Communism. Nationalism. Antisemitism”. We wstępie do wydanej w 1998 roku w Toruniu książki „Zegarek mojego ojca” Chęciński pisał: „Nie można lekceważyć nowego trendu w niemieckich mediach; od pewnego czasu, przy różnych okazjach, wymienia się jednym tchem zbrodnie Holocaustu, bombardowanie Niemiec, wypędzenie Niemiec z terenu Sudetów i zachodniej Polski czy tragedię uciekinierów z Prus Wschodnich. W ten sposób zaciera się granice między ofiarami a sprawcami. Powoli Niemcy przekształcają się z winowajców w ofiary tej strasznej wojny. Zatem zostali oni niesłusznie wypędzeni z własnych miast i wsi (…) nie można i nie powinno się ofiar niemieckiego barbarzyństwa i ofiar wśród Niemców opłakiwać tymi samymi łzami”.

To eksponowanie roli Niemiec jako ofiar wojny odbija się szczególnie mocno na przedstawianiu w krzywym zwierciadle Polski, obwinianej za tragedię wysiedleńców z polskich ziem zachodnich. Poświęca się im książki w sposób niebywale skrajny atakujące rzekome „polskie zbrodnie”. Typowym produktem tego typu nowej niemieckiej mitologii była wydana w 1999 r. w Hamburgu książka byłej niemieckiej korespondentki w Warszawie Helgi Hirsch: „Die Rache der Opfer. Deutsche im polnischen Lagern 1944-1950” (Zemsta ofiar. Niemcy w polskich obozach 1944-1950). Helga Hirsch już na początku lat 90. zwierzała się w „Polityce”, że przestała lubić Polskę. Sądząc po niebywałej tendencyjności i zafałszowaniach w jej książce, Hirsch nie tylko przestała nas lubić, ale uległa skrajnym antypolskim fobiom.


Niemcy oskarżają Polaków o „antysemityzm”


W uczernianiu obrazu Polski w Niemczech niezwykle pomocna okazała się książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, poprzedzona entuzjastycznym wstępem Adama Michnika, nazywającym Grossa spadkobiercą tradycji Mickiewicza i Słowackiego (sic!). Książka Grossa zyskała w Niemczech ponad 200 pochlebnych recenzji i szkiców wychwalających ją za rozbicie mitu o Polakach jako ofiarach drugiej wojny światowej. Podkreślano, że oto Polacy okazali się katami. Do nielicznych krytyków Grossa należał Thomas Urban, natychmiast niezwykle brutalnie zaatakowany za to przez „specjalistki od polskiego antysemityzmu”: Helgę Hirsch i Gabrielę Lesser. Sprawie izolowanych wydarzeń w jednej małej miejscowości – Jedwabne, nadano szczególnie wielkie znaczenie przy kształtowaniu obrazu Polski. Joachim Trenkner pisał w korespondencji z Berlina („Tygodnik Powszechny” z 9 grudnia 2001 r.): „Od powstania „Solidarności” nie informowano tak intensywnie w Niemczech o żadnym wydarzeniu w Polsce”. Całą sprawę wykorzystano w Niemczech do skrajnych ataków na „wciąż głęboko zakotwiczony polski antysemityzm” („Die Zeit”) czy Kościół katolicki i Prymasa Józefa Glempa, którzy nie zdobyli się jeszcze na odpowiedni „duch pokuty” (Tygodnik „Die Woche”). Cytowany już niemiecki publicysta Joachim Trenkner konkludował swą korespondencję w „Tygodniku Powszechnym” z 9 grudnia 2001 r.: „Czasem można odnieść wrażenie, że Niemcy, przez nikogo nie proszeni, podejmują się roli adwokata Żydów. Czasem są w tym nawet „bardziej żydowscy” niż sami Żydzi (…)”.

