Edukacja świętego Alfonsa Marii de Liguori

„Współczesne wychowanie przynosi propagandzie nietknięte umysły” – Nicolás Gómez Dávila

Ewa Polak-Pałkiewicz

Jak wychowywać i kształcić chłopca, który jest dziedzicem wspaniałego nazwiska, pierworodnym synem rodziców, którzy starają się łączyć wiarę i gorliwość chrześcijańską z dbałością o interesy rodziny? Których decyzje i wybory, z racji ich pozycji społecznej, śledzi czujnie wiele oczu, stanowią bowiem wzór dla innych rodzin? Którzy, świadomi niezwykłości darów i talentów złożonych przez Boga w ich dziecku, czują wielką odpowiedzialność przed Stwórcą za jego wychowanie. Oto zadanie, któremu musieli sprostać małżonkowie Anna z Cavalierich i Giuseppe de Liguori, zwani przez biografów świętego Alfonsa „kobietą z aksamitu” i „mężczyzną z żelaza”. A wszystko to działo się u progu epoki oświecenia w jednym z najruchliwszych, najbarwniejszych i najbardziej hałaśliwych miast ówczesnej Europy, jakim był Neapol.

Można by powiedzieć, że rodzice św. Alfonsa mieli sytuację ułatwioną. Mogli swobodnie iść za wskazaniami dobrej tradycji kształcenia i wychowania obowiązującej w ich środowisku. Mimo że mieszkali w wielkim mieście, które było portem otwartym na świat, ośrodkiem kulturalnym i akademickim, gdzie mieszały się języki, wrzało życie umysłowe i gospodarcze, to za każdym rogiem nie czaił się stragan z demoralizującą prasą, wulgarne reklamy nie straszyły przechodniów, a podwórka dzielnicy, w której wznosił się ich pałac (najpierw przy Borgo dei Vergini, potem na Via dei Tribunali), nie były siedliskami młodocianych gangów. To prawda. Istniało jednak w tym obliczalnym, uładzonym, hierarchicznym świecie coś, co wywoływało prymitywne namiętności i prowadziło do psychicznego uzależnienia, „wykradało” dzieci i młodzież rodzicom. Były to karty. Moda na karty szerzyła się w najlepsze także w środowisku, do którego przynależność uznawana była za zaszczyt i – jak wszystkie mody – zabierała najcenniejszy czas, przytępiała umysł i wrażliwość. Taka była atmosfera, którą oddychał Neapol, taka była tamtejsza „telewizja”. „Sypały się pieniądze, rodziny się rujnowały, inne rozbijały, powstawały nienawiści nie do wygaszenia, zemsty, pojedynki. Wielu młodych ludzi stawało się oszustami i szelmami” – pisze biograf świętego Alfonsa, o. ThÝodule Rey-Mermet*.

Alfons przejawiał zamiłowanie do nauki, miał też swojego nauczyciela i mistrza, który spędzał z nim cały dzień. Było jednak przyzwolenie ojcowskie na partyjkę kart, wieczorami, w sąsiednim domu, w dobrym towarzystwie młodych szlachciców, u radcy Don Carlo Cito. Dozwolona godzina zaczęła się jednak stopniowo niebezpiecznie wydłużać ku coraz większemu niepokojowi ojca. Tego wieczoru, gdy spóźnienie było większe, „Don Giuseppe wszedł do pokoju studenta, usunął książki ze stołu i zastąpił je kartami różnych gier. Musiał od dawna umyślić ten krok, by zebrać taki zestaw kart. Wreszcie przychodzi spóźnialski i wchodzi do swego pokoju. Zdumienie. Ojciec zasypuje go wyrzutami: – Oto twoje studia – woła – autorzy, którzy sprawiają, że tak niepunktualnie wracasz! Alfons czerwieni się, milczy. Cierpliwość, opanowanie, szacunek wobec ojca. I od tej pory będzie jednym okiem patrzył na karty, drugim na zegar czy klepsydrę”.

