Ewangelia
Niedziela Męki Pańskiej
(Ewangelia czytana przed procesją z palmami)
Jezus ruszył na przedzie zdążając do Jerozolimy.
Gdy przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: „Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadł. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego odwiązujecie, tak powiecie: „Pan go potrzebuje”.
Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: „Czemu odwiązujecie oślę?”. Odpowiedzieli: „Pan go potrzebuje”. I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zbocza Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów poczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I wołali głośno:
„Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie.
Pokój w niebie i chwała na wysokościach”.
Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: „Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”.
Odrzekł: „Powiadam wam, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”.
Puste gesty i trudna wierność
Liturgia i nazwa dzisiejszej niedzieli – Niedziela Palmowa Męki Pańskiej – przypominają nam uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy, który miał miejsce na kilka dni przed Jego śmiercią. Ewangelia czytana przed procesją z palmami uświadamia nam jednak, że Jezusowi wcale nie sprawiają radości okrzyki i wiwaty na Jego cześć. On jest smutny. Wie, że ci sami ludzie niedługo będą wznosić okrzyki przeciwko Niemu.
Patrząc na ten obraz, zechciejmy zadać sobie pytanie o naszą stałość w kroczeniu za Jezusem. Czy potrafimy trwać przy Nim nie tylko w chwilach radości i powodzenia, ale także smutku i prześladowań? Na czym opieramy swoją wiarę? Na powierzchownych wzruszeniach i zewnętrznych gestach, czy też na czymś głębszym: na bliskiej, osobowej więzi z Jezusem? Chrystus nie chce, abyśmy zatrzymywali się tylko na tym, co zewnętrzne. Nawet najbardziej okazałe zewnętrzne oznaki przywiązania pozostaną tylko pustymi gestami, jeśli nie podąży za nimi postawa naszego nawrócenia i trudnej wierności.
„Nasza religijność jest, na ogół mówiąc, powierzchowna, ckliwa. Lud, na przykład polski, ściśle obserwuje przykazania kościelne, ale gwałci zwykle przykazania Boskie. (…) Wskutek chwiejnego charakteru narodowego i braku „zasady zasad” – religii – wynika jaskrawa niekonsekwencja we wszelkich objawach życia: nie tylko religijnego, ale politycznego, narodowego, społecznego” – tak pisał bł. ks. Ignacy Kłopotowski w 1912 r. na łamach swego dziennika „Polak-Katolik”. Czy dziś, niemal 100 lat później, słowa te nie zachowują swej smutnej aktualności? Jeśli czujemy się nimi dotknięci – to zadajmy sobie pytanie: skąd w Narodzie, chlubiącym się, że jest Ojczyzną Jana Pawła II, tyle kontrowersji wobec ochrony życia? Czemu na półkach króluje prasa kolorowa, a prasa katolicka ciągle boryka się z trudnościami? Czemu pozwalamy wpychać się w karby politycznej poprawności i fałszywego dialogu, rozumianego jako kompromis w sprawach fundamentalnych, co do których kompromisu być nie może? I na koniec pytanie najbardziej bolesne – czy nasze obchody rocznicy śmierci Jana Pawła II nie są w tej sytuacji podobne do wznoszenia okrzyków na cześć Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy? Istnieje poważne ryzyko, że wspominanie tego wydarzenia stanie się dla wielu okazją do powierzchownych wzruszeń i płynącego z nich uspokojenia sumienia. W wielu mediach, przez cały rok podających treści atakujące wiarę, usłyszymy, że Jan Paweł II to „nasz Papież”. Tymczasem nie wystarczy nazywać się pokoleniem Jana Pawła II i mówić, że się go kochało – trzeba jeszcze żyć tak, jak nauczał. A jego nauczanie zawsze wskazywało na Chrystusa i Jego Ewangelię. Zaś Chrystus nie chce okrzyków w Niedzielę Palmową. Chce, by być przy Nim i razem z Nim cierpieć w Wielki Piątek.