Podobne obserwacje zawarł w swym szkicu w „Rzeczpospolitej” z 3-4 czerwca 2000 r. wykładający na uniwersytecie w niemieckiej Bremie prof. Zdzisław Krasnodębski. Pisał tam m.in.: „Wielokrotnie obserwowałem sytuacje, w triologu polsko-niemiecko-żydowskim, w którym Niemcy pełnili rolę arbitra, kogoś, kto już winy odpokutował i stał się nowym człowiekiem, a teraz nakłania innych do wyznania swych win, natomiast polscy dyskutanci nagle znajdowali się w roli zatwardziałego podsądnego, który wbrew oczywistym faktom upiera się przy niewinności lub wylicza okoliczności łagodzące, nikczemnie wykręcając się od odpowiedzialności. Można rzec, że im bardziej odpuszczane są winy Niemcom, tym bardziej winni stają się Polacy. (…) Z perspektywy dzisiejszej łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby sprawcami okazali się ci ze Wschodu, niecywilizowani, biedni, antysemiccy, katoliccy i nacjonalistyczni Polacy, niż zachodni, zamożni, cywilizowani, liberalni, zsekularyzowani, proeuropejscy Niemcy. Fakt, że było inaczej, zdaje się młodym ludziom ponurym żartem w historii, niezrozumiałym zbiegiem okoliczności” (Z. Krasnodębski: „Pamięć o Holokauście”, w: „Rzeczpospolita”, dodatek „Plus-Minus” z 3-4 czerwca 2000 r.).

Oskarżenia Polaków o antysemityzm stają się dla niemieckich autorów szczególnie dogodnym narzędziem dla spychania w cień niemieckiej odpowiedzialności za popełnione w Polsce zbrodnie i zarazem obciążeniem Polaków jako rzekomo winnych zagłady Żydów. Już w 2000 roku pisali o tym profesorowie Bogusław Wolniewicz i Zdzisław Musiał na łamach krakowskich „Arcanów” (nr 48). Zwracali uwagę „na szeroko i od lat prowadzoną w Niemczech akcję propagandową, której przyświeca jeden jasno określony cel: odciążyć Niemców od ich związku sprawczego z zagładą Żydów europejskich, a w to miejsce obciążyć tym związkiem Polaków. Propagandowo usiłuje się tu podstawić w opinii światowej „Polskę” za „Niemcy” – w tym kontekście. Nazwijmy tę operację „podstawianiem Polski””.

Można by długo wyliczać niemieckie książki, starające się maksymalnie pogrążyć Polskę i Polaków w „antysemickiej” mazi. Dość typowym przykładem pod tym względem była wydana w 1987 r., pełna antypolskich fobii, książka Erharda R. Wiehna: „Totengebiet in Polen”. W książce Wiehna znalazł się m.in. pełen oszczerstw atak na Armię Krajową, twierdzenie, jakoby „AK nie przyjmowała żadnych Żydów w swe szeregi i ma wielu Żydów na sumieniu”. Do szczególnie tendencyjnie zakłamanych niemieckich książek na temat rzekomego „polskiego antysemityzmu” należała wydana w 1981 r. w Wiesbaden książka Franka Golczewskiego: „Polnische-judische Beziehungen 1881-1922. Eine Studie zur Geschichte des Antisemitismus in Osteuropa” (Stosunki polsko-żydowskie 1881-1922. Studium o historii antysemityzmu w Europie Wschodniej). Golczewski wyraźnie stara się obciążyć „polskich antysemitów” winą za wszystko, co było złe w stosunkach polsko-żydowskich. Równocześnie zaś „dziwnie” przemilczał różne przejawy jawnego występowania ze strony żydowskiej na szkodę Polski. Dla przykładu, pisze na s. 144 o wystąpieniu komitetu Oppenheimera i Bodenheima, który akcentował rolę wschodnich Żydów jako „niemieckiej grupy kulturowej” i chciał „polepszyć ich przyszłą rolę w Europie Środkowej”. Golczewski całkowicie przemilcza jednak, na czym miało polegać to polepszenie. A chodziło o haniebny wręcz pomysł utworzenia na terenie ziem polskich, dawniej zagarniętych przez Rosję, państwa buforowego, które byłoby zdominowane (kosztem Polaków) przez 6 mln Żydów z Polski i Rosji oraz 1,8 mln Niemców. Byłaby to tzw. Judeo-Polonia (por. szerzej: J.R. Nowak „Prawda o Judeo-Polonii”, w: „Spory o historię i współczesność”, Warszawa 2000, s. 300-308).