Rodzice Alfonsa z pewnością nie kierowali się fałszywą ambicją, nie zamierzali też izolować go od świata zewnętrznego i nie trzęśli się nad każdym jego bardziej samodzielnym krokiem. Przeciwnie, pragnęli, by nie brakło mu kontaktów z rówieśnikami. Będąc ludźmi rozległych horyzontów, mieli jednak świadomość, jaka jest prawdziwa wartość oferty składanej przez „świat”, zachowywali czujność; nie dali się zwieść przekonaniu, że coś, co ma powszechne wzięcie, musi być dla ich dziecka dobre.


Podwórko


Dzięki inicjatywie rodziców św. Alfons trafił do środowiska rówieśniczego, które pozwoliło rozwinąć jego relacje z chłopcami i zarazem rozkwitnąć jego życiu religijnemu. Ale przede wszystkim matka – donna Anna – zatroszczyła się, by Alfons jeszcze jako młodziutki chłopiec miał swojego przewodnika i opiekuna duchowego. Było to ważne także z tego powodu, że ojciec – oficer, komandor królewskiej fregaty „La Padrone” (później „La Capitana”), z racji swoich obowiązków często przebywał na morzu. Ojcem duchowym Alfonsa został ojciec Tamasso Pagano, krewny Anny Liguori, oratorianin. Należał do grupy księży, która półtora wieku wcześniej powstała w Rzymie i skupiła się przy św. Filipie Neri. Kapłani znani byli jako girolamini – od kościoła św. Girolamo della Carita, ale zwano ich także filipinami. Oratorianie wyróżniali się gorliwą modlitwą, surowością i ubóstwem życia. Ich kościół i klasztor stał się jednym z najważniejszych ośrodków duchowego odrodzenia we Włoszech. Jedna z konfraterni młodych szlachciców została utworzona w Neapolu, gdzie wielką sławą cieszył się o. Pagano. Pobożny i głęboki, był ponadto „bardzo uczony (…) nigdy nie pozwalał sobie na wytchnienie, poświęcając cały czas, jaki pozostawiały mu obowiązki w zgromadzeniu, na studia”. Można przypuszczać, że jako wieloletni spowiednik Alfonsa „wraz z pobożnością natchnął go miłością do studiów”. Alfons wstąpił do konfraterni jako dziewięciolatek. Odtąd niedziele spędzał w oratorium św. Józefa, które filipini, idąc za wskazówkami św. Filipa, założyli. Nie szczędzili przy tym środków i wykazali się też niepospolitą wyobraźnią, a nawet fantazją.

„Św. Filip Nereusz pozostawił dziełu i swoim synom piętno własnej osobowości. (…) Promienna radość była dla niego znakiem Boga. Słynny, powtarzany przez niego refren 'allegramente’ (wesoło) był nieodpartą bronią jego apostolstwa”. Nowatorstwem stosowanym przez św. Filipa był teatr młodych i dla młodych oraz wspólne muzykowanie, koncerty muzyki religijnej i rozrywkowej.

„Podwórko” św. Alfonsa odznaczało się także niezwykłą, nawet jak na Włochy, urodą. Roztaczała się z niego słynna panorama, przez wielu malarzy uznana za najpiękniejszy widok świata. „U stóp miasto jak barwny dywan, dalej dwa ramiona żarzącej się od słońca zatoki”. Na jej wodach, wśród setek żaglowców oczy Alfonsa wypatrywały galery ojca. „W dali po lewej stronie Capri, jak marmurowy pies z zieleni i brzegi Sorrento spadające stromo do morza, a bliżej Wezuwiusz, straszący, oświetlony pełnym blaskiem i powoli różowiejący od strony morza przy zachodzie słońca”. Neapolitańscy filipini, idąc za tradycją Nereusza, wynajęli tu, „na stokach Capodimonte, willę Miradois, wielki dom z ogrodem, pergolami, galerią marmurowych figur. Dziewięć hektarów pokrytych krzewami, drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi (…). Od Wielkanocy do Zesłania Ducha Świętego młodzi arystokraci konfraterni św. Józefa uczęszczali tam, mając urozmaicony program spotkań, jakby suity muzycznej, w radosnej duchowości oratorium filipinów. Latem i jesienią wspinali się wyżej, by znaleźć ocienione łąki i wąwozy”.

