Sukces kosztowny jak klęska


W poniedziałek późnym wieczorem prezydent Lech Kaczyński wręczył nominację na wiceprezesa Rady Ministrów i ministra rolnictwa przewodniczącemu Samoobrony Andrzejowi Lepperowi. Akt ten zwieńczył zabiegi o znalezienie wystarczającego zaplecza parlamentarnego dla rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego i zablokował w ten sposób możliwości tzw. konstruktywnego wotum nieufności, którego groźba od pewnego czasu wisiała w powietrzu. Właśnie to, a nie samorozwiązanie parlamentu, stanowiło prawdziwą alternatywę w przypadku niepowodzenia starań o utworzenie koalicji.


Pokojowy stan wojenny

Żadne „samorozwiązanie” bowiem nie wchodziło serio w rachubę i to nie ze względu na wymaganą większość 2/3 głosów ustawowej liczby posłów, tylko ze względu na oczywistą i zrozumiałą niechęć, jaką wobec takiego obrotu sprawy żywi większość posłów, również z klubów, które o samorozwiązanie wnioskowały. Bardzo niewielu parlamentarzystów ma bowiem wewnętrzną pewność, że przy ponownych wyborach trafiliby do Sejmu po raz drugi. Większość takiej pewności nie ma, co więcej – jest raczej pewna, że już nigdy do Sejmu by nie weszła. Dlatego też wcześniejszych wyborów nie chciał ani SLD, ani nawet Platforma Obywatelska, chociaż oficjalnie za tym gardłowały. Przypominały one raczej tchórzliwych awanturników, którzy rwą się do bójki tak długo, jak długo koledzy ich przytrzymują. Tymczasem przy konstruktywnym wotum nieufności wobec aktualnego rządu z jednoczesnym wskazaniem na nowego premiera, posłowie niczego nie ryzykowaliby, bo wówczas Sejm trwałby nadal, tyle że już z nowym rządem, który prezydent musi w tej sytuacji powołać.
W przypadku powzięcia uchwały o konstruktywnym wotum nieufności nowy rząd z całą pewnością przeprowadziłby czystkę polityczną od góry do dołu nie tylko w całym aparacie państwowym. Niczym tornado wymiótłby stamtąd wszystkich nominatów, a nawet sympatyków PiS, a także LPR, która chyba nie przyłączyłaby się do nowej większości. Czystka objęłaby również media, spółki Skarbu Państwa i instytucje korzystające z subwencji budżetowych. Przede wszystkim jednak zmiana rządu spowodowałaby powrót Wojskowych Służb Informacyjnych. Wprawdzie Trybunał Konstytucyjny jest niezawisły, ale w tej sytuacji jest prawie pewne, że ustawy likwidujące WSI i powołujące nowe służby kontrwywiadu oraz wywiadu wojskowego uznałby za sprzeczne z Konstytucją, co oznaczałoby, że WSI nadal istnieją, a kto wie, czy przepędziwszy znienawidzonego Macierewicza, na stanowisko ich dowódcy nie powróciłby gen. Dukaczewski. Na tym by się zresztą nie skończyło, bo wystraszona i rozwścieczona razwiedka z pewnością zrobiłaby wszystko, by już niczego podobnego w przewidywalnym czasie nie przeżywać, więc mielibyśmy coś na kształt pokojowego stanu wojennego ze wszystkimi tego konsekwencjami, zarówno w dziedzinie politycznej, gospodarczej, jak i społecznej. Zagranica przyklasnęłaby temu z całą pewnością nie tylko dlatego, że w Warszawie znowu „zapanowałby porządek”, ale przede wszystkim dlatego, że dzięki takiej operacji zachowałaby w stanie nietkniętym swoje własne agentury, penetrujące każdą dziedzinę polskiego życia.

