Cmentarz żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach. Do lat 90. miejsce bitwy i zbiorowa mogiła mjr. "Kotwicza" i jego żołnierzy były kołchozowym pastwiskiem... (fot. ARCH. W. FIEDOROWICZA)

Pułkownik „Kotwicz” – kresowy diament

Partyzanci ze Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego AK do znanego hymnu-suplikacji z czasów okupacji – „O Panie, któryś jest na niebie” – dopisali ostatnią zwrotkę: „W poszumie drzew, o Twórco, Panie, błogosław nasz żołnierski trud. Cokolwiek stało się lub stanie, nie damy Kresów – to nasz ślub”…

 
Ten ślub wypełnił do końca i bezwarunkowo legendarny oficer dyplomowany Wojska Polskiego i Armii Krajowej, cichociemny – ppłk Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”. Nawet wtedy, gdy do obsługi broni pozostała mu już tylko jedna ręka… Żołnierze „Kotwicza” ślubowali w pieśni, że nie dadzą Kresów i pozostali wierni tej przysiędze tak długo, jak długo żyli.

Partyzant Rzeczypospolitej
„Należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów” – powiedział kiedyś prof. Stanisław Pigoń, a jego słowa odnosiły się do śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego na stanowisku bojowym, w czwartym dniu Powstania Warszawskiego. Można by, idąc śladem tej metafory, wymienić jeszcze inne młode, poetyckie diamenty, które złożyliśmy hojnie na ołtarzu Ojczyzny: Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego, Zdzisława Stroińskiego i wielu innych. Mogli współtworzyć po wojnie polską kulturę, ale moralny nakaz, by „zachować się jak trzeba” (słowa 17-letniej sanitariuszki Danuty Siedzikówny „Inki” po wyroku śmierci), był silniejszy i poszli „w mrok”.
Kiedy myślę o takich jak oni, to zawsze rodzi się refleksja, że polskie brylanty tego czasu to nie tylko młodzi, dobrze zapowiadający się poeci. To ci wszyscy, którzy dali się poznać jako ludzie nieprzeciętnie uzdolnieni w różnych dziedzinach życia, wykształceni i dumni ze swej polskości, gotowi jej służyć. I służyli. „Aż do ofiary życia” – jak nakazywała przysięga Armii Krajowej. Do takich polskich brylantów czasu wojny należał oficer, który już za życia był legendą dla swoich podkomendnych i o którym nawet wróg wyrażał się z szacunkiem.
Podpułkownik Maciej Kalenkiewicz (1 lipca 1906 – 21 sierpnia 1944, pseudonim okupacyjny „Kotwicz”) urodził się w rodzinie ziemiańskiej Jana Kalenkiewicza, posła na Sejm RP, i Heleny z Zawadzkich. Ukończył Oficerską Szkołę Inżynierii w Warszawie i Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej. Studiował także w Warszawskiej Wyższej Szkole Wojennej. Posiadał najwyższe kwalifikacje wojskowe, choć w chwili wybuchu wojny miał dopiero 33 lata.
We wrześniu 1939 r. kpt. Kalenkiewicz był oficerem sztabowym w Suwalskiej Brygadzie Kawalerii. Pod koniec kampanii dołączył jako ochotnik do rezerwowego 110. Pułku Ułanów ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszki” – bohatera samoobrony polskiej w czasach wojny z bolszewikami, po którym później mjr Zygmunt Szendzielarz przyjął pseudonim. Dąmbrowski „Łupaszko” był w roku 1939 pierwszym polskim partyzantem w sowieckiej zonie okupacyjnej. Pierwszym partyzantem w strefie okupacji niemieckiej był jego zastępca, sławny dziś mjr Henryk Dobrzański „Hubal”. Kalenkiewicz miał się od kogo uczyć dzielności i wierności Polsce, bez względu na „terminy”, w jakich się ona znajdowała. Był zastępcą „Hubala”. Przyjął pseudonim „Kotwicz” – od herbu rodowego Kalenkiewiczów.

Żołnierz tułacz
Przedostał się następnie do Francji, gdzie ukończył oficerski kurs saperów. Już wtedy deklarował chęć powrotu do kraju i walki konspiracyjnej. Po upadku Francji trafił z polskim wojskiem na Wyspy. Jako wysokiej klasy wykształcony oficer słał w imieniu grupy młodych dyplomowanych oficerów memoriały do Naczelnego Wodza w sprawie systemu łączności z krajem i działań dywersyjnych na okupowanym terytorium Polski. Uważał, że szkolenie w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie powinno być ukierunkowane na działania aktywne, zaczepne: lotnicze, desantowe, dywersyjne. Uważa się, że pod wpływem tych memoriałów mogła powstać 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Stanisława Sosabowskiego i rozpoczęto szkolenia późniejszych cichociemnych. „Niestety”, za sprawą naszych „aliantów” szkoleni do walki w okupowanej Polsce spadochroniarze gen. Sosabowskiego nigdy do niej nie dotarli – ku rozpaczy ich dowódcy. Polska należała bowiem do sowieckiego „obszaru operacyjnego”, czyli do sowieckiego obszaru Europy, sprzedanego przez „aliantów” Stalinowi.