Pewnego popołudnia 1707 lub 1708 roku, podczas odpoczynku po dłuższej modlitwie i rozmowie, jeden z chłopców zaproponował Alfonsowi grę w kulę pomarańczami. Alfons wzbraniał się, ponieważ nie znał gry, jednak po natarczywych namowach zdecydował się, a następnie wygrał wszystkie kolejne trzydzieści trzy rzuty. Ten, który przymusił go do gry, kierowany zazdrością, zarzucił mu oszustwo i wykrzyknął w twarz odrażające przekleństwo. Alfons rzucił monety, które wygrał na ziemię i zawołał: „Nie trzeba obrażać Boga o parę groszy!”. Po czym zniknął w zaroślach parku Miradois. Po paru godzinach, gdy nie odpowiadał na nawoływania, znaleziono go w odległym zakątku, na kolanach, zatopionego w ekstatycznej modlitwie przed obrazkiem Matki Bożej, który nosił stale przy sobie. Nigdy nie opowiedział nikomu o tym zdarzeniu. Relację po latach przekazali koledzy z oratorium.


Wyższa szkoła jazdy


Siedmioletni Alfons de Liguori zasiadł do studiowania ksiąg. Widząc zdolności chłopca, jego żywą inteligencję, ciekawość świata, rodzice w kształcenie syna włożyli ogromny wysiłek, korzystając ze znajomości w świecie naukowym i prowadząc stałą, dyskretną kontrolę i obserwację postępów „studenta”. Edukacja domowa była przyjętym obyczajem starych rodów, dawała rodzicom wgląd w efekty nauki, pozwalała na bieżąco korygować program nauczania, by nie uronić ani chwili z czasu największej chłonności umysłu, a zarazem nie przeciążyć dziecka, zadbać o harmonię pracy i rozrywek. Wybrany nauczyciel, ojciec Domenico Buonaccia, jezuita rodem z Kalabrii, profesor dyplomowany gramatyki, nauk humanistycznych i poezji, był, jak zaświadczają biografowie Świętego, „mądrym i nienagannych obyczajów mężem Bożym”. Zamieszkał u Liguorich na prawach domownika i pozostał tu także w czasie, gdy Alfons studiował na uniwersytecie, by chłopiec mógł z nim na bieżąco omawiać wszystkie tematy. (Święty rozpoczął studia w dwunastym roku życia). Alfons zawsze traktował go – podobnie jak ojca Pagano – jako swojego duchowego mistrza.

Mądrość i dalekowzroczność tamtej edukacji polegała na wieloletniej pracy ucznia z tą samą osobą, która była dla niego niekwestionowanym autorytetem. Relacja mistrz – uczeń jest jedyną, która pozwala prawdziwie rozwijać się umysłowi młodego człowieka. W tamtych czasach nikomu się nie śniło wyznawać pogląd przyniesiony przez rewolucję, że uczeń i nauczyciel powinni rozmawiać „jak równy z równym”.

Program nauczania był efektem metody wypracowanej przez ówczesną potęgę intelektualną, jaką byli jezuici, i obejmował gramatykę, literaturę, poezję łacińską i włoską, język francuski, matematykę, filozofię, geografię, kosmografię. A dodatkowo u Alfonsa – hiszpański (język państwowy), malarstwo, architekturę, muzykę, do których to dyscyplin państwo Liguori zatrudniali osobnych nauczycieli. W ramach sportu – szermierkę, polowania, zaś rozrywką był teatr. Ważne były dla rodziców opinie znawców rozwoju dziecka. Wszyscy, bez popadania w pochlebstwa i zachwyty, byli zdania, że Alfons odznacza się „subtelnym umysłem, wnikliwą inteligencją, pamięcią łatwą i trwałą oraz naturalną skłonnością do wiedzy”. Jego „specjalnością” były nauki humanistyczne.

