Diwa „układu warszawskiego”?
Marek Borowski nie pozostawia złudzeń – warunkiem udzielenia poparcia kandydatce PO Hannie Gronkiewicz-Waltz w drugiej turze walki o fotel w stołecznym ratuszu jest zawarcie „politycznego porozumienia centrolewicy z PO”. To zaś nie pachnie niczym innym, jak reaktywacją „układu warszawskiego”, czyli kojarzonej z przekrętami samorządowej koalicji PO – SLD. Centrolewica wspólnie z PO miałaby rządzić Warszawą i wspólnie zwalczać PiS, Samoobronę i LPR jako „koalicję szkodliwą dla Polski”. Donald Tusk oficjalnie odżegnuje się od możliwości wejścia PO w alians z SLD, trudno jednak, patrząc wstecz, brać to za dobrą monetę – postkomunistom i środowiskom dawnej udecji, czyli późniejszej UW i KLD, a obecnej PO, było zawsze po drodze, i to nie tylko na szczeblu samorządowym. W przypadku wygranej Hanny Gronkiewicz-Waltz najprawdopodobniej po raz kolejny się okaże, że stara miłość nie rdzewieje. Zwłaszcza że kandydatka PO nie wyobraża sobie porozumienia Platformy z PiS. Jedynie zatem objęcie funkcji prezydenta stolicy przez Kazimierza Marcinkiewicza odsuwa widmo „układu warszawskiego” bis.
Hanna Gronkiewicz-Waltz nie opowiada się dziś wprost za współrządzeniem Warszawą z SLD, ale to jeszcze jakby nie ten czas. W kampanii wyborczej, zwłaszcza przy niemal wyrównanych szansach, liczy się każdy głos i trudno, by kandydatka „prawicowa”, a przy tym „nabożna” mówiła takie rzeczy i zrażała do siebie elektorat. Patrząc jednak na dotychczasowe koleje kariery byłej prezes NBP, można stwierdzić, że współpracą z SLD nie będzie się brzydzić na pewno, skoro nawet nie wie, co to jest nomenklatura postkomunistyczna, czym była uprzejma pochwalić się „Gazecie Wyborczej” w momencie rozpoczynania drugiej kadencji prezesa banku centralnego w 1998 roku.
„Trudno podać definicję nomenklatury. Na Wydziale Prawa UW, gdzie pracowałam, większość moich kolegów należała do PZPR. Nie traktowałam ich nigdy jako ludzi z innego obozu politycznego” – odpowiedziała zapytana, czy nie uważa, że problemem polskich banków jest usadowiona w nich właśnie dawna nomenklatura. Nie była to bynajmniej jakaś nieszkodliwa deklaracja – Gronkiewicz-Waltz, będąc prezesem NBP, otaczała się ludźmi ze środowisk postkomunistycznych (jej zastępcą w NBP był np. przez długi czas – w latach 1992-1998 – związany z SLD prof. Witold Koziński), a jako przewodnicząca Komisji Nadzoru Bankowego akceptowała postkomunistów na stanowiskach prezesów i w zarządach banków.
Faworytka Kwaśniewskiego
Gronkiewicz-Waltz nie tylko nie przeciwdziałała temu, że banki stały się w III RP instrumentem uwłaszczania się dawnych komunistów, ale wręcz wyraźnie wspierała w tym nomenklaturę. To za jej kadencji m.in. funkcje prezesów banków zostały opanowane przez ludzi o czerwonych, peerelowskich rodowodach, jak choćby w przypadku doradcy peerelowskich rządów, a następnie ministra w eseldowskim rządzie Belki Mariana Czabańskiego, który został prezesem Banku Śląskiego. Nie mówiąc o pozytywnym zaopiniowaniu przez Gronkiewicz-Waltz na stanowisko prezesa Banku Handlowego związanego z Kwaśniewskim Cezarego Stypułkowskiego, który następnie szczególnie się wsławił jako prezes PZU.