Sporo zastrzeżeń budzi wydana w 2003 r. ogromniasta (ponad 900 stron) książka o Armii Krajowej: „Die polnische Heimatarmee” (zbiór tekstów historyków niemieckich i polskich wydał Bernard Chiari przy współpracy dr. Jerzego Kochanowskiego). Nader kłamliwy, wręcz oszczerczy, jest jeden z otwierających książkę tekstów pióra Berndta Martina. Rozpisuje się on na temat rzekomej fascynacji Hitlerem w Polsce (s. 45) i kłamliwie pisze o rzekomych podobieństwach w walce Niemiec i Polski przeciw Żydom w drugiej połowie lat 30. Każdy rzetelny obserwator przyznawał, że polskie władze i przytłaczająca część Polaków byli jak najdalsi od rasistowskiego podejścia do Żydów, tak typowego dla III Rzeszy. W odróżnieniu od Niemiec, gdzie stosowano ustawy norymberskie, w Polsce osoby pochodzenia żydowskiego mogły dochodzić do najwyższych stanowisk, np. ministerialnych, tak jak minister przemysłu Janusz Rejchman czy wojskowy komendant okręgu krakowskiego gen. Bernard Mond. Angielski autor R.L. Buell pisał w książce „Poland, key to Europe” (Londyn 1938, s. 296), iż „w polskiej postawie wobec Żydów widać w mniejszym stopniu spojrzenie ze względów rasowych niż u innych narodów”. Najwybitniejszy współczesny amerykański badacz historii Polski prof. Richard C. Lukas pisał, że: „W przeciwieństwie do innych krajów środkowoeuropejskich Polska w latach 30. nie wydała przeciwko Żydom praw w rodzaju statutów norymberskich (…)” (R.C. Lukas: „Zapomniany holocaust”, Kielce 1995, s. 161). W skrajnie przyczerniony sposób pokazuje Berndt Martin również stosunek Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej (znów argument o Jedwabnem, s. 46). Według B. Martina, wielka część Polaków współpracowała z Niemcami w ich działaniach przeciw Żydom. Berndt Martin pisze na s. 46: „W tej nagonce na Żydów pomagali Volksdeutsche, podobnie jak wielka część [grosse Teil] prostej polskiej ludności”. Szczególnie oszczerczy, wręcz antypolski, jest tekst Franka Golczewskiego: „Die Heimatarmee und die Juden” (Armia Krajowa i Żydzi). Golczewski stara się przedstawić wymyślony przez siebie, pełen nienawiści, stosunek Armii Krajowej do Żydów, udział AK-owców w likwidowaniu Żydów (por. np. s. 666-669) jako wyjątkowo ciemną plamę w dziejach AK.