Zarządzający tą edukacją Giuseppe i Anna Liguori byli przeświadczeni, że starannie obmyślane domowe studia muszą dać przede wszystkim Alfonsowi „doskonałe opanowanie języka i możność posługiwania się nim w całym jego bogactwie, gdyż język jest narzędziem i miarą działania myśli”. Jak bardzo dzisiaj potrzebne są takie „studia”, gdy myśli się szablonami lub skrótami pojęciowymi, których znaczenie staje się coraz bardziej niejasne, dwuznaczne i pozbawione treści! Gdy ubóstwo języka staje się groźnym wstępem do ograniczenia myśli, prawdziwej autocenzury, którą człowiek, zawężający granice pojęć, nie rozumiejący ich znaczenia, narzuca bezwiednie sam sobie. Języki starożytne były u progu XVIII wieku uznawane za wystarczająco „dojrzałe” – w przeciwieństwie do, niejako in scadu nascendi, języków żywych – by stanowić „model” klasycznej doskonałości i pozwalać posiąść arkana dyscypliny umysłowej. (Czego dziś, w dobie hulającego w oświacie postmodernizmu, najbardziej brakuje). Ich specjalna pozycja wynikała także z faktu, iż były językami macierzystymi europejskiej cywilizacji; w tej przedrewolucyjnej epoce odwoływanie się do „korzeni” było czymś oczywistym. Perfekcja języka, jasność i piękno stylu to były kamienie milowe edukacji Europejczyków przez całe stulecia. Edukacji, dodajmy, prowadzonej przez ludzi Kościoła, przez wyspecjalizowane w nauczaniu zakony, jak benedyktyni, jezuici, pijarzy, cystersi. Szkoła świecka pojawiła się dopiero w wieku XIX. Beztrosko zdmuchnąć miała ten dorobek dawnej szkoły dopiero rewolucja, wychodząca z założenia – słusznego – że bylejakość myślenia osiąga się, redukując i prymitywizując język jako główne narzędzie wyrażania człowieczeństwa.

Znamienna w edukacji św. Alfonsa była także kolejność. Literatura, gramatyka były ścieżkami do znajomości greki i łaciny, owego „wzoru dla myśli i formy”. Zresztą w tym języku nauczano na uniwersytecie. W tym języku św. Alfons napisał w dojrzałym wieku dziewięć tysięcy stron swojego głównego dzieła „Teologii moralnej”, jak pisze jego biograf: „żywo, przystępnie i elegancko”. Zasady (gramatyki, poetyki, wartość literacką i filozoficzną dzieła) objaśniał nauczyciel, „doprowadzając ucznia do progu zawartego w tekście piękna myśli, które ten już samodzielnie studiował”. W tym nauczaniu nie było chaosu i nerwowości, był spokój i prowadzenie krok po kroku ku szerszym horyzontom, gdy umysł został przygotowany do ich objęcia.

Dzięki francuskiemu, który już wówczas stał się językiem sfer wykształconych, dworów i dyplomacji, „oficjalnym” językiem Europy, w czym zastąpił łacinę, Alfons, w przyszłości, w najlepszym swym dziele dogmatycznym mógł swobodnie polemizować z Wolterem, Rousseau, Diderotem i Baylem, których książki czytał w oryginale (podobnie jak Franciszka Salezego, Jeana Crasseta, J.B. Saint-Jure). Hiszpański pozwolił mu obcować z pismami Jana od Krzyża, Teresy z Avila, Álvareza de Paz, Alfonsa Rodrigueza.

