Klientyzm, czyli polityka i pieniądze


Dopóki niemieckie fundacje sponsorują polskich studentów, nauczycieli języka niemieckiego, tłumaczy literatury i działaczy kultury – współpraca może być obopólnie korzystna. Problem pojawia się wówczas, gdy biorą się za sponsorowanie polityków i reinterpretację historii. Problem klientyzmu w III RP sięgał nawet foteli ministerialnych, nie mówiąc o szeregowych działaczach partii, dziennikarzach i samorządowcach.


Polska jest terenem wyjątkowo silnej ekspansji niemieckich fundacji, które poprzez swoje polskie biura prowadzą aktywną działalność edukacyjną, kulturalną, wydawniczą, fundują stypendia dla studentów, samorządowców, sponsorują wybrane programy, działalność stowarzyszeń, instytutów zajmujących się polityką, historią, integracją europejską. Ta aktywność – bardzo pożyteczna z punktu widzenia upowszechniania znajomości języka, kultury i literatury, nawiązywania kontaktów oraz zbliżenia między Polakami i Niemcami – wkracza często na delikatny grunt polityki historycznej, a nawet polityki sensu stricto. Oto np. Fundacja Boscha sfinansowała niemiecko-polski projekt badawczy pod nazwą… „WYPĘDZENIE ludności niemieckiej z Polski 1945-1947”. Na badania tej tematyki odpowiednio „ustawionej” w tytule, Seminarium Historyczne przy Uniwersytecie Warszawskim i Seminarium Wschodnioeuropejskie przy Uniwersytecie w Marburgu otrzymały w 1997 r. 109 tys. marek. Ta sama fundacja zajęła się też krzewieniem wiedzy o pozytywnej cywilizacyjnej misji zakonu krzyżackiego z Europie Środkowej i Wschodniej. Znaczną kwotę, ponad 100 tys. marek, przekazała też na budowę Muzeum Historii Żydów w Warszawie, co następująco opisała w swoim sprawozdaniu: „Na skutek masowej zagłady Żydów podczas II wojny światowej i w wyniku ANTYSEMICKICH WYSTĄPIEŃ W POLSCE w latach 1947 i 1968 skierowanych przeciwko pozostałej przy życiu ludności żydowskiej, społeczeństwo polskie jest prawie nieświadome faktu, jak wielki wpływ wywarła kultura żydowska na rozwój kultury polskiej i ogólnoeuropejskiej…”. O niemieckiej odpowiedzialności za holokaust ani słowa. Tak wygląda polityka historyczna za niemieckie pieniądze.

Od klienteli
do klientyzmu

Upowszechnianie wśród Polaków niemieckiego punktu widzenia na historię to tylko jeden z niekorzystnych aspektów niemieckiego sponsoringu. Niemniej niekorzystnym zjawiskiem jest nieustanne powiększanie grona beneficjentów niemieckich pieniędzy w kręgach politycznych i samorządowych. Oto dowiadujemy się, że Fundacja Boscha wsparła kwotą 132 tys. marek pracę prof. Władysława Bartoszewskiego nad wspomnieniami na temat porozumienia polsko-niemieckiego. Gdyby Bartoszewski był tylko historykiem czy dziennikarzem – w porządku. Ale prof. Bartoszewski dwukrotnie trzymał w tym okresie stery polskiej polityki zagranicznej, był naszym ambasadorem w Wiedniu i senatorem – szefem Komisji Spraw Zagranicznych. Opinia publiczna ma prawo pytać: czy niemieckie wsparcie otrzymał przed czy po słynnym wystąpieniu na połączonej sesji Bundestagu i Bundesratu, kiedy to przeprosił Niemców za wypędzenia? Znany z proniemieckiej postawy i odporności na polski punkt widzenia Janusz Reiter, pierwszy ambasador Polski w Niemczech, był szefem sponsorowanego przez Fundację Boscha Instytutu Stosunków Międzynarodowych, zajmującego się m.in. polityką bezpieczeństwa i relacjami Polski z Rosją. Czy dotacje niemieckie miały wpływ na jego postawę? Bronisław Geremek, były minister spraw zagranicznych, europoseł, określany jako szara eminencja polskiej polityki, jest dziś szefem Katedry Cywilizacji Europejskiej w Kolegium Europejskim w Natolinie. Katedrę ufundowała… Fundacja Boscha. Czy stanowisko to powinien zajmować czynny polityk? Czy to nagroda za dotychczasową aktywność, czy też inwestycja w przyszłość? Z centrum w Natolinie i nieusuwalnym szefem tej placówki Jackiem Saryuszem-Wolskim związany jest też Marek Cichocki, doradca społeczny prezydenta RP, notabene członek Rady Programowej Platformy Obywatelskiej w ostatnich wyborach i współpracownik Fundacji Konrada Adenauera. Jak doradzał głowie państwa, że prezydent w chwili wystąpienia przez Niemcy z inicjatywą podpisania deklaracji berlińskiej nie posiadał w zanadrzu własnej pozytywnej kontrpropozycji? Bogdan Klich, europoseł PO, wcześniej wiceminister obrony narodowej ds. stosunków z NATO oraz szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, jest założycielem Instytutu Studiów Strategicznych finansowanego przez Fundację Batorego, Naumanna, Adenauera, Eberta, które – jak twierdzi na stronach internetowych – zapewniają Instytutowi NIEZALEŻNOŚĆ OD INSTYTUCJI PAŃSTWOWYCH. Czy niezależność od demokratycznie wybranych polskich władz jest wystarczającą kwalifikacją do pełnienia roli w polityce polskiej? Wszak tradycyjnie słowo „niezależność” oznaczało „niezależność od obcych pieniędzy”…

Gorzkie owoce

Skutki robienia polityki za obce pieniądze aż nadto dobrze widać na Ukrainie. Na barykadach pomarańczowej rewolucji roiło się od polskich polityków, ale gdy przyszło do mianowania doradcy ds. europejskich – prezydent Juszczenko wybrał… byłego ambasadora Niemiec. My naraziliśmy stosunki z Rosją, a owoce zebrali sąsiedzi zza Odry. I po co było pchać się na afisz? A jak ochoczo Ukraina Juszczenki przyłączyła się do rosyjskiej blokady na polskie mięso!

