Poznajemy po owocach

Półmetek kadencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Jan Maria Jackowski

„Moim programem jest program wielkiej naprawy i przebudowy polskiego państwa i całego życia publicznego”

Lech Kaczyński, 28 sierpnia 2005 roku

To prawda, że półmetek prezydentury to za wcześnie, by w pełni ocenić sprawowanie najwyższego urzędu w państwie przez obecnego prezydenta. Można jednak wskazać charakterystyczne trendy i tendencje jego stylu sprawowania mandatu pierwszego obywatela. Jedni wynoszą Lecha Kaczyńskiego pod niebiosa i twierdzą, że jest najlepszym prezydentem po 1989 roku, inni z kolei go krytykują. Sceptycy powiadają, że pokazał już, co potrafi, zwolennicy – że dopiero się rozkręca. To trochę jak z optymistą i pesymistą. Pesymista zauważy: jak ten czas leci, minęła już, niestety, połowa tego roku; optymista powie: przed nami jeszcze aż połowa roku. Tyle że, jak to w życiu bywa, pesymista to nierzadko dobrze poinformowany optymista…

Apologeci prezydentury chwalą Lecha Kaczyńskiego za jego aktywność w polityce zagranicznej, za aktywność ustawodawczą, za politykę historyczną i przywracanie pamięci historycznej, za to, że – w przeciwieństwie do swego poprzednika – nie chwiał się nad mogiłami polskich bohaterów. W ocenie prezydenckiego ministra Michała Kamińskiego, prezydent miał „aktywny udział w tonowaniu konfliktów społecznych w kraju”. W tym kontekście wyliczył kwestie dotyczące służby zdrowia, górników, interwencję prezydenta na Śląsku. Jego zdaniem, prezydent zrobił „bardzo dużo” także w kwestiach związanych z bezpieczeństwem energetycznym Polski.

Krytycy Lecha Kaczyńskiego podkreślają, że dzieli, a nie łączy Polaków, i zarzucają mu stronniczość partyjną, że jest „prezydentem PiS”. Wytykają gafy i niezręczności, konflikty ambicjonalne, przeczulenie na własnym punkcie, obrażanie się, mściwość, nieumiejętność nawiązania bezpośredniego kontaktu z Polakami, sztywność, brak zdolności oratorskich. Zwracają uwagę, że prezydenta obciąża wizerunek jego nieprofesjonalnej kancelarii, a prezydentura jest pełna niespodziewanych zwrotów, chaosu i braku jasnego kierunku działania. Nieoczekiwanie są odwoływane wizyty i spotkania, a decyzje w ważnych sprawach dla Polski, jak tarcza antyrakietowa, są ogłaszane poza jej granicami. Oczywiście głosy „za” lub „przeciw” w wielu wypadkach zależą od przynależności partyjnej. Politycy Prawa i Sprawiedliwości chwalą Lecha Kaczyńskiego, przedstawiciele PO i SLD, a niekiedy PSL, go krytykują.

22 czerwca – uchodzące w oczach przedstawicieli koalicyjnej za „propisowskie” – „Wiadomości” TVP przedstawiły sondaż przeprowadzony przez SMG/KRC na zlecenie telewizji. Według niego, 59 proc. Polaków źle ocenia prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Dobrą notę wystawiło prezydentowi 39 proc. badanych. Zdania w tej sprawie nie miało 2 proc. ankietowanych. Podobnie kształtowały się proporcje odpowiedzi na pytanie, czy Lech Kaczyński ma szansę na reelekcję. Twierdząco odpowiedziało 36 proc. respondentów. 57 proc. pytanych uznało, że obecny prezydent nie ma szans na ponowny wybór; 7 proc. ankietowanych nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie. Proporcje tego sondażu są w pewnym sensie odwrotnością wyborów prezydenckich 2005 roku. Wówczas na Lecha Kaczyńskiego oddano 54,04 proc. ważnych głosów przy frekwencji 50,99 proc., a Donald Tusk uzyskał 45,96 proc. poparcia. Według przeprowadzonych tuż po wyborach badań, ze zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego 51 proc. respondentów było ucieszonych, a 37 proc. – niezadowolonych.