Małżeństwo z konieczności

Dopiero na tle tej alternatywy można zrozumieć zarówno determinację premiera Kaczyńskiego, który przyjął ofertę wicepremiera Romana Giertycha, jak i niechęć do ostentacyjnego fetowania odtworzonej koalicji, która objawiła się wręczeniem Andrzejowi Lepperowi nominacji na wicepremiera niemal w cztery oczy. To nie było nawet małżeństwo z rozsądku, bo rozsądek nakazywałby w tym przypadku raczej unikać politycznych związków z Samoobroną i Andrzejem Lepperem. Było to małżeństwo z rozpaczliwej konieczności, a coś takiego nigdy nie przynosi ani satysfakcji, ani chwały.
Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny – wołali kiedyś militaryści. Z politycznego kryzysu wywołanego wyrzuceniem Samoobrony z koalicji każdy próbował „uwędzić swoje półgęski ideowe” – jak to kwieciście wyraził Józef Ozga-Michalski. PiS próbował skaptować do koalicji PSL Waldemara Pawlaka. Taka koalicja byłaby świetnym przykładem małżeństwa z rozsądku, ponieważ jej spoiwem nie byłaby ani wspólnota ideowa, ani nawet podobne poglądy na państwo, tylko partyjny interes. Dla PSL bowiem prawdziwą zmorą nie jest ani PiS, ani Platforma Obywatelska, ani LPR, tylko Samoobrona. To ona od lat skutecznie podgryza po wsiach i miasteczkach PSL-owski pniak, który w obecnej fazie grozi zawaleniem. Udział w rządzie premiera Kaczyńskiego stworzyłby Waldemarowi Pawlakowi możliwość zneutralizowania wpływów Samoobrony, a może nawet całkowitą likwidację płynącego z jej strony zagrożenia, zwłaszcza gdyby rząd przetrwał do końca kadencji. Jak powiadają Rosjanie, „nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara”, a to rosyjskie przysłowie nabiera szczególnej aktualności w przypadku Samoobrony. Już tam premier Kaczyński z pewnością nie hamowałby ani ciężkiej ręki wicepremiera Pawlaka, ani też innych karzących rąk, a może nawet jeszcze by je dla większej skuteczności rozhuśtywał. Jednak do małżeństwa z rozsądku z PSL nie doszło, chociaż do zrobienia był interes dla obydwu partii, oczywiście korzystny. Dlaczego? Nasuwają się dwie możliwości. Pierwsza, którą zresztą można było zauważyć gołym okiem – że PSL chce swoje poparcie sprzedawać mniej więcej co tydzień i niewykluczone, że co tydzień komu innemu. Temu celowi służył apel Waldemara Pawlaka o „90 dni spokoju”. Ale potencjalni nabywcy poparcia PSL za swoje pieniądze chcieliby tę partię zatrzymać przy sobie trochę dłużej, a może nawet i pomolestować, więc taka ostentacyjna chciwość musiała zwarzyć cały początkowy entuzjazm. Możliwość druga – że obawa przed zemstą razwiedki w przypadku mariażu z PiS była w kierownictwie PSL silniejsza od wizji korzyści związanych z udziałem w rządzie i ostentacyjne demonstrowanie chciwości było tylko dezinformującym pretekstem.
W tej sytuacji swoją szansę wykorzystał Roman Giertych, wchodząc w rolę pośrednika, który Jarosławowi Kaczyńskiemu przyprowadzi do Canossy skruszonego Andrzeja Leppera. Wiedząc wszelako, że sytuacja może w każdej chwili się odwrócić, jak w przypadku Kozaka i Tatarzyna, zabezpieczył się dwustronnym paktem z Samoobroną, który Andrzej Lepper z właściwą sobie bezpośredniością nazwał „jednym ciałem”. Kto w tym związku dał więcej ciała, a kto mniej – mniejsza o to, bo jednolite występowanie obydwu partii wobec PiS rzeczywiście wzmocniło ich pozycję tak, że premierowi Kaczyńskiemu nie pozostało nic innego, jak ze zgrzytaniem zębów przyjąć ofertę Romana Giertycha. Echo tego zgrzytania dało się słyszeć w odproszeniu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego dziennikarzy z uroczystości ponownego wręczenia Andrzejowi Lepperowi nominacji na wicepremiera. Można zatem powiedzieć, że w tym kryzysie politycznym przywódca LPR wykazał się najwyższą skutecznością, czego nie można powiedzieć o premierze Kaczyńskim, który wprawdzie uratował rząd i państwo przed triumfalnym powrotem układu Okrągłego Stołu, ale z konfliktu, w którego wywołaniu miał podobno spory udział, wyszedł z nadwątlonym prestiżem, a kto wie, czy jego zwycięstwo nie okaże się aby pyrrusowe.