– W polityce klientyzm zawsze kończy się źle. Na szczęście u władzy są dzisiaj ludzie z innej tradycji. I my polityki klientyzmu uprawiać nie będziemy! – zapowiedział premier Jarosław Kaczyński.

– Gwałtowny, złośliwy atak na PiS ma swoje przyczyny. Z jednej strony, naruszono interesy tych, którzy mieli do tej pory monopol na tę politykę, z drugiej – wywołano aktywność tych lobby działających w Polsce, które dbały o to, by Polska nie broniła swoich interesów, by nie robiła innym kłopotów – mówił premier. Jego zdaniem, w Polsce daje o sobie znać syndrom niewoli narodowej i społecznej, z którego wynika specyficzna postawa nastawiona na poszukiwanie protektora i dążenie do klientyzmu.

Chociaż nie wskazał imiennie, czyim klientem bywali politycy III RP, dla wszystkich było oczywiste, że nie chodzi o Rosję, Chiny czy Wielką Brytanię, lecz o klientyzm wobec naszego zachodniego sąsiada, którego traktowano jako „adwokata Polski” na arenie międzynarodowej, nie dbając o załatwienie polskich spraw w stosunkach dwustronnych. To właśnie wprowadzona przez braci Kaczyńskich zmiana tonu w polityce wobec Niemiec na rzecz zdecydowanego artykułowania polskich interesów spowodowała po wyborach burzę w polskojęzycznych i niemieckich mediach oraz w kręgu rodzimych i niemieckich elit. Apogeum stanowił ogłoszony za granicą publiczny list byłych szefów polskiej dyplomacji, w którym skrytykowali urzędującego prezydenta za odwołanie udziału w szczycie Trójkąta Weimarskiego.

Ten szczególny sojusz części elit polsko-niemieckich przeciwko prawowicie wybranemu prezydentowi i premierowi Polski nie mógłby się zawiązać, gdyby nie działalność w Polsce po 1989 r. niemieckich fundacji politycznych. Są one unikalnym zjawiskiem na tle innych działających na świecie fundacji: po pierwsze, dlatego że środki na swą działalność dostają w całości od rządu niemieckiego, po drugie – każda z nich jest związana z jedną z niemieckich partii politycznych. Najstarsza – Fundacja Friedricha Eberta utworzona w 1925 r. przez pierwszego prezydenta Republiki Weimarskiej – związana jest z SPD (socjaldemokraci niemieccy). Fundacja Konrada Adenauera posiada związki z CDU (chrześcijańscy demokraci), Fundacja Friedricha Naumanna – z FDP (wolni demokraci), Fundacja Hansa Seidla przypisana jest do CSU (Unia Chrześcijańsko-Społeczna). Z partią Zielonych współpracuje z kolei Fundacja im. Heinricha Bölla. Fundacja Roberta Boscha ma nieco inny charakter – nie posiada bezpośrednich konotacji partyjnych, a finansowana jest przez przemysł niemiecki – z dochodów koncernu Boscha.


Konieczna
kontrofensywa


Działalność niemieckich fundacji pod względem zasięgu i skali finansowania praktycznie nie ma odpowiednika po polskiej stronie. Przyczyniła się do tego dezorganizacja, która dotknęła polskie placówki badawczo-naukowe w trakcie transformacji ustrojowej oraz oczywista dysproporcja możliwości finansowych Polski i Niemiec. Problem owej nierównowagi staje się niebezpieczny w chwili, gdy fundacje niemieckie wkraczają na delikatny grunt polityki i historii. To właśnie w tej sferze narodziło się zjawisko, które premier trafnie określił mianem klientyzmu. Bezrobotny polityk, dziennikarz, historyk wzięty na garnuszek niemieckiej fundacji łatwo traci busolę i niezależność.

Polski rząd zamierza prowadzić autentycznie polską politykę zagraniczną i historyczną, a więc zapobiegać zjawisku klientyzmu. To zaś oznacza, że musi ze wszystkich sił wspierać najaktywniejsze stowarzyszenia i fundacje finansowane z polskich pieniędzy, nie tylko budżetowych, zajmujące się propagowaniem na świecie pozytywnego wizerunku Polski, obroną jej dobrego imienia, popularyzacją języka, kultury, literatury, naszego punktu widzenia na historię, a także fundowaniem grantów, finansowaniem badań historycznych, konferencji, wykładów i szkoleń dla studentów, dziennikarzy oraz pracowników naukowych polskich i zagranicznych.

Ale to nie wystarczy. Konieczne jest także wprowadzenie w życie kanonu zasad obowiązujących polityków, którzy – jak się zdaje – przestali dostrzegać to, co od wieków było oczywiste: nie ma niezależnej polityki polskiej za niepolskie pieniądze, bez względu na to, jak niewinnie wyglądają dotacje i granty. Polityk nie może być sponsorowany z zagranicy, a jeśli był – powinien to ujawnić przed wyborcami. Instytuty zaś zajmujące się zagadnieniami politycznymi – jeśli pretendują do miana niezależnych – powinny zadbać o autentyczną dywersyfikację źródeł finansowania.

Małgorzata Goss
drukuj