Prezes NBP lubiła się przy tym zarzekać, że nie jest od tego, by robić w bankach czystki i zaglądać w życiorysy prezesów, bo to nie jej kompetencje. W latach 1998-2000 był to już jednak jedynie wykręt, bo wtedy obok funkcji prezesa NBP sprawowała funkcję przewodniczącej Komisji Nadzoru Bankowego, od której decyzji zależy powoływanie prezesów i członków zarządów banków w Polsce.
Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że w 1998 roku Aleksander Kwaśniewski wysunął kandydaturę Hanny Gronkiewicz-Waltz na drugą sześcioletnią kadencję? Na pewno w nagrodę za to, że taka „prawicowa” i uwielbiająca się afiszować swoimi związkami z Kościołem kandydatka w wyborach AD 1995 na prezydenta Polski, kojarzona z prawicą spod znaku ZChN, tak potrafiła dbać o interesy ludzi z obozu „prezydenta wszystkich Polaków”.
Dla Wałęsy „najlepsza kobieta”
I trudno tu nawet przypuszczać, żeby z postkomunistami łączyły ją przekonania; ona po prostu trzymała z silniejszym, z tym, kto był akurat w grze. Wałęsa był „dobry” wtedy, gdy będąc prezydentem, przy współudziale Lecha Falandysza, który znał Gronkiewicz ze studiów i ze wspólnej działalności w kanapowej prowałęsowskiej partii „Victoria”, wyciągnął przyszłą prezes NBP z niebytu; „namaścił” na prezesa banku centralnego osobę szerzej nieznaną i o wątpliwych kwalifikacjach. Brak przygotowania merytorycznego kandydatki budził jednak sprzeciw w Sejmie i Wałęsie dopiero za drugim podejściem, w lutym 1992 roku, udało się przeforsować kandydaturę Waltz na prezesa NBP. W pierwszym głosowaniu, w grudniu 1991 roku, Sejm odrzucił jej kandydaturę ku zdenerwowaniu Wałęsy do żywego („Utrąciliście najlepszą kobietę”). Co ciekawe, przeciwko nominacji Gronkiewicz-Waltz głosował Kongres Liberalno-Demokratyczny, z którego, obok UW, wywodzi się dzisiejsza PO, szczycąca się, przynajmniej oficjalnie, profesjonalizmem i prestiżem swojej wiceprzewodniczącej.
Murzyn zrobił swoje…
Hanna Gronkiewicz-Waltz pięknie zrewanżowała się Wałęsie za wyciągnięcie jej z niebytu i umożliwienie kariery. W 1995 r. wystartowała w wyborach prezydenckich i bezpardonowo atakowała swojego protektora ubiegającego się o reelekcję; no ale jego pozycja nie była już taka jak wtedy, gdy otwierał wrota kariery przed Waltz. Podobnie został później potraktowany Rokita, który też wyciągnął ją z niebytu, przynajmniej politycznego. Bo to właśnie on podczas pobytu w Anglii miał byłą prezes NBP, która akurat kończyła kadencję wiceprezesa w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, zwabić do PO w nadziei, że będzie miał swojego człowieka w partii. Okazało się to jednak złudne, bo Gronkiewicz szybko wyczuła pismo nosem, że Tusk ma silniejszą pozycję, i przeszła na jego stronę. Dziś ona jest wiceprzewodniczącą partii, a Rokita – jej protektor – …członkiem rady krajowej
„Hiena” i „klacz trojańska”
Angażując się obecnie w działalność polityczną PO – formacji, której ludzie odegrali znaczącą rolę przy Okrągłym Stole, a następnie, jak m.in. Tusk, wzięli udział w „nocnej zmianie” – Gronkiewicz-Waltz nie jest już kimś spoza układów, czym tak się lubiła afiszować, kiedy była prezesem NBP. Zresztą już nawet wtedy niesłusznie, bo kandydując w wyborach prezydenckich w 1995 roku, brała udział de facto… we wspieraniu układu.
„Ci, którzy sądzili, że będę posłuszna wobec Wałęsy, ponieważ on wysunął mnie na stanowisko prezesa NBP, po prostu mnie nie znali (…). Uważam, że Wałęsa, startując, działa na niekorzyść Polski, gdyż prowadzi do tego, że prezydentem zostanie Kwaśniewski” – uzasadniała Gronkiewicz-Waltz swoją decyzję o starcie w wyborach, a zarazem skromnie tłumaczyła swoją niewdzięczność wobec Wałęsy, który nie pozostał dłużny i postępowanie niedawnej protegowanej nazwał „solidarnością hieny”.