Obietnice i zobowiązania


Podsumowania i oceny z okazji półmetka kadencji zostały przysłonięte przez książkę o związkach Lecha Wałęsy z SB, która wywołała burzliwą debatę i koncentrowała uwagę opinii publicznej na ocenie roli byłego prezydenta w najnowszych dziejach Polski. Stąd być może stosunkowo niewiele było komentarzy poświęconych dotychczasowym 913 dniom prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Szczególnie tych dotyczących jego udziału w polityce krajowej i aktywności w sprawach społeczno-gospodarczych, o których tak wiele sam mówił w trakcie kampanii prezydenckiej 2005 roku. 28 sierpnia 2005 roku została opublikowana „Deklaracja wyborcza” Lecha Kaczyńskiego zatytułowana „Silny prezydent, uczciwa Polska”. W tym obszernym i ważnym dokumencie ideowo-programowym zostało zawartych szereg obietnic i zobowiązań wyborczych. Warto niektóre z nich przytoczyć w połowie tej kadencji.

„Już na początku kadencji przedłożę projekty pięciu ustaw, których uchwalenie pozwoli na przywrócenie elementarnych zasad funkcjonowania niepodległego, uczciwego i sprawiedliwego państwa. Będą to projekty:

1. Ustawy o bezpieczeństwie państwa, tworzącej podstawy dla zapobiegania uzależnieniu Polski w sferze energetycznej i innych ważnych sferach, zobowiązującej organy bezpieczeństwa do stałego monitorowania tych kwestii i regularnego informowania o sytuacji prezydenta RP, rządu i Sejmu, a w możliwym zakresie także opinii publicznej.

2. Ustawy o umocnieniu nadzoru nad przestrzeganiem praw pracowniczych, która przywróci Ministerstwo Pracy i podporządkuje Państwową Inspekcję Pracy rządowi, czyniąc go jednocześnie odpowiedzialnym za ewentualne naruszanie praw pracowniczych. W obecnej sytuacji, gdy Państwowa Inspekcja Pracy podporządkowana jest Sejmowi, a Ministerstwo Pracy nie istnieje, za nadużycia w tej dziedzinie nie odpowiada w istocie nikt, co prowadzi bardzo często do powstawania sytuacji skandalicznie niesprawiedliwych.

3. Kolejną ustawą będzie nowy kodeks karny uchwalony już kiedyś przez Sejm i zawetowany przez prezydenta Kwaśniewskiego.

4. Ustawa czwarta to ustawa o powołaniu Komisji Prawdy i Sprawiedliwości, tj. specjalnej komisji śledczej, mającej prawo dotarcia do najtajniejszych zasobów informacyjnych policji, służb specjalnych i innych organów państwa, która ma ostatecznie wyjaśnić wielkie afery III Rzeczypospolitej i pokazać prawdę o mechanizmach życia gospodarczego i publicznego w tym okresie, m.in. wyjaśnić sprawę przyczyn wieloletnich zaniechań w walce az przestępczością zorganizowaną.

5. Ustawa o zapobieganiu niedożywieniu dzieci, która ma doprowadzić do zniesienia największej hańby III Rzeczypospolitej, jaką jest występujące szeroko zjawisko głodu wśród dzieci. (…)

Jestem przekonany, że jako prezydent RP jeszcze poważniejszą rolę mogę odegrać w trudnym procesie tworzenia podstaw nowej polityki gospodarczej, a szczególnie społecznej zgody wokół tego programu. Pełne przygotowanie projektu tej polityki wymaga dokonania przeglądu sytuacji gospodarczej, sytuacji poszczególnych branż, a także sytuacji społecznej, czyli stanu, w jakim znalazły się poszczególne grupy, z jakich składa się nasz Naród. Jako głowa państwa zainicjuję działania zmierzające do przygotowania raportu o stanie gospodarki i stanie społeczeństwa polskiego. (…)

