W wojsku faszerowano nas bzdurami

Z Mieczysławem Kędziorą, żołnierzem I Brygady Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego
(KBW), rozmawia Wojciech Wybranowski

W 1956 roku był Pan żołnierzem okrytego złą sławą Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego…
– W tym czasie, kiedy trwała rewolucja antykomunistyczna w Poznaniu, odbywałem
służbę wojskową. A odbywałem ją niestety w takiej jednostce, która miała
największy udział w rozgromieniu podziemia niepodległościowego – I Brygadzie
Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), stacjonującej w Górze Kalwarii.
To była jednostka specjalna, której wcześniej głównym celem było rozbicie "reakcji" na
Mazowszu oraz Podkarpaciu.
Odbywając służbę wojskową, miałem to szczęście w nieszczęściu, że jako żołnierz
wykazałem się dobrymi wynikami i wzięli mnie do sztabu – byłem pisarzem i pracowałem
w mundurówce.

Co działo się w jednostce w momencie wybuchu Powstania Poznańskiego Czerwca
’56?

– 28 czerwca rano było wcześniejsze rozprowadzenie i o godzinie wpół do dziewiątej
byłem na swoim posterunku. Nagle przychodzi mój szef i mówi: "Wojsko jedzie
do Poznania. Zostaw to wszystko, odwiedzisz rodziców". Poleciałem więc
do magazynu, ubrałem się elegancko, wychodzę przed budynek, a tu okazuje się,
że zdejmują samochody z konserwacji, żołnierzom wydają broń i amunicję. No
to myślę sobie: "Widać nie na defiladę idziemy". Oczywiście nie powiedziano
nam ani słowa, co się dzieje w Poznaniu, w jakim celu nas się tam wysyła. Chociaż
wszyscy się domyślali, że dzieje się coś niedobrego. Wydano nam ubrania, które
zakładaliśmy tylko na akcje specjalne, również samochody, którymi mieliśmy
jechać, należały do tych przeznaczonych – ze względu na zabezpieczenia – tylko
na wyjątkowe okazje, np. do tłumienia rozruchów. Czekaliśmy na rozkazy, na
jakiekolwiek wiadomości, wyjaśnienia, ale nic się nie działo. Dopiero po południu
28 czerwca trzy samochody i jeden pluton pojechały do Poznania.

Pan jako poznaniak i pracownik "Cegielskiego" w
pacyfikacji Powstania nie brał udziału?

– Dopiero 15 lipca udałem się do stolicy Wielkopolski na urlop i dopiero wtedy
dowiedziałem się, co działo się w mieście. Wcześniej rodzina przysyłała do
mnie listy, pisząc o Powstaniu, ale nigdy do mnie nie dotarły, cenzura wojskowa
je wstrzymywała. Tak więc kiedy przyjechałem 15 lipca do Poznania, od razu
poszedłem do "Ceglarza" i tam mi chłopaki powiedzieli, w czym rzecz
była. Omawiając wydarzenia poznańskie w wojsku, faszerowano nas bzdurami o
tym, że "rozruchy wywołały zachodnie bandy, komandosi niemieccy, którzy
wylądowali w okolicy Szamotuł, a sami poznaniacy mają powiązania z militarystami
niemieckimi". Ale nie wszyscy wierzyli w te brednie; może niewielu. Przypomina
mi się taka ciekawostka – gdy wracałem do jednostki, zostałem zatrzymany przez
patrol wojska w Sochaczewie. Oficer dyżurny mnie przesłuchał, pytając, skąd
jadę. Kiedy powiedziałem, że z Poznania, odezwał się tymi słowami: "Tam
było ponoć gorąco". Potwierdziłem, dodając, że strajk zaczął się od mojego
zakładu pracy. Na to on poderwał się z miejsca i mówi: "Ty jesteś od 'Cegielskiego’?
Jedź chłopcze, jedź!". I puścił mnie wolno.

Proszę powiedzieć, czy wydarzenia Czerwca ’56 wywołały jakiś oddźwięk w wojsku,
czy też, jak zrobiono to w mass mediach, spuszczono kurtynę milczenia.

– Do Poznańskiego Czerwca wracano później kilkakrotnie podczas pogadanek politycznych
odbywających się w jednostce raz w tygodniu. W pewnym momencie, kiedy politruk
omawiał sprawę Poznania, nie wytrzymałem: "Tak wcale nie było!".
Publicznie opowiedziałem kolegom to, czego dowiedziałem się od robotników "Cegielskiego".
Później zainteresowała się mną Informacja Wojskowa. W końcu sierpnia 1956 roku
koledzy, z którymi spałem na jednej sali, powiedzieli mi, że byli przesłuchiwani
przez Informację w sprawie moich opowieści. Musieli też podpisać oświadczenie,
że nikomu nie będą o tym mówić. Chciano mnie postawić przed sądem za "szeptaną
propagandę", ale nastały czasy Gomułki. Jednak kiedy odchodziłem do cywila,
usłyszałem: "No, Kędziora, ciebie to towarzysz Gomułka uratował, bo byś
dostał 'cztery kalendarze’".

Dziękuję za rozmowę.

drukuj