Czy to wszystko nie przytłaczało młodziutkiego neapolitańczyka? Czy nie odbierało mu dzieciństwa i młodości? Zapewne tak by orzekli dzisiejsi specjaliści od nauczania, którzy stawiają sobie za cel opracowywać takie programy kształcenia (?), by poza „zabijaniem czasu” nie było w nich miejsca na rozwijanie umysłów, klarowne i konsekwentne podążanie ku prawdzie. Znakomicie ujmuje naczelne cechy edukacji jeszcze nietkniętej myślą „oświeceniową”, rewolucyjną, o. Rey-Mermet: „Nie wbijano wówczas uczniom do głowy matematyki czystej, czyli geometrii, algebry. Była to raczej matematyka stosowana: astronomia, optyka, muzyka, mechanika. Hydrostatyka, geometria stosowana (pomiary, topografia). Nauczyciel był 'uczonym’ w pełnym sensie wyrazu, jaki mu dawano, starał się ukształtować ludzi światłych i ciekawych, ustawiać dobrze głowy filozofów. Filozofia to wysiłek umysłu ludzkiego pozostawionego własnym siłom, aby wytłumaczyć całość ludzkiego doświadczenia fizycznego i psychicznego (…) od początku świata do końca człowiek stawiał sobie, stawia i będzie stawiał te same pytania. Ale nikt nie ma prawa powiedzieć: Arystoteles i święty Tomasz z Akwinu za was myśleli, podamy ich rozwiązania. Każdy wiek, każda kultura, z większym lub mniejszym szczęściem, stara się podawać własne odpowiedzi”.

Co do podnoszonego tu i ówdzie pytania, czy św. Alfons był w dorosłym swym życiu kartezjaninem, jak „cały światły Neapol”: uniwersytet, palestra, prywatne akademie, salony literackie i kręgi księgarskie – jak wylicza jego biograf – czy raczej tomistą, do czego skłaniałyby go lata spędzone w seminarium duchownym, to warto jedynie zaznaczyć w tym miejscu, że ze znajomości kartezjanizmu, jak przypomina o. Rey-Mermet, płynęły wielkie korzyści praktyczne, a mianowicie „pozwolił on Alfonsowi rozumieć intelektualistów, prowadzić z nimi dialog na poziomie ich kultury i krzyżować z nimi szpady na ich własnym terenie”, co było raczej rzadkością u współczesnego mu duchowieństwa.


Dom tętniący sztuką


Nie wyobrażajmy sobie, by neapolitańscy rodzice, zarzucając małego Alfonsa książkami, chcieli z niego uczynić zasuszonego mola książkowego, a jego dzieciństwo i młodość pozbawić radości. To, co może sprawiać wrażenie przeciążenia, było raczej przejawem staranności. Oboje rodzice, jako typowi Włosi, kochali sztukę i wiedzieli, że jej uprawianie i gruntowna znajomość potrzebne są do harmonijnego rozwoju ich dziecka. Obaj dziadowie Alfonsa gromadzili w swoich domach kolekcje obrazów. Don Giuseppe „namiętnie interesował się muzyką” i miał równie uczuciowy stosunek do sztuk plastycznych; sam wykonywał kopie obrazów olejnych słynnego neapolitańskiego malarza Francesca Solimeny, a w późniejszym wieku przerzucił się na miniatury. Nazywano go nawet „Virtuozo”, ponieważ oddawał się temu zajęciu z prawdziwą pasją w letniej rezydencji Liguorich w Marianella. Toteż w dzieciństwie jego najstarszego syna Alfonsa nie zabrakło domowych nauczycieli rysunku, malarstwa i architektury. Malarstwa uczył go oczywiście Solimena. Ze szkoły tego mistrza „wychodzili najlepsi architekci, rzeźbiarze i malarze XVIII wieku”. Alfons przez cale życie zachowa przyjaźń z kolegami z tej szkoły, malarzami – Paolo de Maio i Francesco de Mura. Pod wpływem głębokiego wstrząsu, jaki przeżył, patrząc na obraz Jezusa Ukrzyżowanego z Ciorani – miał wtedy dwadzieścia trzy lata – kazał go potem reprodukować malarzom amatorom dla swojego zgromadzenia. Z tego samego okresu pochodzi „Madonna di s. Alfonso” jego autorstwa, o której biograf świętego napisał, że „żadna Madonna Rafaela nie pobudza tak do uciszenia i modlitwy”. Preferował rysunek, nie czując się zbyt silny w malarstwie. Jego ulubioną techniką był miedzioryt. Jeden z jego biografów, Tannoia, zapewnia, że „widywano go jako starego już biskupa malującego obrazki Jezusa i Maryi oraz sporządzającego miedzioryty, by je dalej rozpowszechniać”. Swoich prac z reguły nie podpisywał – podobnie jak wielu kompozycji muzycznych, które wyszły spod jego ręki. „Ile świętych obrazków pędzla tego Doktora Kościoła rozeszło się, głosząc w ten sposób wiarę dobremu ludowi Neapolu!”