Drugim zadaniem o szczególnej wadze, którego chcę się podjąć, jest doprowadzenie do zawarcia nowej umowy społecznej, czyli aktu, który będzie określał zobowiązania państwa wobec różnych grup społecznych. Wymaga to przeprowadzania rozmów z reprezentantami tych grup, zorganizowania także wzajemnych kontaktów. Jestem przekonany, że moje przygotowanie zawodowe, doświadczenie polityczne i społeczne, a także doświadczenie życiowe pozwoli mi na skuteczne przeprowadzenie tego niełatwego przedsięwzięcia. Jest ono konieczne, jeśli chcemy bez wstrząsów i przy społecznym poparciu większości wcielać w życie politykę zmierzającą do zapewnienia w Polsce miejsc pracy, jako zasadniczej przesłanki pozytywnej zmiany społecznej (dość powiedzieć, że mamy największe w Unii Europejskiej bezrobocie, a bezrobocie wśród młodzieży wynosi 40%, co trzeba określić jako społeczną katastrofę), zapewnić perspektywy polskiej rodzinie, tzn. poza perspektywą pracy perspektywę mieszkania nawet przy niższych niż średnie dochodach, przyzwoitą opiekę zdrowotną, oświatę dającą perspektywę zdobycia użytecznego doświadczenia, niezależnie od miejsca urodzenia, perspektywy dla wsi i małych miast, wreszcie możliwości bezpiecznego poruszania się, tj. budowę dróg i autostrad, co w kraju wielkości Polski jest też jednym z warunków przyspieszenia rozwoju gospodarczego. Polityka ta wymaga także stworzenia przesłanek dla wykorzystania wielkiego potencjału intelektualnego naszego społeczeństwa, czyli tworzenia gospodarki opartej o wiedzę. (…)

Jednym z zadań prezydenta RP jest ratyfikacja umów międzynarodowych, przy czym ma on prawo zwracać się do Trybunału Konstytucyjnego o ustalenie zgodności ratyfikowanej umowy z Konstytucją. Stojąc na stanowisku jednoznacznego prymatu konstytucji RP nad wszystkimi innymi elementami porządku prawnego, będę korzystał z tego uprawnienia, nie dopuszczając do naruszeń polskiej suwerenności i praw polskich obywateli. (…)

Moim programem jest program wielkiej naprawy i przebudowy polskiego państwa i całego życia publicznego, określany dziś jako program budowy IV Rzeczypospolitej. Plan ten konkretyzuje się w sposób właściwy dla sił politycznych, które pragną utworzyć rząd w programie mojej partii – Prawa i Sprawiedliwości. W sposób określony przez konstytucyjne uprawnienia prezydenta zabiegać będę o to, by uzyskał on akceptację większości parlamentarnej i poparcie społeczne”.


Znaki zapytania


Każdy Czytelnik zapewne będzie miał własną opinię na temat, czy dotychczasowy przebieg prezydentury wskazuje, że mamy do czynienia z przełomem. Ile z przytoczonych zobowiązań i obietnic przedwyborczych zrealizowano? Czy zostały sprzedane, co szumnie zapowiadano, prezydenckie ośrodki wypoczynkowe, czy odchudzono zatrudniającą kilkaset osób kancelarię i wprowadzono oszczędności w jej kilkusetmilionowych wydatkach? Czy powstała Komisja Prawdy i Sprawiedliwości, czy jest ustawa o bezpieczeństwie energetycznym kraju, ustawa o umocnieniu nadzoru nad przestrzeganiem praw pracowniczych, czy powstała umowa społeczna, która określa zobowiązania państwa wobec różnych grup społecznych? Czy prezydent skierował do Trybunału Konstytucyjnego ewidentnie ograniczający suwerenność Polski traktat lizboński?

Trzeba nadmienić, że pierwsze dwa lata prezydentury upłynęły pod znakiem formowanej przez PiS koalicji rządowej i związanej z prezydentem większości parlamentarnej, zatem, poza zmianą Konstytucji, w sytuacji wymarzonej do przeprowadzenia zapowiadanych przez liderów PiS zmian i budowy IV RP. Dziś, po przeprowadzonych z inicjatywy Lecha i Jarosława Kaczyńskich przedterminowych wyborach, gdy premierem jest Donald Tusk, a rząd sformowała koalicja PO – PSL traktująca prezydenta jako przeciwnika, wiele z zapowiedzi nie ma już szans na realizację.

Na prezydenturę Lecha Kaczyńskiego jako prezydenturę zawiedzionych nadziei patrzą nie tylko przeciwnicy polityczni i ideowi „projektu IV RP”. Również część środowisk patriotycznych, konserwatywnych, chrześcijańskich, narodowych, solidarnościowych ocenia ją sceptycznie. Jeżeli chodzi o tak chwaloną przez niektórych politykę historyczną, to jest ona według nich prowadzona selektywnie. Z wypowiedzi i działań Lecha Kaczyńskiego przebija niechęć, a przynajmniej dystans do akcentowania pozytywnego dorobku myśli narodowej i wybitnych przywódców tego obozu, który miał obiektywne zasługi w dziele powstania niepodległego państwa polskiego po I wojnie światowej.