Przypomnijmy tu, że pracujący w Niemczech historyk i politolog dr hab. Bogdan Musiał zwracał już uwagę w „Naszym Dzienniku” z 13-14 września 2008 r. na wyjątkowo kiepską jakość tekstu F. Golczewskiego. Bogdan Musiał zarzucił Golczewskiemu, że w swym ataku na rzekomo „antysemicką” Armię Krajową opierał się na fałszywych dokumentach, których wiarygodność naukowcy obalili już ponad 20 lat temu. Nie przeszkodziło to w ponownym wprowadzeniu ich do obiegu. Można się tylko dziwić polskim historykom (dr J. Kochanowski był głównym polskim współpracownikiem niemieckiego wydawcy B. Chiari), że nie zareagowali na wykorzystanie w tomie, w którym publikowali, starych wyświechtanych kłamstw przeciwko Armii Krajowej i Polsce. Warto dodać, że również i sam wydawca omawianej wyżej niemieckiej książki o Armii Krajowej Bernard Chiari dał wyraz swym uprzedzeniom wobec AK w odrębnym, własnym tekście zamieszczonym w książce. W skrajny sposób wyolbrzymiał tam kontakty między AK a Wehrmachtem, podnosząc sprawę ewentualnego zawarcia sojuszu przeciwko armii sowieckiej.


Rzetelni Niemcy i polscy „odbrązawiacze”


Prawdziwą skalę pogorszenia obrazu Polski w niemieckich książkach można ocenić dopiero przez bardziej wnikliwe porównanie obecnych publikacji niemieckich na ten temat z niemieckimi książkami o dziejach Polski z lat 50. i 60. I wtedy potwierdza się schemat, znany nam już z Francji – okazuje się, że w tych dawniejszych latach było znacznie więcej zobiektywizowanych niemieckich publikacji historycznych o Polsce, niż to ma miejsce dziś, gdy wyraźnie dominują w Niemczech książki pełne tendencyjności i uprzedzeń wobec Polski. Szczególnie cenną pozycją było wydane w Niemczech, dotąd już w pięciu wydaniach (pierwsze wydanie w Stuttgarcie w 1960 r.), kilkusetstronicowe syntetyczne dzieło Hansa Roosa „Geschichte der Polnischen Nation 1916-1960” (Historia narodu polskiego 1916-1960). Książka ta miała również swój przekład angielski. Książka Roosa była żywo, przejrzyście napisanym dziełem historycznym, wolnym od antypolskich fobii. Ross wskazywał na przykład, że narzucony Polsce traktat mniejszościowy z 28 czerwca 1919 r., którego celem było zapewnienie w pierwszym rzędzie ochrony mniejszości niemieckiej i żydowskiej, był faktycznie obraźliwy dla Polskiego Narodu. Implikował bowiem, że zmuszeni traktatowo do przestrzegania praw mniejszości narodowych Polacy „stoją na niższym poziomie kulturowym niż inne narody”. Z tego względu – według Roosa – traktat ten faktycznie przyniósł więcej szkód niż korzyści dla mniejszości w Polsce. Hans Roos szeroko opisywał przedstawiane Francji, z inicjatywy Piłsudskiego, plany wojny prewencyjnej przeciw Niemcom hitlerowskim w 1933 roku. Wskazywał przy tym na to, jak ich odrzucenie przez Francję zmusiło Piłsudskiego do zawarcia z Niemcami paktu o nieagresji. Jakże inaczej brzmiała wymowa takiego tekstu Roosa w porównaniu np. z nagłaśnianymi przez francuskich historyków w książce „La Pologne” z 2007 r. (s. 45, 107) oskarżeniami o rzekome zafascynowanie Hitlerem, występujące u polskich rządów.

W sześć lat po książce Roosa ukazała się w Darmstadt (1966 r.) kolejna historia Polski – „Geschichte Polens”, pióra Gottholda Rhode. Była to publikacja daleka od obiektywizmu i zawierająca sporo dezinformacji o dziejach polskich, pisanych z nacjonalistycznego punktu widzenia. Na szczęście czytelnicy niemieccy mogli ją ciągle porównywać z dużo popularniejszą i dużo bardziej obiektywną książką Roosa o Polsce. Zainteresowanie dziejami Polski dowodzi wydanie w 1983 r. w Stuttgarcie kolejnej syntezy historii Polski – „Geschichte Polens”, pióra Jorga K. Hoenscha. Choć znacznie słabsza pod względem poziomu merytorycznego od książki Roosa, była ona dość poprawna w przedstawianiu dziejów Polski.