Znowu na polskiej ziemi
27 grudnia 1941 r. jako cichociemny Maciej Kalenkiewicz (wtedy już major) wyleciał nad Polskę i razem z 5 innymi skoczkami wylądował blisko granicy z Generalnym Gubernatorstwem. Niestety, na terenie… Niemiec! Zostali aresztowani przez niemiecką straż graniczną i zaprowadzeni na posterunek. Tam polscy komandosi wykorzystali umiejętności nabyte podczas szkoleń w Anglii. Zlikwidowali załogę posterunku i poszli dalej, na teren Generalnego Gubernatorstwa…
W Warszawie Kalenkiewicz otrzymał przydział do oddziału operacyjnego sztabu ZWZ (późniejszej AK). Wyróżnił się kompetencją i ofiarnością w służbie. Za pracę w konspiracji został odznaczony 19 marca 1942 roku orderem Virtuti Militari. Szkolił oficerów ZWZ-AK w zakresie walk partyzanckich, łączności i dywersji.
We wrześniu 1942 r. mjr Kalenkiewicz opracował plan powszechnego powstania w okupowanej Polsce, przewidywanego w decydującym momencie wojny. To był plan W. Nie była to nowość, ogólnonarodowe powstanie (które w 1944 r. przybrało postać operacji „Burza”) było planowane już na jesieni 1939 roku, ale Kalenkiewicz nadał mu konkretny kształt, wynikający z jego kompetencji w zakresie walki dywersyjnej, pozafrontowej.
W sierpniu 1943 r. dowodził akcją AK „Taśma” – atakami skierowanymi przeciwko niemieckim posterunkom na granicy Rzeszy i GG. Miały one znaczenie bardziej propagandowe niż militarne. Trzeba było zademonstrować, że Polska żyje i że nie ma żadnych innych granic niż te z lat 1918-1922.

Na Kresach
W marcu 1944 r. został skierowany do Okręgu Nowogródzkiego AK jako delegat Komendy Głównej. Objął dowództwo Zgrupowania Nadniemeńskiego AK. Dowodził akcjami bojowymi przeciwko Niemcom i „partyzantom” sowieckim, czyli sowieckim bandom dywersyjnym, dowodzonym z Moskwy, przeznaczonym do „czyszczenia” zaplecza. Nie tyle z Niemców, co z polskich oddziałów partyzanckich AK – na terenie okupowanej Rzeczypospolitej Polskiej! Bandy te dokonały wielu zbrodni zarówno na polskich partyzantach, jak i na polskiej ludności cywilnej.
Major Kalenkiewicz był współautorem koncepcji operacji „Ostra Brama”, czyli wyzwolenia Wilna od Nie-mców wspólnie z armią sowiecką, a następnie przejęcia inicjatywy – dla podkreślenia, że to obszar Rzeczypospolitej i że Polacy są tu gospodarzami. Niestety, działania te – wobec zdrady przez „aliantów” interesów polskich i uznania sowieckiego zaboru Polski z roku 1939 – nie miały szans powodzenia. Po wyzwoleniu Wilna od Niemców polscy oficerowie i żołnierze byli osaczani przez sowieckie lotnictwo i siły pancerne, kierowani do obozów i punktów przejściowych (obóz w Miednikach Królewskich), skąd wywieziono ich do Kaługi.

„Bezręki Major”
W czerwcu 1944 r. mjr Kalenkiewicz został w walce z Niemcami ciężko ranny, stracił prawą rękę. Mimo to nie wycofał się ze służby! To wtedy, z dnia na dzień, powstała legenda „Bezrękiego Majora”, który dawał najpiękniejszy przykład swoim podkomendnym i innym kresowym Polakom. Był zwolennikiem pozostania w konspiracji i demonstrowania polskiej obecności, nawet po podstępnym aresztowaniu przez Sowietów płk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i innych oficerów wileńskiej i nowogródzkiej AK. Pozostał w Puszczy Rudnickiej ze stuosobowym oddziałem. Przejął też dowództwo Okręgu Nowogródzkiego AK (od 5 sierpnia 1944 r.), choć sytuacja była już wtedy beznadziejna. Skierował się ze swym oddziałem do Puszczy Grodzieńskiej. Korzystając ze swych kontaktów z Londynem, usiłował zainteresować „aliantów” sytuacją na zajmowanych przez armię sowiecką terenach wschodniej Polski. Akcja ta nie miała oczywiście żadnych widoków powodzenia, bowiem „alianci” sami doskonale wiedzieli, co się tu dzieje, ale nie zamierzali interweniować.

Awans i śmierć
18 sierpnia 1944 r. został awansowany do stopnia podpułkownika. Następnego dnia Sowieci rozpoczęli bezwzględną walkę z ostatnimi oddziałami AK w rejonie Puszczy Rudnickiej. Oddział ppłk. Kalenkiewicza został osaczony 21 sierpnia przez przeważające siły wroga w Surkontach, 20 km na północny zachód od Lidy. Siły sowieckie były ośmiokrotnie liczniejsze. Przez większą część dnia Polacy odpierali ataki, zginęło wielu enkawudzistów. Po południu ulegli wrogowi.
Podpułkownik Maciej Kalenkiewicz poległ w walce i został pogrzebany we wspólnej mogile ze swymi podkomendnymi – niedaleko zbiorowej mogiły powstańców styczniowych, których walka była tak samo beznadziejna, ale którzy – tak jak „Kotwicz” i jego żołnierze – byli do końca wierni świętej sprawie.
Po wojnie Sowieci – zgodnie ze swoją „kulturą” – urządzili na ich mogiłach kołchozowe pastwisko. W latach 90. w Surkontach (dziś na terenie Białorusi) Polacy zbudowali cmentarz i złożyli hołd swoim bohaterom. Niech pamięć o panu pułkowniku i jego podkomendnych nigdy nie umiera…

 

Piotr Szubarczyk Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Gdańsku
drukuj