Kilka dni temu media obiegła informacja o podyktowanym „polityczną poprawnością” wycofaniu patronatu prezydenta Lecha Kaczyńskiego nad uroczystościami upamiętniającymi 65. rocznicę rzezi wołyńskiej, czyli apogeum bestialskiego wymordowania przez ukraińskich oprawców przynajmniej 60 tys. Polaków. W czasach, gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy, niechętny był upamiętnieniu KL Warschau, a w okresie pełnienia przez niego funkcji ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka wstrzymał pod naciskiem międzynarodowym ekshumację w Jedwabnem, co umożliwiłoby pełniejsze wyjaśnienie tej tragedii.

Najbardziej znaną inicjatywą ustawodawczą Lecha Kaczyńskiego była ustawa lustracyjna. W październiku 2006 roku, po wielotygodniowych przepychankach w Sejmie, dzięki determinacji grupy młodych posłów z PiS, LPR i PO została uchwalona nowa ustawa lustracyjna. Wzbudziła ona ogromne emocje, gdyż bardzo szeroko otwierała dostęp do archiwów IPN. Wprowadzała powszechne prawo („każdy ma prawo”) ubiegania się o wydanie urzędowego potwierdzenia w przedmiocie istnienia w archiwach IPN dokumentów organów bezpieczeństwa państwa dotyczących własnej osoby oraz obowiązek przedłożenia takiego potwierdzenia przy ubieganiu się o pełnienie funkcji publicznych. Każdy obywatel uzyskał prawo dostępu do informacji zawartych w informatycznej bazie zaświadczeń rejestru, a powszechny dostęp miał być zapewniony poprzez internet z wyjątkiem danych adresowych i numeru PESEL. Ustawa lawinowo poszerzyła krąg osób objętych lustracją z ok. 25 tys. do kilkuset tysięcy. Według październikowej regulacji, badane dotąd przez rzecznika interesu publicznego i Sąd Lustracyjny oświadczenia osób publicznych miały być zastąpione zaświadczeniami IPN o zawartości archiwów tajnych służb PRL, które dana osoba mogłaby zaskarżać w procedurze cywilnej. Ustawa nakładała też obowiązek opublikowania osobowych źródeł informacji (OZI) peerelowskich służb specjalnych.

Ustawa wywołała gwałtowną dyskusję. W debacie publicznej podnoszono między innymi argument, że w świetle ustawy z października 2006 roku bardzo ważny członek rządu PiS – wicepremier Zyta Gilowska, byłaby uznana za osobowe źródło informacji SB. Zwrócił na to uwagę w bezprecedensowym uzasadnieniu Sąd Lustracyjny, który co prawda oczyścił Zytę Gilowską z zarzutu rzecznika interesu publicznego, że skłamała w swoim oświadczeniu lustracyjnym, ale stwierdził też, co zastanawiające, iż nie ma jednoznacznych dowodów, z których by wynikało, czy była, czy nie była tajnym współpracownikiem SB. Fala krytyki, którą wywołała ustawa – zarówno w kręgach przeciwników lustracji, jak i osób deklarujących się jako jej zwolennicy, ale zarzucających lustracji nieprecyzyjność definicji i procedur oraz likwidację instytucji weryfikowanego przez rzecznika interesu publicznego i sąd oświadczenia lustracyjnego – skłoniła prezydenta Lecha Kaczyńskiego do zaproponowania nowelizacji ustawy lustracyjnej. Miała ona być tak szybko przeprowadzona przez parlament, aby ustawa październikowa (mająca obowiązywać od marca 2007 r.) nie mogła wejść w życie.