Warto dodać, że czytelnicy niemieccy mieli od 1955 r. dostęp do świetnie napisanej, nader entuzjastycznej wobec Polski, kilkusetstronicowej książki Haralda Laeuena o Rzeczypospolitej Obojga Narodów: „Polnische Tragödie”. Laeuen wychwalał dawną Polskę jako państwo wolności politycznej i religijnej, które przeciwstawiał potępianemu przez niego pruskiemu drylowi. Książka Laeuena miała aż trzy wydania (1955, 1956 i 1958 r.). Mógłby wiele dowiedzieć się z niej D. Beauvois, rozpisujący się o rzekomym skrajnym okrucieństwie postępowania panów polskich z chłopami. Laeuen jednoznacznie akcentował (s. 180), iż: „W porównaniu z innymi krajami pańszczyzna chłopów polskich miała łagodniejsze formy. Najlepszym tego dowodem był stały napływ chłopów, uciekających z krajów sąsiednich do szlacheckiej Rzeczypospolitej. (…) Całymi wsiami uciekali chłopi poza granice, ściągani opowieściami o wolnym życiu w Polsce. Huzarzy Fryderyka II, nie respektując neutralności Rzeczypospolitej, organizowali wypady na polską ziemię, siłą sprowadzając tysiące zbiegłych chłopów (…)”. Rzecz ciekawa – entuzjazm niemieckiego historyka H. Laeuena dla systemu i dokonań Rzeczypospolitej Obojga Narodów ściągnął nań zajadły atak ze strony naszego rodzimego polakożercy – publicysty „Polityki” Zygmunta Kałużyńskiego. Zaatakował on Laeuena za rzekome „skrajne” idealizowanie dziejów Rzeczypospolitej szlacheckiej.

Inny ciekawy przykład. W 1980 r. w Kolonii ukazała się ponad 300-stronicowa książka Wolfganga Plata: „Deutsche und Polen. Geschichte der deutsche-polnischen Beziehungen” o dziejach stosunków polsko-niemieckich. Otóż książkę tego niemieckiego historyka pod względem zobiektywizowania i zrozumienia polskich racji historycznych uznałbym za niedościgniony wzór dla niektórych dzisiejszych polskich publicystów, pełnych uniżoności wobec niemieckich wykładni naszych dziejów. Porównajmy na przykład z ustaleniami niemieckiego historyka, wybielających Krzyżaków, polskich publicystów Janusza Majcherka (w książce wydanej przez Presspublikę), Adama Krzemińskiego (na łamach „Polityki”) i Marcina Króla (w „Rzeczpospolitej”). Majcherek w wydanej w 2000 roku książce „W poszukiwaniu nowej tożsamości” wystąpił jako skrajny apologeta Krzyżaków – „emisariuszy cywilizacji zachodniej i chrześcijańskiej”. Podobne próby rehabilitowania Krzyżaków podjął znany publicysta – germanofil Adam Krzemiński w „Polityce” z 8 maja 1999 roku i 5 sierpnia 2000 roku. Wzywał tam do radykalnego zerwania z rzekomą polską fałszywą „czarną legendą” Krzyżaków i zwrócenia dużo większej uwagi na „kulturotwórczą” rolę tego zakonu. Podobnie w skrajny sposób wysławiał zasługi cywilizacyjne Krzyżaków Krzysztof Kłopotowski (w tekście na łamach „Rzeczpospolitej”).