Rękę do rysunków miał nad podziw wprawną. Czasami czynił ze swych zdolności zaskakujący użytek. „Gdy ten urodziwy chłopiec z postępującym za nim lokajem, o ile nie jechał karetą, był zmuszony do światowych występów w jakimś znakomitym salonie, u Salnierich, Crivellich, czy d’ Affilittich, prezentował się elegancko i cierpliwie oddawał honor rodzinie i gospodarzom. Ale było to dla niego męczarnią. Po powrocie do domu zmęczony, daje czasem wyraz swemu niezadowoleniu (…) zdarza mu się narysować, dla uspokojenia nerwów, szkielet pięknej księżniczki lub czaszkę pozbawioną peruki, nieodzownej dla wysokiego dostojnika (…)”. Rzucony w burzliwy wir życia arystokracji, świadek pędu do zaszczytów i powszechnego blefu, Alfons siedział jakby w pierwszej loży, by stwierdzić, że „urok marności przesłania dobro” (Mdr 4, 12).

Muzyce oddaje się z większym jeszcze zapałem niż sztukom plastycznym. U progu XVIII wieku „muzyka jest triumfem Neapolu”, jak pisał La Lande. Miasto wyróżniało się nawet na tle innych rozśpiewanych i umuzykalnionych miast Włoch. „Wydaje się, że w tym kraju struny są czulsze, bardziej harmonijne i dźwięczniejsze aniżeli w reszcie Europy. Cały kraj jest rozśpiewany, gesty, fleksja głosu, wypowiadanie sylab, nawet rozmowy, wszystko nosi cechy i oddycha harmonią i muzyką. Stąd Neapol jest główną kolebką muzyki włoskiej, wielkich kompozytorów i wspaniałych oper”. To właśnie w okresie dzieciństwa św. Alfonsa Neapol przeżywał złoty okres belcanto.

W wieku dwunastu lat grał już znakomicie na klawesynie. Kształcił się w tej materii u filipinów w oratorium i w domu. Ojciec, który jak prawdziwy neapolitańczyk uwielbiał muzykę i posiadał wysoką kulturę muzyczną, odznaczał się tu pewnym brakiem wyczucia wyszukanych metod pedagogicznych i chcąc, by syn ćwiczył bez grymasów, po prostu zamykał go na klucz wraz z nauczycielem gry i wychodził z domu. W późniejszym okresie, już jako student uniwersytetu, Alfons uczył się harmonii i kompozycji. Przez trzy lata Conservatorio dei Poveri di Gesu Cristo przysyła mu swego kapelmistrza, znanego wychowawcę muzyków, Gaetana Greca – który wykształcił m.in. Domenica Scarlattiego, Francesca Durantego, Giovanniego Batistę Pergolesiego. Uczy on Alfonsa kontrapunktu.

Alfons Liguori zapisał się na trwałe w historii muzyki włoskiej. Jest cytowany i odnotowywany w dziełach specjalistów. Jego melodie są żywe w tradycji śpiewanej. (Zostawił pięćdziesiąt canzocione, które odznaczają się wysokim poziomem artystycznym). Komponował nawet w starszym wieku. Jego muzyka jest wykonywana na koncertach, rozchodzi się na płytach, bywa wykorzystywana jako podkład filmów. Wiele wymagał w tej dziedzinie od siebie i od innych. Już jako kapłan i biskup nie godził się na bylejakość. „Muzyka jest sztuką, którą trzeba opanować, by mieć z niej radość, inaczej sprawia przykrość” – mawiał.