Czy to jednak nie ona również, a nie jedynie Wałęsa, pomogła wygrać wybory kandydatowi postkomunistów? I to nomen omen w myśl bon motu z tamtego czasu: „Nie jestem żadną klaczą trojańską ani kuzynką Tymińskiego. Moje kandydowanie nie jest przypadkowe”. Jarosław Kaczyński potwierdził po latach, że rzeczywiście nie było ono przypadkowe, ponieważ wyborami w 1995 r. sterowała bezpieka. Gronkiewicz-Waltz najpierw miała skupić wokół siebie elektorat prawicowy, następnie zostać spalona w oczach opinii publicznej, by ostatecznie zrobić miejsce dla przebranego za antykomunistę Lecha Wałęsy. O tej operacji bezpieki Hanna Gronkiewicz-Waltz pewnie nie wiedziała, jednak i ona dołożyła w tym czasie swoje trzy grosze, m.in. mataczeniem w Konwencie św. Katarzyny wynikami prawyborów mających wyłonić wspólnego kandydata prawicy na prezydenta na niekorzyść byłego premiera Jana Olszewskiego, co stawia ją w dwuznacznym świetle.
Kołodko wolał być sierotą
Mimo wylansowania przez ZChN i Konwent św. Katarzyny oraz solennej obietnicy, że po wyborze na prezydenta RP będzie „dla narodu jak ojciec i matka”, Naród na Hannie Gronkiewicz-Waltz się nie poznał – dostała niecałe 3 proc. głosów, nie mówiąc o wicepremierze Kołodce, który powiedział z rozbrajającą szczerością, że „w takim razie chce być pełną sierotą”.
Kompromitacja w wyborach nie zniechęciła Gronkiewicz-Waltz do dalszej kariery. W 1998 r. wysunął jej kandydaturę na prezesa NBP prezydent Kwaśniewski. Została wybrana na drugą sześcioletnią kadencję, którą jednak przerwała w 2000 roku, ustępując pola Balcerowiczowi, w związku z propozycją bardziej intratnej posady w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Wielkiej Brytanii. Tam już nie brylowała jak na stanowisku prezesa NBP, jak mówili jacyś złośliwcy z kręgów PO – w EBOiR miała nawet opinię „intelektualnie nieudolnej”, i na kolejną kadencję nie została wybrana. Podobno zgromadziła jednak około pół miliona funtów oszczędności, czyli dobrze ponad dwa miliony złotych, i zdaje się, że o to głównie chodziło.
Pani prezes… aferzystką?!
Świetnie potrafiła się więc urządzić Hanna Gronkiewicz-Waltz; układanie się z postkomunistami okazało się opłacalne. Stanowisko w EBOiR w Londynie było najprawdopodobniej nagrodą za przyłożenie ręki do wyprzedaży polskich banków w obce ręce, często jeszcze z dokładaniem do interesu, bo NBP też dofinansowywał banki komercyjne, które następnie tanio kupowali zagraniczni inwestorzy.
Kandydatkę Platformy Obywatelskiej na prezydenta Warszawy prawdopodobnie poważnie obciąża też tzw. afera sprzętowa, transakcja z 1998 roku związana z handlem długami służby zdrowia. W połowie lat 90. do dyrektorów szpitali zgłaszali się przedstawiciele firm, oferując im jako „darowizny” najnowszy sprzęt medyczny, za który, jak się później okazywało, trzeba było płacić. Ponieważ szpitale nie miały pieniędzy, powstawały długi, które następnie zbywano bankom. Wystarczyło odpowiednio długo przetrzymać dokumenty „szpitalnej darowizny”, aby bez trudu dużo zarobić, bo tajemnica opłacalności tego handlu tkwiła w sięgającym 50 procent karnym oprocentowaniu odsetek od przeterminowanych zobowiązań.
