Powrót nadziei

– Nie dojechali. Nie wrócił, potrącony przez pijanego kierowcę nie miał szans. – Proszę pani, to nowotwór, ma pani 3 miesiące życia przed sobą, może pół roku. – Pana syn zginął w wypadku… Ktokolwiek musiał kiedyś przekazywać takie informacje, wie, jak bardzo w gardle więzną wtedy słowa. I ile pytań się rodzi, ile żalu i buntu wzbiera w pijanej rozpaczą duszy. – Dlaczego to tak jest? Dlaczego umierają niewinni? Giną dzieci? Wpadają w przepaść pielgrzymi? Oni przecież dla Niego wyruszyli – a On nie pozwolił im powrócić.



Jak zaprzyjaźnić się ze śmiercią? Wszak to cząstka życia. Jak przerwać kamienny krąg niezrozumienia, poza którym jest już tylko cierpienie, absurd i pustka? Wreszcie – jak pomóc tym, których śmierć dotknęła bezpośrednio, przetrwać żałobę, towarzyszyć w cierpieniu, jak pomóc przetrwać ten trudny czas, by nawet i z niego zrodziło się dobro?

Nie jest to łatwe zadanie. Współczesna cywilizacja konsumpcyjna śmierć okrywa całunem milczenia. Albo czyni ją zabawą, rozrywką. Jesteśmy coraz mniej przygotowani do właściwego jej przeżywania. A gdy się doda do tego zagubienie wiary, która w naturalny sposób wydłuża ludzką nadzieję, pozostaje pustka i rozpacz. „Współczesny człowiek – pisze Erich Fromm w książce „Zdrowe społeczeństwo” – wykazuje zadziwiający brak realizmu we wszystkich ważnych sprawach, w kwestii sensu życia i śmierci, szczęścia i cierpienia, uczucia i poważnego myślenia. Zarzucił zasłonę na całą rzeczywistość ludzkiego istnienia i zastąpił je sztucznym, upiększonym obrazem pseudorzeczywistości, całkiem jak dzikus, który traci swoją ziemię i wolność za błyszczące szklane paciorki”. Skutkiem tego jest zupełna bezradność wobec ludzkich tragedii, czego przykład dają przekazy medialne choćby nawet z ostatnich wydarzeń. Szuka się odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę odpowiedzi nie ma, albo nie leży w ludzkiej gestii możliwość ich udzielenia. Tymczasem my nie znamy planów Bożych. Wiemy, że On nie chce śmierci, bólu, cierpienia. Wiemy, że obdarował nas wolnością, która w połączeniu z ludzką niedoskonałością, czasem wręcz lekkomyślnością, skutkuje różnymi tragediami. Wiemy też, że w Nim śmierć nabrała nowego wymiaru – została pokonana przez Jezusa Chrystusa. Może ktoś zarzucić: – To teologia, puste słowa. A tu chodzi o życie, o obecność kogoś, kogo braku nic i nikt nie będzie w stanie wypełnić. Ale właśnie po to Bóg stał się człowiekiem, aby obietnice stały się realną rzeczywistością. I aby nie było lęku.


Opłakiwanie


Poznanie symptomów i zrozumienie przebiegu całego procesu żałoby jest dlatego tak ważne, że sprzyja redukcji lęku, który budzi zupełna utrata kontroli nad własnym życiem, smutnymi wydarzeniami. Opłakiwanie straty bliskiej osoby to niesłychanie długi, żmudny i bolesny proces. Drogi tej nie można pokonać w ekspresowym tempie. Nie ma dobrego lub złego sposobu przeżywania tego rodzaju cierpienia, każdy robi to na swój własny sposób. Każdy ma prawo płakać po bliskiej osobie tak długo, jak jest mu to potrzebne. A także popełniać błędy – czasem załamywać się, ronić łzy, stawiać pytania…

Można wyodrębnić 5 faz przeżywania żałoby – procesu wewnętrznego uzdrowienia. Mogą one mieć różną długość, niektóre z nich mogą być bardziej odczuwalne, inne mniej, czasem może dojść do cofnięcia się ku fazie poprzedniej i jej symptomom. Niektóre fazy się na siebie nakładają. Znajomość poszczególnych etapów, zarówno osobie przeżywającej żałobę, jak i osobom towarzyszącym, może pomóc lepiej określić siebie, etap, na jakim się aktualnie znajdują.