Wszyscy ci trzej polscy autorzy starannie zacierali prawdę o najważniejszej sprawie w stosunkach między Krzyżakami a Polską – ich niebywałej agresywności i grabieżach. Jakże inaczej wypowiadał się o tym uczciwy Niemiec Wolfgang Plat, pisząc o „agresywnym Zakonie Krzyżackim” i akcentując, że program tego Zakonu był „wyraźnie nakierowany przeciw istnieniu Polski. To właśnie było źródłem konfliktu” (por. W. Plat, op. cit., s. 39). Przypomnijmy tu, że nawet niemieckie mieszczaństwo i szlachta Prus w końcu tak mieli dość grabieżczych rządów Krzyżaków, którzy wszystkie dobra chcieli zagarnąć tylko dla siebie (por. W. Plat: op. cit., s. 40), że z całego serca optowali za wejściem podbitych przez Krzyżaków ziem pod polskie władanie. Później zaś, jak pisał Wolfgang Plat (op. cit., s. 40): „(…) pruskie stany stały wiernie przy polskiej republice szlacheckiej, ponieważ wiedziały: tak długo, jak długo pozostaniemy przy Polsce, będziemy wolni (solange wir bei Polen bleiben, sind wir frei)”. To nie tylko Polacy głosili „czarną legendę” Krzyżaków. Mieli ich prawdziwie dość także wszyscy niemieccy poddani, ograbiani przez nich i uciskani na każdym kroku.

Niektórzy polscy publicyści posuwają się do prawdziwych skrajności w depolonizowaniu wielkich Polaków. Na przykład publicysta „Gazety Wyborczej” (nr z 5 sierpnia 1991 r.) pisał o „Niemcu Koperniku”, że nie ma jakoby żadnych dowodów na to, że Kopernik mówił po polsku, a znany anty-Polak Zygmunt Kałużyński pisał w książce „Pamiętnik rozbitka” (Warszawa 1991, s. 132), iż „Kopernik, działający w Toruniu (Horn) w wieku XV, przedstawiany był wielokrotnie jako Niemiec, między innymi przez uczonego tak wybitnego jak Max Weber”. Kałużyński nie podawał, że przywoływany przez niego jako autorytet w sprawie rzekomej niemieckości Kopernika socjolog M. Weber był skrajnym niemieckim szowinistą. Weber popierał m.in. usuwanie siłą chłopów polskich z ziemi w Poznańskiem. Dodajmy, że Max Weber „wsławił się” w swoim czasie stwierdzeniem: „Tylko my, Niemcy, moglibyśmy zrobić z Polaków istoty ludzkie” (cyt. za: P. Lisicki w „Rzeczpospolitej” z 11 września 1993 r.). Jak więc taki Weber mógł uwierzyć w polskość Kopernika!

Publicystów polskich, z takim uporem germanizujących Kopernika, warto znów odesłać do odpowiednich fragmentów niemieckiego autora W. Plata. Niemiecki uczony aż na trzech stronach swojej książki (op. cit., s. 45-47) dowodzi polskości Kopernika, traktując przywłaszczanie go na rzecz Niemiec jako przejaw tendencji nacjonalistyczno-faszyzujących. Na dowód polskości Kopernika Plat przytacza m.in. następujące fakty: „(…) 1. Ojciec Kopernika, najpierw kupiec krakowski, później toruński, i jego wuj, późniejszy biskup warmiński Łukasz Watzenrode, byli, jak prawie wszyscy obywatele miasta pruskiego, zdecydowanymi przeciwnikami niemieckiego zakonu. (…) 2. Kopernik uzyskał uniwersyteckie wykształcenie najpierw na uniwersytecie w Krakowie, a później na włoskich uniwersytetach w Bolonii i Padwie (…) Kopernik nigdy nie studiował na niemieckich uczelniach (…) 3. Przez czterdzieści lat, aż do samej śmierci, pracował Kopernik w katolickim urzędzie kościelnym w tej części Prus, która od 1466 r. należała do Polski. Od 1503 r. aż do śmierci wspierał on zawsze walkę przeciw niemieckiemu zakonowi [Krzyżakom – J.R.N.], który wciąż próbował występować przeciwko Polsce. Kopernik brał żywy udział w tej walce obronnej. Na przykład w 1520 r. zorganizował z wielkim sukcesem obronę Olsztyna (…)”.