„W 1998 r. prezesi NBP, Pierwszego Komercyjnego Banku w Lublinie (przejętego przez NBP po ekstradycji Bogatina do USA) oraz BIG Banku Gdańskiego podpisali umowę, na mocy której NBP nabył za ponad 44 mln zł prawa do wierzytelności BIG BG wobec banku lubelskiego, który dwa lata wcześniej handlował długami szpitali. Na mocy tego dokumentu bank centralny zobowiązał się występować wspólnie z BIG BG przeciw skarbowi państwa! Co więcej, podpisując tę umowę pani Gronkiewicz-Waltz miała pełną świadomość, że Sąd Apelacyjny w Gdańsku kilka miesięcy wcześniej uznał szpitalne wierzytelności za nieistniejące. Wygląda więc na to, że szefowa NBP wydała 44 mln zł tylko po to, by ukryć szczegóły tzw. afery sprzętowej, w której niemały udział mieli jej podwładni zarządzający bankiem w Lublinie” – opisuje mechanizm przekrętu Paweł Siergiejczyk w „Naszej Polsce” (7 listopada 2006).
Nóż w plecy
Udzielająca się w Odnowie w Duchu Świętym Gronkiewicz-Waltz chętnie mówi o swoich zasadach i nie ma nic na sumieniu, mimo że interesuje się nią i sejmowa komisja ds. PZU w kwestii ewentualnej odpowiedzialności byłej prezes NBP w związku z nieodpowiednim nadzorem nad przestrzeganiem tzw. norm ostrożnościowych przez banki, i ostatnio jeszcze bankowa komisja śledcza, co latem br. wywołało niemal furię byłej prezes NBP; powiedziała, że komisja chce jej „wbić nóż w plecy” przed wyborami samorządowymi.
Jak pisało jednak „Życie Warszawy”, sejmowi śledczy zbierali materiały dotyczące upadłości Banku Staropolskiego, które mają obciążyć Gronkiewicz-Waltz. Komisja ma kopię doniesienia o popełnieniu przestępstwa przez parlamentarzystkę Platformy, z którego wynika, że jako szefowa Komisji Nadzoru Bankowego, wnioskując w 2000 r. o ogłoszenie upadłości Banku Staropolskiego, miała się powołać na nieistniejącą opinię biegłego. W rzeczywistości bowiem przedstawił on jedynie swoje stanowisko, w którym stwierdził, że nie może wydać rzetelnej opinii z powodu braku dostępu do wszystkich dokumentów banku. Autorem doniesienia jest Roman Sklepowicz, prezes Stowarzyszenia Pokrzywdzonych przez System Bankowy. „Jeśli pan Sklepowicz ma rację, sprawa jest porażająca!” – ocenił Waldemar Nowakowski z Samoobrony, zastępca przewodniczącego komisji śledczej ds. banków, i wnioskował o szybkie przesłuchanie Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Nie ma jak takt, prawdomówność i dobry smak
O tych sprawach – aferze sprzętowej, upadłości Banku Staropolskiego – nie każdy wie i nie ma w nich na razie twardych dowodów. O tym, że kandydatka PO na prezydenta Warszawy przyłożyła rękę do wyprzedaży polskich banków w obce ręce, większość jednak słyszała. Każdy też ma na pewno w pamięci obrazek z ostatnich wyborów prezydenckich, w których ponad rok temu pokazała się jako osoba bez skrupułów, poczucia przyzwoitości, o dobrym smaku nie wspominając, wykorzystując na rzecz kampanii Donalda Tuska stołeczne… hospicja. I w otoczeniu umierających ludzi, i w świetle fleszy Waltz miała czelność oskarżyć kłamliwie prezydenta Lecha Kaczyńskiego o rzekome zmniejszanie przez miasto dotacji dla hospicjów. Oburzony Zbigniew Ziobro nazwał to wtedy i tak bardzo wstrzemięźliwie działaniem „poniżej standardów krajów cywilizowanych, nikczemnym i niegodziwym”. Czy potrzeba czegoś więcej?
Hanna Gronkiewicz-Waltz na pewno nie będzie brzydzić się współpracą z SLD, skoro nawet nie wie, co to jest nomenklatura postkomunistyczna