Faza I to szok. Jej symptomy to niedowierzanie, wewnętrzny zamęt, wzburzenie, bezradność, psychologiczne dystansowanie się. Fakt śmierci jest zbyt świeży, aby się z nim pogodzić. Dźwięczy uparcie zdanie: „To nieprawda, on żyje, wróci zaraz, to mi się tylko śni”. Etap ten mija zwykle po kilku dniach, tygodniu, dwóch. Ale zdarza się, że trwa nawet rok. Na początku może mu towarzyszyć krzyk, rozpacz. Później przychodzi „skamienienie”. Bodźce zewnętrzne zdają się nie docierać, codzienne obowiązki są wykonywane na zasadzie automatu. Pojawia się wewnętrzny zamęt. Wydarzenia pogrzebu obserwuje się jakby z zewnątrz, jak film oglądany w telewizji, który się za chwilę skończy i wszystko będzie jak dawniej. Ze stoickim spokojem i wewnętrzną ciszą. Wycofując się, organizm broni się w ten sposób przed nową sytuacją.

Faza II – uświadomienie sobie straty. Mogą się tutaj pojawić konflikty emocjonalne (wyrażane płaczem, rozpaczą), niepokój o nieokreślonych źródłach, gniew, poczucie winy.

Okres ten charakteryzuje się największą w całej żałobie zmiennością przeżywanych uczuć. Cechuje ją większa wrażliwość na to, co mówią inni, gwałtowne reakcje na ich słowa. Pojawia się strach wywołany separacją. Żadne miejsce nie jest dobre. Przychodzi także poczucie winy, w małżeństwie może to skutkować wzajemnymi oskarżeniami. Czasem przychodzi też bunt, negacja – przeciwko Panu Bogu: „Jak mogłeś?! Ciebie nie ma! To kłamstwo, że jesteś miłością!”. Także bunt przeciwko innym osobom. Pojawia się poczucie samotności i rozpaczy. Krzyk pochłania bardzo dużo energii. Aż w końcu przychodzi chwila, że siły się kończą. Zaczyna się wycofywanie z życia i kontaktu z innymi ludźmi.

Faza III – Wycofywanie się, depresja. Pojawia się zmęczenie, wewnętrzna pustka. Są one konsekwencją minionej wewnętrznej walki. Człowiek już nie potrafi krzyczeć – nie ma na to siły. Może przyjść też pokusa, aby się odizolować od innych, zamknąć w swoim świecie i wykrzyczeć wszystkim wokół: „Dajcie mi święty spokój!”. System odpornościowy słabnie – mogą nawet pojawiać się myśli samobójcze, chęć topienia smutku w alkoholu. Etap ten może trwać bardzo długo, czasem wiele miesięcy, ponieważ fizyczne i emocjonalne postawy obronne zostały poważnie osłabione. Człowiek jest pełen rozpaczy, choć nieokazywanej już w sposób tak radykalny. Ogromną rolę we właściwym przeżyciu tego etapu odgrywa wiara. Może on być też krótszy dzięki ludziom, którzy są blisko, i dzięki zewnętrznym znakom żałoby.

Faza IV – Powracanie do wewnętrznej równowagi. Charakteryzuje się tworzeniem nowej tożsamości. Pojawia się przebaczenie, rany powoli się zabliźniają, pamięć nie jest już źródłem cierpienia, pojawia się też poszukiwanie znaczenia śmierci. Na tym etapie dokonuje się również pojednanie z Bogiem (jeżeli wcześniej było Jego odrzucenie), pojawiają się plany na przyszłość, akceptacja nieobecności kochanej osoby. Może zdarzyć się jednak remisja – na skutek jakichś bodźców, powrót do III fazy, ale ma ona już tylko znaczenie epizodyczne. Po stanie wewnętrznej „hibernacji” osoba w żałobie zaczyna odzyskiwać powoli kontrolę nad swoim życiem. Wzmocnieniu podlegają więzy rodzinne. Przychodzi przebaczenie.

Faza V – Odnowa. Jest to kres żałoby. Pojawia się zainteresowanie problemami codzienności, aktywny kontakt ze światem, zajęcie się sobą, powrót radości życia. Rodzice uczą się życia bez dziecka. Nie jest to równoznaczne z powrotem do sytuacji sprzed pogrzebu, bo jest to niemożliwe. Dochodzi raczej do powstania zupełnie nowej tożsamości. Często też rodzice zaczynają się angażować w wolontariat, pomoc innym – zaczynają żyć dla innych, realizując w ten sposób swoje wewnętrzne potrzeby.


Znaczenie rytuału


Każda z kultur, społeczności wytworzyła sobie właściwy sposób przeżywania straty po zmarłej osobie. Ustalono nawet ramy czasowe takich zachowań, zewnętrzne znaki – w naszej kulturze jest to kolor czarny stroju bądź jednego z jego elementów, ewentualnie czarna wstążka aksamitka na kołnierzu, może to być także sztandar przewiązany żałobnym kirem, flaga opuszczona do połowy masztu. Wprowadzono pewną ascezę w korzystaniu z zabawy, tańca. Wszystko to ma głęboki sens. Okazuje się, że rytuały są bardzo ważne. Potrzebne są zewnętrzne znaki, ponieważ pozwalają zaakceptować przemijanie, zranioną odejściem miłość, pogodzenie się ze śmiercią.