W projekcie prezydenckim określonym mianem „kompromisowego” przywrócono oświadczenia lustracyjne, ale, niestety, nastąpiło odejście od zasady jawności archiwów IPN. Dostępność teczek została drastycznie ograniczona jedynie do wąskiego kręgu osób sprawujących najwyższe funkcje publiczne, co w ocenie przedstawiciela IPN stanowiłoby „jedynie namiastkę jawności potrzebnej w tym zakresie”. Funkcje publiczne podległe lustracji ustawa dzieliła na dwie grupy. W pierwszej grupie, której teczki są jawne dla wszystkich, znajdują się: prezydent, parlamentarzyści, osoby pełniące najważniejsze funkcje w państwie, wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast, prezesi sądów, szefowie prokuratur, szefowie mediów. W drugiej kategorii osób – które mogą zastrzec powszechny dostęp do ich teczek – są pracownicy samorządów, IPN, sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcy prawni, notariusze, naukowcy, szefowie państwowych spółek, dyrektorzy szkół, szefowie związków sportowych oraz dziennikarze. Możliwość korzystania z archiwów IPN została ograniczona jedynie do dziennikarzy i historyków. Stworzono zatem ustawowe ramy reglamentowania wiedzy o przeszłości osób sprawujących funkcje publiczne, co stwarzało możliwość manipulowania informacjami o zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej.

Ustawa prezydencka wstrzymała wykonanie ustawy sejmowej z października 2006 roku, która z kolei zastąpiła ustawę z 1997 roku. Jednak nowela prezydencka została zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny, co było do przewidzenia. Efekt jest taki, że obecnie, mimo że w okresie 2005-2007 była większość sejmowa sprzyjająca lustracji i był prezydent będący jej zwolennikiem, lustracja w Polsce faktycznie została zlikwidowana.

Wiele do myślenia daje tak zwana sprawa ks. abp. Stanisława Wielgusa, czyli doprowadzenie przez czynniki świeckie do zakwestionowania decyzji Benedykta XVI i rezygnacji biskupa z objęcia jednej z najważniejszych metropolii w Polsce. Maciej Łopiński, rzecznik prezydenta, pytany o kulisy sprawy w godzinach porannych 7 stycznia 2007 roku (a więc jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem o rezygnacji ks. abp. Wielgusa) powiedział PAP zagadkowo, że „ostatnio toczyły się liczne poufne rozmowy między stroną państwową, m.in. Kancelarią Prezydenta, a stroną kościelną”. Kiedy jednak zaczęły się pytania o konkordat, który gwarantuje Stolicy Apostolskiej całkowitą autonomię i niezależność od państwa przy obsadzie biskupstw, minister zaczął się wycofywać z wcześniejszych słów. Faktem też jest, że wszyscy oglądający transmisję Mszy św. z archikatedry św. Jana mogli zobaczyć głowę państwa klaszczącą, gdy ks. abp Stanisław Wielgus odczytał swoją rezygnację z urzędu metropolity warszawskiego. Wiele osób wierzących i obywateli Rzeczypospolitej zabolało, że prezydent RP zachował się jak strona w konflikcie.


Bez złudzeń


Lech Kaczyński umiejętnie odwołuje się do retoryki patriotycznej, niepodległościowej i katolickiej. Jednych to cieszy, innych pobudza do refleksji, na ile jest to autentyczne, a na ile instrumentalne i służy zneutralizowaniu katolickiej opinii publicznej. Sceptycy z obozu patriotycznego mniej lub bardziej głośno mówią, że jest nie do końca określony. Gdyby dobrze jednak znali poglądy prezydenta, tradycję, do której się odwołuje, i jego wypowiedzi oraz działania z przeszłości, nie byliby zdziwieni czy zawiedzeni. Lech Kaczyński po prostu jest sobą, robi to, do czego skłaniają go jego poglądy. Natomiast jego krytycy z prawej strony, sceptycznie oceniając prezydenta, odnoszą się do swoich wyobrażeń o prezydencie i swoich oczekiwań od głowy państwa, która jest kim innym, niż oni myślą.

