„Lekcje tolerancji”, czyli co tam słychać w polskiej szkole

Leszek Żebrowski

Wraz z upadkiem komunizmu skończyła się nachalna propaganda „jedynie słusznej” ideologii. Dziś mało kto pamięta, że istniały specjalne placówki „naukowe” i inne, które zajmowały się krzewieniem marksizmu-leninizmu oraz „walki klas”, często pod ukrytą postacią, aby jad nienawiści sączyć do serc Polaków bardziej skutecznie. Zajmowały się tym „akademie” (na przykład Akademia Nauk Społecznych przy KC PZPR czy Wojskowa Akademia Polityczna), instytuty (na przykład Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu Leninizmu) i szereg innych placówek. Skala prowadzonej indoktrynacji była ogromna.

Czasy się zmieniły, Polska odwróciła sojusze, miał być szybki powrót do normalności i Europy. Okazało się, że nie dla wszystkich te pojęcia znaczą to samo. Nadal mamy indoktrynację i krzewienie ideologii, tym razem pod nowymi, „europejskimi” nazwami. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje tolerancja. Tak jak przedtem mieliśmy szczególną ochronę praw mniejszości (komunistycznej), która sprawowała nad społeczeństwem dyktaturę, tak obecnie widać wyraźnie ciągoty, aby to mniejszość (dowolnie rozumiana: kulturowa, obyczajowa itd.) wyraźnie panowała nad większością, narzucając jej swoje pojęcia i cele.


Filipa (Fiszela) Białowicza lekcje polskiej historii


W sensie dosłownym tolerancja oznacza cierpliwe znoszenie tego, czego nie akceptujemy, co nawet może nam sprawiać przykrość. To pojęcie zostało jednak znacznie rozciągnięte i dziś posługują się nim wszyscy ci, którzy chcą narzucić innym swe przekonania, nie stroniąc od werbalnej i moralnej przemocy.

Przypatrzmy się, jak to działa na poziomie edukacyjnym. Na pierwszy rzut oka cel jest szczytny – chodzi przecież o „zwalczanie uprzedzeń”, czemu mają służyć „warsztaty o tolerancji”.

W ubiegłym roku ukazała się książka Philipa Bialowitza „Bunt w Sobiborze. Opowieść o przetrwaniu w Polsce okupowanej przez Niemców” (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2008). Jej autorem (a właściwie autorem opowieści) jest jeden z ocalonych uczestników buntu więźniów w Sobiborze w 1943 roku. Cel wydaje się więc jak najbardziej szczytny, a los osoby, która przeżyła holokaust – interesujący. Jeśli oczywiście opowieść jest choćby z grubsza wiarygodna. I tu zaczyna się problem, ponieważ książkę ktoś wprawdzie jako tako opracował, zamieszczając przypisy (kilka nawet lekko korygujących), ale pominięte zostało wszystko to, co zasługuje na bardzo krytyczne uwagi. Co więcej, w powyższej pracy są informacje i opisy, które już na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z prawdą. Na stronie http://www.buntwsobiborze.pl/ zamieszczone są jednak konkretne scenariusze „lekcji historii” dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych, które w oparciu o powyższą książkę mają nam pokazać „losy ludności żydowskiej w czasie II wojny i w okresie powojennym”. Mamy więc generalizowanie na przykładzie indywidualnych losów jednego człowieka. Jeśli były one typowe, to można to zrozumieć. Ale jeśli nie?

Zajmijmy się zatem opowieściami Filipa (Fiszela) Białowicza z Izbicy na Lubelszczyźnie. Czego można się o nim dowiedzieć na podstawie książki?


Straszne lata przedwojenne


Przede wszystkim nie bardzo wiadomo, kiedy autor się urodził, a jest to, jak się później okaże, bardzo istotne. Pierwsza wiadomość, jaka się na ten temat pojawia, to wspomnienie ze szkoły z lat międzywojennych: „miałem trzynaście lat” (s. 25). Nawet jeśli przyjąć, że dotyczy to 1939 r., to datą urodzenia autora powinien być rok 1926. Ale z innych źródeł wiemy, że urodził się w roku 1927 lub w 1929. W chwili wybuchu wojny mógł mieć więc 12, a może nawet ledwie 10 lat… Szkoła w Izbicy, do której uczęszczał, stosowała jakoby segregację religijną: „Dzieci katolickie i żydowskie uczyły się tych samych przedmiotów, ale w różnych salach lekcyjnych” (s. 25). I tu powinna nastąpić zdecydowana interwencja osoby opracowującej książkę „naukowo”, ponieważ w przedwojennych szkołach polskich nic takiego nie miało miejsca!