Rzecz pospolita pożera samą siebie

„Bo nie ma rzeczy, która by tak sama siebie pożerała, jak właśnie hojność“ – pisze Machiavelli. „Uprawiając hojność, sam niweczysz jej źródła i albo popadłszy w nędzę, staniesz się przedmiotem pogardy, albo popadłszy w zdzierstwo, staniesz się przedmiotem nienawiści“. Przewodniczący Samoobronie Andrzej Lepper ma bowiem własną strategię, w której możliwość czerpania z zasobów państwa odgrywa podstawową rolę. To właśnie te zasoby mają przynieść mu w przyszłości nie tylko pełny sukces w parlamencie, ale i upragnioną prezydenturę. Dlatego na tym etapie nie stawia swojej hojności żadnych granic. Pierwsze sygnały hojności Samoobrony już zaczynają dochodzić na zewnątrz. Bezterminowy, 800-złotowy miesięczny zasiłek dla 2 mln bezrobotnych i inne podobne wynalazki z całą pewnością przysporzą Samoobronie głosów ludzi głupich, którzy myślą, że bogactwo kraju rodzi się w piwnicach Narodowego Banku Polskiego i tylko zły Balcerowicz nie chce się nim z prostymi ludźmi podzielić. Głupich – bo nie są w stanie dostrzec związku przyczynowego między dobrodziejstwami, którymi zostaną obdzieleni, a lawinowo rosnącymi kosztami obsługi długu publicznego, które spadają na barki ich rodzin, czyniąc je niewolnikami lichwiarskiej międzynarodówki. Głupich – bo niczego nie nauczyli się z lekcji zafundowanej Polsce w latach 70. przez Edwarda Gierka w postaci nadmuchiwanej zagranicznymi pożyczkami namiastki dobrobytu. Ale na głosach wyborczych nie jest napisane, czy pochodzą od głupców, czy nie, a ponieważ w każdym społeczeństwie głupich jest więcej niż mądrych, to logika demokracji prędzej czy później zmusi przywódców wszystkich partii do zabiegania o ten elektorat poprzez mnożenie ustawodawstwa przypominającego lex frumentaria dla zdemoralizowanego rzymskiego plebsu. Tylko patrzeć, jak rozwinie się współzawodnictwo w hojności, a jestem pewien, że wicepremier Lepper nie pozwoli nikomu się w tym wyścigu wyprzedzić. Ale też trzeba sobie uświadomić, że zarówno on sam, jak i Samoobrona są rezultatem, prostą konsekwencją bananowego, socjalistycznego kapitalizmu, stworzonego przez razwiedkę i jej satelitów gwoli własnych korzyści i uprzywilejowanej pozycji społecznej. I pomyśleć, że nie ma innego sposobu zniszczenia układu, który ten system zrodził, jak tylko z udziałem Andrzeja Leppera. Co za ironia, co za małpia złośliwość losu! Ale cóż począć; przecież po to Pan Bóg stworzył związek przyczynowy, żebyśmy mogli uczyć się na błędach. Jeśli szybko tego nie zrozumiemy, to być może dostaniemy lekcję, o której w swoim „Dzienniczku” wspomina św. Siostra Faustyna. Pewnego razu Pan Jezus powiedział jej, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami. „Upominam ich – mówił – głosem sumienia, głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody, które mogą przywieść ich do opamiętania, a jeśli nic nie pomaga – spełniam wszystkie ich pragnienia“. Czyżbyśmy już wchodzili w ten etap?

Stanisław Michalkiewicz
drukuj