Powiedzieć życiu TAK
Świadectwo matki
W październiku 1977 r. wyszłam za mąż. Rok później, kiedy obchodziliśmy pierwszą rocznicę ślubu, byłam w stanie błogosławionym. Krótko jednak dane mi było cieszyć się tym dzieckiem. W drugim miesiącu ciąży dostałam krwotoku i znalazłam się w szpitalu. Pomimo walki o życie dziecka, lekarze nie zdołali go uratować. Dla nas było to bardzo trudne doświadczenie.
Później lekarze mówili mi, że nie będę już mogła mieć dzieci. Nie mieli jednak racji. W 1980 r. ponownie byłam w stanie błogosławionym. W naszej rodzinie zapanowało szczęście. Urodziłam synka.
Myliłby się jednak ten, kto myślałby, że teraz wszystko poszło gładko. Jeszcze przed porodem nastąpiły komplikacje. Nagle straciłam przytomność, przestało funkcjonować moje serce i nerki. Ciało „rosło” od opuchlizny. Całą noc na sali operacyjnej trwała walka o życie moje i mojego dziecka. W tym czasie przeżyłam śmierć kliniczną. Przez cztery dni byłam nieprzytomna. Dziecko jednak urodziło się zdrowe.
Minęło 8 lat. Mój syn chciał mieć koniecznie młodszego brata. Wszyscy lekarze utrzymywali jednak, że nie wolno mi urodzić kolejnego dziecka. Mówiono, że następna ciąża może zabić mój organizm, że mogę nie przetrzymać, a my bardzo chcieliśmy mieć kolejne dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Dziecko w moim łonie zaczęło się rozwijać, a ja nie miałam żadnego lekarza prowadzącego. Wszyscy, do których się zgłaszałam, po zapoznaniu się z dokumentacją z poprzedniego porodu, kazali mi dziecko „usunąć”.
I znowu zaczęła się walka. Nie wiedzieliśmy, co będzie, czy ja przeżyję, czy dziecko przeżyje, ale jednego byliśmy pewni: pragnęliśmy za wszelką cenę je ocalić!
W końcu trafiłam do lekarza, który dał mi nadzieję, że dziecko może się da uratować. Pozostawił mi na podjęcie ostatecznej decyzji dwa tygodnie. Już po tygodniu poszłam do niego i powiedziałam, że zdecydowałam się i naprawdę chcę urodzić to dziecko. Prosiłam lekarza, aby się nami zaopiekował od strony medycznej. Podjął się tego, ale tylko do siódmego miesiąca ciąży. Potem miał zrobić cesarkę. W piątym miesiącu, kiedy pojawiły się ruchy dziecka, zostałam prawostronnie sparaliżowana. Dziecko ułożyło się tak, że uciskało kręgosłup. Już nie miałam siły, zaczęłam wątpić w sens wszystkiego. Mówiłam do Matki Bożej: Matko Przenajświętsza, urodziłaś dziecko, wiesz, jak to jest – jest mi bardzo ciężko. Dlatego albo mi pomóż, albo mnie zabierz wraz z dzieckiem. Puchłam w oczach. Przez cały ten czas byłam w domu. Lekarz nie pozwolił mi iść do szpitala, bym nie załamała się psychicznie. Wizyty u doktora były co tydzień, czasami dwa razy w tygodniu, znajdowałam się pod stałą kontrolą. Gdy przyszedł siódmy miesiąc, doktor robił wszystko, aby dziecko jeszcze wytrzymało do dziewiątego miesiąca. Czasami pojawiały się pretensje do niego, bo już nie miałam sił nawet chodzić.
1 grudnia zaczął się dziewiąty miesiąc i przyszedł czas porodu. Dziecko urodziło się ze skazą. I znowu zaczęła się nasza walka o synka. Okazało się, że chłopiec jest cofnięty w rozwoju. Później niż inne dzieci zaczął siadać, chodzić, mówić, uczyć się. To był dla nas bardzo trudny czas. Wszystko oddawałam Matce Najświętszej. Teraz synek, który miał być dzieckiem niepełnosprawnym, jest zdrowym chłopcem i normalnie się rozwija.
matka
oprac. Małgorzata Pabis