Izbica liczyła, według Białowicza, „około pięciu tysięcy mieszkańców”, ale „tylko kilkuset mieszkańców było Polakami” (s. 26-27). Z przypisu na końcu książki wynika, że „przed wojną Żydzi stanowili 90 procent populacji Izbicy, liczącej ok. 5 tysięcy mieszkańców” (s. 237). Polacy, jak widać, byli tam w znikomej mniejszości. Ale, jak twierdzi dalej autor, „ja i pozostali polscy Żydzi nie mieliśmy takich samych praw jak Polacy. Moi rodzice płacili o wiele większe podatki niż ich polscy sąsiedzi” (s. 27). Jest to prawdą o tyle, że jego rodzina była po prostu bogata, a polscy sąsiedzi należeli do biedoty. Skądinąd wiemy, że obrotni przedsiębiorcy żydowscy byli w stanie „załatwić” sobie bardzo niskie stawki podatkowe, stosując po prostu przekupstwo. Piszą o tym inni autorzy żydowscy, wspominając tamte czasy: „Mój ojciec czerpał znaczne zyski z prowadzenia sklepów przyzakładowych – ceny dla robotników były wysokie, ale nie musieli się fatygować po zakupy do miasta. Tak więc zarabiał on dosłownie na wszystkim. Płacił także bardzo małe podatki. Warunkiem były odpowiednie dojścia do właściwych polskich urzędników, którzy – odpowiednio przekupieni – opiekowali się ‚dobrodziejem'” (Jack Sutin, Rochelle Sutin „Jack and Rochelle: A Holocaust Story of Love and Resistance”, Saint Paul, Minnesota: Glaywolf Press, 1995, s. 7).

Także ciągłe akty przemocy dzieci polskich wobec ich żydowskich rówieśników w Izbicy (mające miejsce na ogół po lekcjach religii!) wydają się mało wiarygodne wobec takich proporcji narodowościowych. Mamy zresztą inne świadectwa z przedwojennej Izbicy, które całkowicie przeczą opowieściom Białowicza: „Z sąsiadami-katolikami żyliśmy w zgodzie. Co prawda od czasu do czasu na budynku poczty pojawiały się hasła: ‚Żydzi do Palestyny’ czy ‚Nie kupujcie u Żydów’, ale nikt nie traktował tego poważnie. Dzieci w szkołach trzymały się razem. Nie było widocznych antagonizmów pomiędzy dziećmi z rodzin żydowskich i katolickich. Chociaż miasto było w 95 procentach zamieszkane przez Żydów, to tylko połowę uczniów w szkole stanowiły dzieci żydowskie. Drugą połowę stanowiły dzieci katolickie z okolicznych wiosek” (T.T. Blatt „Z popiołów Sobiboru”, Włodawa 2002). Połowa dzieci żydowskich chodziła do prywatnych szkół wyznaniowych (tam polskich dzieci nie było). W szkołach publicznych proporcje były więc wyrównane, ale to dzieci polskie czuły się w Izbicy obco, pochodziły bowiem z okolicy, nie były miejscowe.

W opowieści Białowicza nie ma miejsca na opis tego, co działo się po wkroczeniu Sowietów po 17 września 1939 r. i udziale miejscowych Żydów w sowieckiej milicji. To zresztą stała tendencja „czyszczenia pamięci” ze wszystkiego, co dziś jest niewygodne. Mamy jednak do czynienia z fałszowaniem historii. Jest praktycznie tylko jedno zdanie o sytuacji po ustąpieniu Sowietów (te tereny zostały oddane, na zasadzie porozumienia, Niemcom): „Niektórzy Polacy mścili się na Żydach, ponieważ wielu z nich pomagało Rosjanom w okresie, kiedy okupowali miasto” (s. 53). Tyle i tylko tyle – żadnych szczegółów.