Przyjaciel rodziny


Tym, co najcenniejszego wyniósł św. Alfons z lat swojego dzieciństwa i młodości, nie było wbrew pozorom znakomite, wielostronne wykształcenie pod kierunkiem najlepszych mistrzów, choć stanowiło ono dobro nie do przecenienia. Była to natomiast atmosfera rodzinnego domu: prowadzone w nim rozmowy, jego zwyczaje, wspólne modlitwy, zapraszani goście. Na przykład jezuita Francesco de Geronimo, przyszły święty – kanonizowany tego samego dnia przez Grzegorza XVI, co św. Alfons – opiekun galerników. Jako młody zakonnik marzył o misjach w Indiach, Japonii. Zabiegał o zgodę na wyjazd, nie zniechęcał się trudnościami. Usłyszał od przełożonych: „Twoją Japonią będzie Neapol!”. I tak trafił na publiczne place i do zaułków miasta, gdzie głosił kazania pod gołym niebem. „Francesco spotyka tam lazzaronich (bezdomnych), prostytutki i pewnego dnia 1677 roku – galerników. Natychmiast stał się domownikiem basenów portowych, a powoli przyjacielem galerników i niewolników. Ich jedynym przyjacielem. Ludzie ci przykuci do swoich ław nie są żołnierzami, jedynie 'robactwem’, a dla strażników nagimi plecami – żółtymi, brązowymi, czarnymi – ociekającymi potem i przeznaczonymi do razów zadawanych kijami lub biczem. Ci 'potępieni’ mieli dla niego ludzkie oblicza oraz imiona, stali się jego braćmi, nawet dziećmi. Galernicy witają go okrzykiem radości: 'Ojciec Francesco! Oto nasz ojciec!’. Naczelny kapitan galer wystarał się niezwłocznie o oficjalną nominację tego niezwykłego człowieka na kapelana wioślarzy wszystkich galer. 'Powołanie na galery’ napełniło Franciszka radością. Odtąd, ilekroć okręty wojenne zawijają do portu, okręt admiralski 'La Capitana’, gdzie oficerem jest młody Giuseppe Liguori, staje się jego główną kwaterą, a galernicy parafianami”. Nawiązuje się przyjaźń. I już jako przyjaciel domu Liguorich przybywa trzy dni po narodzeniu pierworodnego syna, by złożyć gratulacje rodzicom. Odnotowano, że wziąwszy maleństwo na ręce, zamyślił się głęboko. Po błogosławieństwie rzekł do matki: „To dziecko dożyje późnego wieku, nie umrze przed dojściem do dziewięćdziesiątki. Zostanie biskupem i zdziała wielkie rzeczy dla Bożej chwały”.

Donna Anna nie była zapewne typową włoską arystokratką. Wbrew zwyczajom swojej sfery nie oddała małego Alfonsa opiekunkom, lecz zajęła się jego wychowaniem osobiście – podobnie uczyniła wobec następnych dzieci – przede wszystkim religijnym. Była prawdziwie „wielką damą”, wymagającą wobec siebie, zdyscyplinowaną, stosującą praktyki pokutne, dbającą o rozwój życia wewnętrznego. „Co wieczór gromadziła dzieci wokół siebie, uczyła podstaw wiary, odmawiała z nimi Różaniec i inne modlitwy dla uczczenia świętych (…), starała się, by łaska uprzedzała zło i by jej dzieci od najmłodszych lat nauczyły się nienawidzić grzechu. Przez cały okres życia studenckiego, adwokatury, misjonarza i biskupa, aż do sędziwego wieku dziewięćdziesięciu lat, Alfons zachował i co dzień korzystał z małego zeszyciku, w którym matka zapisywała modlitwy, a które dziecko odmawiało rano i wieczór, odkąd nauczyło się liter”. Jako starzec powtarzał także: „Całe dobro, jakie spełniłem w młodości, i fakt, że nie uczyniłem niczego złego, zawdzięczam mojej matce”.