Nie jest tajemnicą, że Lech Kaczyński w swoich poglądach jest mniej prawicowy od Jarosława Kaczyńskiego i mniej prawicowy od twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. W latach 90. ze swoimi poglądami umiejscawiał się w centrowym skrzydle ówczesnej Unii Wolności, do której jednak nigdy nie należał. To, co go odróżniało, to konsekwentne poglądy niepodległościowe oraz antykomunistyczne i opowiadanie się za lustracją, co spowodowało, że uznano go za „prawicowca”. Jednak w obszarze gospodarczym oraz w takich kwestiach jak własność prywatna czy reprywatyzacja to, co głosił i głosi, bardziej go lokuje w obszarze centrolewicowym. Na początku lat 90. miał niejasny stosunek do ustawowej ochrony życia ludzkiego od poczęcia. Gdy w Senacie I kadencji u progu lat 90. miało się odbyć głosowanie nad projektem legislacyjnym chroniącym ludzkie życie – w przeciwieństwie do brata Jarosława, który głosował „za”, Lech Kaczyński w nim nie uczestniczył, choć tego dnia był obecny w Senacie. Słynne spotkanie z kobietami 8 marca 2007 roku w Pałacu Prezydenckim bez zaproszenia środowisk rodzinnych i pro-life nie powinno zatem dziwić.

Koronną specjalnością Lecha Kaczyńskiego jest polityka historyczna, a więc działanie polegające na interpretowaniu przeszłości w perspektywie bieżących celów politycznych. Przy czym – odnosząc się do historii II Rzeczypospolitej – preferowana jest tradycja niepodległościowo-sanacyjna uzupełniona zręczną i bardzo wybiórczą adaptacją niektórych wątków narodowych, co ma sprawiać wrażenie tworzenia pewnej syntezy idei państwowej Józefa Piłsudskiego z ideą narodową stworzoną przez obóz Romana Dmowskiego. Należy pamiętać, że po śmierci Marszałka w 1935 roku obóz sanacyjny idee Józefa Piłsudskiego doprowadził do pewnej karykatury. Stanisław Michalkiewicz w opublikowanym na swojej stronie internetowej tekście opatrzonym wymownym tytułem „W mocy i bezsilności” trafnie zauważył: „pod koniec dwudziestolecia międzywojennego pojawiła się zdegenerowana postać mesjanizmu w postaci 'mocarstwowości’. 'Mocarstwowość’ była pod pewnym względem bardzo podobna do udawanego sarmatyzmu epoki saskiej i stanisławowskiej. Tamten stanowił jedynie rodzaj parawanu dla jurgieltników [sprzedawczyków], podczas gdy 'mocarstwowość’, polegająca na napinaniu cudzych muskułów (w tym przypadku – Wlk. Brytanii i Francji), w gruncie rzeczy wprzęgała Polskę w służbę interesów tych państw, kosztem własnego interesu państwowego – co skończyło się na Jałcie, stanowiącej pewną analogię do rozbiorów”. Czy dziś też nadmiernie nie liczymy na jedno potężne mocarstwo, które ma być lekiem na nasze problemy?

Niektórzy publicyści już w 2005 roku porównywali Lecha Kaczyńskiego do Józefa Piłsudskiego. Kult silnego państwa (oparty na wywodzącej się z oświecenia lewicowej idei etatystycznej z nieufnymi wobec obywateli „komisarzami Republiki” kontrolującymi całokształt życia publicznego), lewicujące koncepcje społeczne, dążenie do podporządkowania Kościoła celom państwa, poza wyrazistego przywództwa, nieprzekraczalny dogmat nieomylności ścisłego kierownictwa, polityka zagraniczna przedstawiana na forum wewnątrz krajowym w stylistyce „nie oddamy guzika” (jak choćby szumnie zapowiadany sprzeciw wobec konstytucji europejskiej, dziś sprowadzony do zapisu o Joaninie, co w świetle zagrożeń związanych z traktatem lizbońskim jest chwytem propagandowym na wewnętrzny użytek), mesjanizm i naiwność w polityce zagranicznej, dogmatyczny federalizm, antyrosyjskość i specyficzna proniemieckość, która ustawia nas na pozycjach między młotem a kowadłem, to czytelne reminiscencje historyczne.

Wybory parlamentarne 2005 roku zostały wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość. Stało się to dzięki milionowym rzeszom polskich katolików zatroskanych o dobro wspólne i słuchających Radia Maryja. Dzięki tym samym głosom prezydentem RP został Lech Kaczyński. Przypomnijmy sobie, z jakim programem i hasłami to środowisko polityczne – z którym wiązano takie nadzieje – szło do wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Przypomnijmy sobie wreszcie, jakie były obietnice i jakie podjęto zobowiązania. Ewangeliczne „po owocach ich poznacie”, skłania dziś wielu wyborców do refleksji i zadumy.

drukuj