Po ucieczce z Sobiboru


W 1943 r. Białowicz był więźniem obozu w Sobiborze. 14 października 1943 r. wybuchł tam bunt i około 300 Żydów uciekło, wśród nich autor. Opis tego, co działo się z nim później, to – jeśli wszystko przyjąć za prawdę – po prostu horror. Ale nie wszystko z tego okresu jego dziejów wydaje się prawdziwe. Dlaczego?

„Po trzech godzinach marszu spotkaliśmy grupę dziesięciu polskich partyzantów, w tym dwie kobiety. Oddział był dobrze uzbrojony, mieli broń i amunicję. Zorientowaliśmy się, że jesteśmy w bardzo delikatnej sytuacji. Mogli nam pomóc przetrwać, ale też mogli nas zabić za to, że jesteśmy Żydami lub z powodu posiadanych przez nas pieniędzy i innych wartościowych rzeczy” (s. 211). Tu również istotna była rola wydawnictwa i osoby odpowiedzialnej za opracowanie wspomnień. Czy polska partyzantka kierowała się ideologią nazistowską, o czym świadczą kategoryczne stwierdzenia autora, że „mogli nas zabić za to, że jesteśmy Żydami”? Aż prosi się o ustalenie, jakie polskie oddziały partyzanckie działały w tej okolicy w październiku 1943 r., dobrze uzbrojone i mające w swych składach kobiety (co było przecież niezwykłą rzadkością).

To jednak nie koniec bardzo ponurych rozważań Białowicza: „Porozmawiali ze sobą i zaproponowali, abyśmy się do nich przyłączyli. Kto jednak wie, czego naprawdę chcieli? Może potrzebowali trochę więcej czasu, by zdecydować, jak bez użycia broni nas obrabować i zabić, tak aby nie zwracać niczyjej uwagi” (s. 211). Tak się jednak nie stało, „polscy naziści” mieli widocznie jeszcze jakieś skrupuły. Zamiast tego „nauczyli nas strzelania i zakładania min. Wkrótce sami staliśmy się żołnierzami. Nasze pierwsze zadania polegały na zakładaniu min przy szlakach kolejowych” (s. 212). Widocznie to takie proste jak na hollywoodzkich filmach – wystarczyło założyć „minę” i niemieckie pociągi co chwila wylatywały w powietrze. Aż dziw, że przy takim natężeniu kolejowej dywersji jakikolwiek niemiecki transport docierał na front wschodni…

Polacy jednak nie byliby sobą, aby – mimo wysługiwania się Białowiczem i grupką jego towarzyszy oraz ich niewątpliwej przydatności w oddziale – nie wrócili do początkowych pomysłów zamordowania „swoich” Żydów: „Kilka tygodni minęło bez większych problemów. […] W nocy wysłali nas na tory kolejowe, żebyśmy założyli miny. […] Kiedy szliśmy w stronę torów, zaczęli do nas strzelać. Uciekliśmy, ratując życie” (s. 212-213). Zatrzymajmy się nad tym fragmentem opowieści. Białowicz miał wówczas 16, może nawet tylko 14 lat (co jest bardziej prawdopodobne). Dostał (tak jak jego koledzy) broń i amunicję, niezwykle łatwo opanował sztukę wysadzania pociągów (ciekawe, po co Polacy szkolili w Wielkiej Brytanii cichociemnych i zrzucali ich do kraju w celu dokonywania dywersji, skoro w okupowanej Polsce nie brakowało takich zdolnych Białowiczów?). Przez kilka tygodni był pełnoprawnym, a nawet szczególnie wyróżnianym partyzantem. I nagle Polacy z tego oddziału zechcieli jednak pozbawić ich życia, ale w sposób praktycznie niewykonalny – po ich udaniu się na kolejną akcję, strzelając do nich z daleka… Bardzo to wszystko skomplikowane, jak cała opowieść. Kto chce, niech wierzy.