Patrząc, jak dzisiejsi niedouczeni polscy publicyści z uporem depolonizują Kopernika – nawet wbrew rzetelnym autorom niemieckim typu Wolfganga Plata, nasuwa się pytanie: do jakiego stopnia winę za uczernianie obrazu Polski po 1989 r. w świecie ponosi część polskich naukowców i dziennikarzy, pozyskanych dla wspierania niemieckich racji przez hojne niemieckie stypendia, wykłady na niemieckich uczelniach, etc. Przecież coraz widoczniejszy jest fakt, że w Polsce po 1989 r. wyraźnie zaczyna dominować nurt germanofilski w historii i zacierają się efekty działań dawnych wybitnych polskich historyków, także tych z PRL. Widzimy na przykład aż nadto wyraźnie, jak Instytut Zachodni w Poznaniu, niegdyś pod kierownictwem prof. Zygmunta Wojciechowskiego i za jego następców bastion naukowy obrony polskości przeciw zafałszowaniom niektórych niemieckich historyków, po 1989 r. za niesławnego dyrektorstwa germanofilki prof. Anny Wolff-Powęskiej zmienił się w instytut promujący proniemieckie stanowiska historyczne. Jaki ta ewolucja ma wpływ na słabość polskich racji historycznych w świecie, nie trzeba chyba długo przekonywać!

I jeszcze jeden przykład naszych niedocenionych niemieckich przyjaciół z poprzednich dziesięcioleci. Na początku lat 90. poznałem świetnego niemieckiego politologa Christopha Royena, dyrektora Instytutu Spraw Międzynarodowych renomowanej fundacji Nauki i Polityki z Ebenhausen. Przeglądając jego teksty, szybko zorientowałem się, że jest on jednym z cudzoziemców najrzetelniej odnoszących się do Polski. Warto przypomnieć, że właśnie ten niemiecki uczony ostrzegał nas już pod koniec 1989 roku przed nadmierną, bezkrytyczną euforią w ocenie niemieckiej polityki wobec Polski. Royen wyraził się wówczas bez ogródek: „Kuszą was miliardy, ale gdy rzeczywiście zaczną powstawać firmy niemieckie, będą osiedlać się Niemcy – wyrośnie silna pro-niemiecka grupa interesów, prawdziwa „nowa władza”, zwłaszcza na ziemiach zachodnich” (cyt. za: J. Surdykowski: „Niemieckie obawy, polskie nadzieje”, w: „Tygodnik Solidarność”, 9 lutego 1990 r.).

Royen miał aż nadto wiele racji w swoich ostrzeżeniach pod adresem Polaków. W czasie ostatniego dwudziestolecia wyrosła w Polsce bardzo silna „proniemiecka grupa interesów” czy też „stronnictwo pruskie””, jak to dosadnie nazywa Stanisław Michalkiewicz. W zamian za pokaźne stypendia niemieckie czy wysoko opłacane wykłady na niemieckich uczelniach (weźmy choćby kazus przedziwnej proniemieckiej ewolucji Władysława Bartoszewskiego od lat 70.), grupa ta coraz silniej wybiela postawy Niemców, przemilcza rzeczy ich kompromitujące, nie reaguje na coraz wyraźniejszą eskalację antypolskich fałszów w niemieckich książkach i mediach. I można tylko ubolewać, że deformatorzy historii w stylu F. Golczewskiego, G. Lesser czy H. Hirsch wyraźnie wypierają w cień dawniejsze obiektywne i życzliwe publikacje H. Roosa, H. Laeuena czy W. Plata. Dzieje się to wszystko jak gdyby zgodnie ze starą teorią Kopernika o złym pieniądzu, wypierającym lepszy.


Prof. Jerzy Robert Nowak
drukuj