Odnowione po Soborze Watykańskim II obrzędy pogrzebowe sugerują, by podtrzymywać miejscowe zwyczaje pogrzebowe, wśród których wymienia się m.in. czuwanie w domu zmarłego, gromadzenie się rodziny, jak również całej lokalnej społeczności na modlitwie za jego zbawienie. Zwyczaj nocnego czuwania po zmarłym nazywano kiedyś „pustą nocą”. W wielu miejscach dziś jeszcze w modlitewnym czuwaniu przy zmarłym pomagają tzw. śpiewacy zapraszani na modlitwę do domu żałoby. Ludzie ci stanowili niegdyś wyodrębnioną grupę w lokalnej społeczności. Mieli silne, piękne głosy, nieposzlakowani pod względem moralnym cieszyli się powszechnym szacunkiem. Dawniej modlono się przez trzy noce, czasami (z braku odpowiedniego pomieszczenia) przez dwie lub tylko przez jedną noc. Modlitwę kończono o godz. 6.00 nad ranem. Obecnie kończy się ona zwykle przed północą. Śpiewano trzy części Różańca do Imienia Jezus, następnie takąż litanię. Po posiłku przygotowanym przez rodzinę zmarłego, zazwyczaj już nad ranem, śpiewano Godzinki i Koronki za zmarłych. Śpiewy ustawały wraz z przybyciem kapłana. Jako ostatnią śpiewano pieśń pożegnalną „Już idę do grobu smutnego, ciemnego”. Zmarły żegnał w niej swoich rodziców, rodzeństwo, męża (żonę), dzieci, całą rodzinę, przyjaciół. Dziękował sąsiadom, którzy przyszli na jego pogrzeb. Bogu polecał rodzinę, prosił o pomyślność dla życzliwych mu ludzi. Wypowiadał też prośbę, aby życzono mu wiecznego pokoju i nie zapominano o nim, o jego duszy. To wszystko miało wymiar na wskroś terapeutyczny. Było też naturalnym wejściem w okres żałoby.


Jak pomóc?


Po prostu być. Nie uciekać. Nie bać się łez, wspomnień, pytań bez odpowiedzi.

Bezsensownie brzmią „pocieszenia” w postaci: „Nie przejmuj się, jakoś to będzie”, „Przyzwyczaisz się”, „Głowa do góry!”. Boli wtedy jeszcze bardziej, bo nie kryje się za nimi troska, a często jedynie ucieczka, chęć oddalenia czy spłycenia problemu. Są ludzie, którzy wybierają inną taktykę: po prostu uciekają na drugą stronę ulicy, widząc znajomego czy znajomą w czerni. Rodzi się w nich lęk: – A co będzie, jeśli się rozpłacze? Co wtedy powiedzieć, jak zareagować?… W domu żałoby milkną telefony, krąg przyjaciół zawęża się, wokół robi się jeszcze bardziej pusto. Niektórzy zdają sobie sprawę z banalności słów, które mogliby ofiarować, dlatego nie ryzykują – dla własnego spokoju i z „troski” o zbolałą sąsiadkę, przyjaciela, kolegę – milkną, odsuwają się na bok. Osoby w żałobie doskonale widzą te gesty – rodzi się w nich jeszcze większy żal, poczucie wyobcowania. Sami zaczynają się usuwać na margines życia, unikać przypadkowych spotkań. I tak zamyka się krąg samotności i bezradności…

Najważniejszą rzeczą, jaką można ofiarować osobie w żałobie, jest podarowanie jej swojego czasu, cierpliwość, gotowość do wysłuchania wspomnień, przyjęcia łez, autentyzm. Więcej one znaczą niż sztuczne współczucie, napuszone zapewnienia o pamięci. Śmierci zawsze towarzyszy samotność – naszym obowiązkiem jest pomóc ją przekroczyć. Podjąć współpracę z Panem Bogiem, który pokonał śmierć w Jezusie Chrystusie. Trzeba też przezwyciężyć naturalną skłonność do pocieszania wbrew prawdzie. Podobnie – tendencję do pouczania czy korygowania postaw. Nie wolno osądzać, a tym bardziej snuć refleksji, czy jest to kara Boża, czy nie. Nie nasza to rzecz. Nie powinno się skłaniać rozmówcy do zwierzeń, jeśli on sam nie zapoczątkuje tego tematu. Czasem milczenie jest bardziej potrzebne i bardziej wymowne niż najtrafniejsze słowa. A bycie razem i modlitwa cenniejsze niż jakakolwiek ludzka pociecha.


Marcin Jasiński
drukuj