Pobożnym chrześcijaninem był także trudny, czasem przesadnie ambitny, widzący przyszłość syna w karierze adwokata, Don Giuseppe. Pozostając pod wielkim urokiem i wpływem Francesca de Geronima, co roku odprawiał rekolekcje zamknięte u jezuitów. Tę praktykę przekazał synowi. Niejednokrotnie ojciec i syn odbywali rekolekcje razem.

Matka i ojciec, każde w inny sposób, dostarczali wzorów życia chrześcijańskiego. Matka, pełna czułości, ciepła i delikatności, ojciec, surowy, nieraz apodyktyczny, wybuchowy, a jednak oboje należeli do prawdziwej elity, „której nie naruszył liberalizm epoki ani rodzący się sceptycyzm. Lojalni rycerze Boga”.

Dobrze jest mieć rodziców, którzy są przewodnikami w drodze do Boga. Gdyby byli inni, św. Alfons łatwo mógłby stać się „cudownym dzieckiem”, uwierzyć w swój geniusz i zabrnąć w poszukiwanie siebie. Tym bardziej że w miarę jak wyrastał z dzieciństwa, stale towarzyszył mu szmer zachwytu. Wychowanie domowe pod uważnym okiem rodziców i mistrzów było szkołą jego charakteru, szkołą męstwa.

Jego późniejsze życie, wielka i opatrznościowa misja w dziejach Kościoła, jakiej się oddał jako założyciel redemptorystów, wymagała męstwa. „Niełatwo być świętym” – napisał we wstępie do jego biografii profesor CollÝge de France – Jean Delumeau, „niełatwo zerwać ze świetnym towarzystwem, pójść wbrew woli ojca, dyskutować ząb za ząb z Kościołem i państwem, a przede wszystkim walczyć z samym sobą. Alfons miał charakter wybuchowy i autorytatywny. Ale przezwyciężył się dzięki postom, umartwieniom, pracy, ograniczaniu snu, tak że widziano go najczęściej z 'obliczem anielskim… łagodnego, wesołego, życzliwego'”.


Madonna od Wykupu


W Neapolu dzieciństwa i młodości św. Alfonsa działało bardzo żywo bractwo zajmujące się zbieraniem funduszy na „wykup” niewolników. Były to czasy, gdy „wielu chrześcijan uprowadzonych z wybrzeża lub z morza, pozbawionych wolności, jęczało w krajach islamu. Istniało nadal niebezpieczeństwo barbarzyńskich napadów na marynarzy i ludność nadbrzeżną, zwłaszcza na wyspach zatoki. Neapolitańczycy (…) składali ogromne sumy dla 'wykupu’ (redenzione, mercede) swych braci pozbawionych wolności i zagrożonych w wierze”. Bractwo miało swój kościół i salę zebrań pod patronatem „Madonny della Mercede”. Jego opiekunem był przyjaciel rodziny, Francesco de Geronimo, „Właśnie dlatego, że był 'ojcem’ muzułmańskich galerników, lepiej rozumiał nieszczęście chrześcijan zniewolonych w Afryce Północnej”. Jego zapał udzielił się rodzinie Liguorich, kościół Santa Maria della Mercede czekał na nich o chwilę drogi od domu. Alfons w dzieciństwie polubił to najbliższe sanktuarium maryjne i zawsze, gdy już jako biskup przybywał do Neapolu, odwiedzał Madonnę od Wykupu. Nosił przy sobie stale jej wizerunek. „To Ona – zwierzył się kiedyś rektorowi świątyni – „Ona mnie wyzwoliła ze świata”.

– Wszystkie cytaty za: ThÝodule Rey-Mermet CSsR: „Alfons Liguori. Święty wieku Oświecenia”. Wyd. OO. Redemptoryści – Warszawa 1987.

drukuj