Późniejsze losy Białowicza to ukrywanie się u różnych polskich gospodarzy. Autor nie zaniedbuje żadnej okazji, aby wszędzie dodać jakieś akcenty propolskie: „sąsiedzi lub Niemcy mogli ich wszystkich zabić” (s. 216). Przecież nikt nie zakwestionuje, że mogli, prawda? A chcieć, to móc. I ciekawa jest kolejność: sąsiedzi (czyli Polacy) lub Niemcy. „Szybko odkryliśmy, że starsi synowie pana Mazurka [u którego ukrywał się Białowicz – przyp. L.Ż.], Józef i Stanisław, należą do lokalnego oddziału Armii Krajowej. Nabraliśmy obaw, czy nas nie zdradzą. Słyszeliśmy, że mimo posiadania wspólnego wroga – Niemców – niektórzy Żydzi zostali zabici przez członków AK, czy to z powodu antysemityzmu, czy w wyniku podejrzeń o sympatie prosowieckie” (s. 217). Uznał jednak dobrodusznie, że „synowie nie będą narażać rodziców, co miałoby miejsce, gdyby wydali nas Niemcom lub sąsiadom” (s. 217). Po prostu urocze rozważania, prawda? Tylko ewentualna krzywda ich rodziców powstrzymała tak krwiożercze instynkty synów.


Prześladowany funkcjonariusz UB


Jeśli ktoś myśli, że po wejściu Armii Czerwonej wszystko się uspokoiło, jest w wielkim błędzie. Białowicz wraz z innymi ocalonymi Żydami udał się do Zamościa. Tam „szybko się dowiedzieliśmy, że około dwudziestu pięciu Żydów mieszka razem w budynku byłej szkoły, zwanym Domem Pereca […]. Pewnej nocy do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy, ktoś, rozbijając szybę, wrzucił jakiś przedmiot. Słysząc brzęk tłuczonego szkła, spojrzałem i zobaczyłem, że po podłodze, jakieś siedem metrów ode mnie, coś się toczy. Wszyscy krzyknęliśmy: ‚Granat’ i jak najszybciej wypadliśmy z domu na podwórko. Szczęśliwie granat nie wybuchł, inaczej wszyscy zostalibyśmy zabici lub ranni” (s. 225-226).

Opowieść przerażająca, jeśli taki fakt miał w rzeczywistości miejsce. Co do wiarygodności tej opowieści można mieć jednak duże wątpliwości, ponieważ Białowicz zapomniał o jednym niezwykle istotnym szczególe, który on uznał widocznie za niezbyt istotny i całkowicie go pominął. Cóż to za fakt? Otóż był on wówczas funkcjonariuszem… Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu. Czy to doprawdy nic nie zmienia?

Przytoczmy jeszcze dwie opowieści autora z okresu powojennego. Pierwsza to jego wizyta w rodzinnej Izbicy: „Kiedy zbliżyłem się do wzgórza dróżką wiodącą do otwartej bramy, zauważyłem, że w moją stronę biegnie jeden z dawnych szkolnych kolegów. W prawej ręce trzymał rewolwer. Był katolikiem, którego nie znałem zbyt dobrze. Teraz wyglądał jak oszalały. Zacząłem jak najszybciej biec w kierunku posterunku policji, znajdującego się pół kilometra dalej. Spodziewałem się, że teraz będzie to siedziba rosyjskich władz wojskowych. Chłopak rzucił się w pościg, ale ja byłem od niego szybszy”. Znowu opowieść jak z Hollywood. Napastnik był kolegą ze szkoły, dał się rozpoznać, gonił autora z bronią w ręku. Ale jej nie użył… W tamtym czasie za samo posiadanie broni groziła kara śmierci i była wykonywana! Nie wiemy, co się stało z napastnikiem, i dlaczego tak się na Białowicza uwziął. Może ten przyjechał w mundurze UB?

Opowieść druga dotyczy akcji polskiego podziemia, którą autor przeżył tylko cudem: „Do Lublina pojechaliśmy autobusem. Tuż przed przyjazdem na miejsce nasz autobus został zatrzymany przez jakiś nieregularny polski oddział. Autobusy jadące przed nami także zatrzymano. Wychylając się przez okno, zobaczyłem, że z pojazdów są wyprowadzani ludzie, którzy wyglądali na Żydów. Zastrzelono ich. Nie wiadomo dlaczego, nikt nie podszedł do naszego pojazdu i po około dziesięciominutowym oczekiwaniu pozwolono nam jechać dalej” (s. 233).

I na koniec coś specjalnego – po wyjeździe z Polski Białowicz przez jakiś czas przebywał na terenie okupowanych Niemiec: „Warunki panujące w tych obozach nie były idealne – niektóre ulokowano w miejscach byłych nazistowskich obozów Dachau i Bergen-Belsen – ale przynajmniej nie zdarzały się tam antysemickie akty przemocy, powtarzające się w Polsce i innych miejscach” (s. 239). Lepiej było w dawnym obozie koncentracyjnym niż w Polsce? Taka Polska nie miała zatem prawa przetrwać, oddanie jej w pacht w celu reedukacji Stalinowi i sowieckim komunistom było więc i tak niezwykle humanitarnym rozwiązaniem.


Co polski uczeń wiedzieć powinien?


Na podstawie opowieści Białowicza polscy uczniowie muszą odpowiedzieć na różne pytania, co ma dać im „wiedzę” o okresie okupacji. Oto przykłady.

„Cele sformułowane w języku ucznia:

1) Na przykładzie losów Philipa ‚Fiszela’ Bialowitza dowiem się, jakie postawy wobec Żydów prezentowali sprawcy i świadkowie Zagłady. 2) Na podstawie relacji poznam, jak wyglądało życie codzienne Żyda na terenie okupowanej Polski. 3) Będę potrafiła/potrafił wyjaśnić przyczyny emigracji Żydów w czasie wojny i po wojnie”.


Życie po Sobiborze


– Jak zmieniła się sytuacja bohatera po ucieczce z obozu? – Jak, w stosunku do okresu przed pobytem w obozie, wyglądały stosunki z nie-Żydami? – Kim były spotkane przez ocalałych z obozu osoby?”.

Takie (i podobne) programy, nazywające się „krzewieniem tolerancji”, przerabia się obecnie w polskich szkołach. Co ma być celem takich lekcji? Tu każdy Czytelnik, szczególnie rodzic dzieci w wieku szkolnym, powinien sam sobie odpowiedzieć. Trudno przecież nazwać to lekcją historii, jeśli nie ma żadnej krytycznej konfrontacji takich opowieści z powszechnie znanymi faktami. Ale kto ma to konfrontować i pilnować, aby uczono przede wszystkim prawdy, aby ideologia – choć inaczej nazwana niż onegdaj – nie dominowała szkolnych programów? Wpływ rodziców na szkołę jest obecnie tak naprawdę minimalny. Tam, gdzie są protesty, rodzice są piętnowani. Można o tym poczytać choćby w „Gazecie Wyborczej” (z 11 grudnia 2008 r.). Artykuł „Krzewią tolerancję wśród gimnazjalistów” pokazuje, jak działa jeden z takich programów:

„- Do naszego gimnazjum uczęszczają dzieci różnych narodowości, wyznań, o różnym kolorze skóry czy z małżeństw mieszanych narodowo. Inność budzi zaciekawienie – tłumaczy Małgorzata Brzózka, wychowawczyni dwóch klas biorących udział w warsztatach z gimnazjum nr 47 przy ul. Grenady 16 na Woli.

Żeby młodzież z gimnazjum mogła uczęszczać na zajęcia, potrzebna była zgoda rodziców. – W moich klasach zgodzili się wszyscy, ale wiem, że w innej 10 rodziców zgody nie wydało. Nie wszyscy są otwarci, dlatego takie programy są potrzebne – mówi Małgorzata Brzózka.

[…] Na zajęciach młodzież odgrywa scenki, podczas których musi zareagować na różne objawy nietolerancji lub wcielić się w osobę szkalowaną lub piętnowaną. – Dzięki temu młodzież może przełożyć wiedzę szkolną na praktyczną. Czasami widownia podpowiada, jak rozwiązać sytuację – opisuje Anna Ciszewska, jedna z edukatorek. Efekty pracy na zajęciach plastycznych i fotograficznych zostaną zaprezentowane na wystawie”.


Wybijanie nietolerancji z uczniowskich głów


Od wojny i okupacji minęło kilkadziesiąt lat. Świadków tych wydarzeń już prawie nie ma w polskich domach. Rodzice – zabiegani i zajęci coraz bardziej tylko sobą – zostawiają edukację swych dzieci szkole. Uzupełnieniem są telewizja, internet i gry komputerowe. Nawet jeśli któryś z uczniów zdołałby się przebić przez gmatwaninę opowieści Białowicza i skonfrontować je krytycznie z dostępnymi źródłami, nie ma szans w bezpośrednim starciu z nauczycielem oraz „edukatorem/edukatorką”. To edukator realizuje przecież program szkolny i stawia określone wymagania uczniom, wynikające z narzuconych odgórnie programów. I to on stawia oceny. Po co więc ryzykować? Po co się narażać? Tym bardziej że zbyt dociekliwy uczeń, który zacznie stawiać trudne pytania, nie uzyska znikąd pomocy. Pozostaje więc sam, bezradny i pozbawiony łatwego dostępu do wartościowych, ale innych źródeł na ten temat. Nie pomoże mu dom, w którym coraz mniej jest książek, nie dotrze do bezpośrednich świadków historii, którzy mogliby mu coś więcej powiedzieć. Nie ma w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, różnorodnego i mogącego wyciągnąć pomocną dłoń, udostępniającego alternatywne podręczniki i źródła historyczne, wolne od obciążeń, wykazanych powyżej.

A szkoła cały czas robi swoje: „Już dzieci w szkole uczą się nietolerancji. Później stereotypy te tylko się utrwalają. Aby je zwalczać, trzeba rozpocząć pracę wychowawczą wśród najmłodszych” – poucza w „GW” (z 5 marca br.) Władysław Bartoszewski (zwany tam „profesorem”). Mówił to podczas promocji materiałów edukacyjnych, które przygotowano „przy współpracy Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE oraz Dom Anny Frank w Amsterdamie. […]

Pakiety wydano w kilku wersjach językowych, a przygotowali je eksperci z siedmiu krajów. Pierwszy z zeszytów poświęcony jest historii antysemityzmu w Europie, drugi ciągłym zmaganiom z antysemityzmem, trzeci dotyczy problemu uprzedzeń i stereotypów”.

Czy ten trzeci dotyczy czegoś innego niż antysemityzm? Pewnie też nie. A czy to są jedyne przypadki uprzedzeń i stereotypów, z którymi spotyka się (lub spotka się) młody Polak we współczesnym świecie? Opowieści Białowicza co najwyżej nauczą go nienawiści do własnego kraju i własnych przodków. Co zrobi, jak trafi na inne tego typu opowieści wynikające z… uprzedzeń i stereotypów dotyczących polskiego społeczeństwa? Nic, bo będzie już do tego odpowiednio przygotowany w szkole. A jaka jest siła szkolnej (anty)edukacji, możemy zaobserwować na przykładzie żywotności seriali „Stawka większa niż życie” czy „Czterech pancernych i psa”. Dla wielu ówczesnych uczniów (z lat 60. XX w.) był to podstawowy, a może i jedyny kontakt z polską historią i taki wśród nich pokutuje do dziś.


Nie tylko Białowicz…


Opowieści Białowicza, tak usilnie promowane w szkolnych programach „edukacyjnych”, to nie jedyne tego typu historie przesiąknięte fałszywymi stereotypami i uprzedzeniami, pozbawione szerszego kontekstu, niekonfrontowane z innymi, dostępnymi źródłami, o znacznie większej wiarygodności. Tym, którym opowieści Białowicza nie wystarczą, polecam na przykład książkę dr. Tobiasza Cytrona „Dzieje zbrojnego powstania w Getcie Białostockim” (Tel Awiw, 1996). Ten autor promuje historię polsko-żydowską tamtych lat w podobnym duchu:

„Oddział ‚Białe Kożuchy’ założony został przez grupę krzepkich, śmiałych i nie znających strachu chłopców z Białegostoku. […] Trudno było zaliczyć ich do ludzi wyjątkowo moralnych i uczciwych, nie zawsze byli w zgodzie z obowiązującym w przedwojennej Polsce kodeksie karnym. Nie przeszkadzało im to jednak być dobrymi Żydami i jednym z ich haseł było: pomoc Żydom – zawsze i wszędzie. […] prowadzili samodzielną, niezależną politykę i nigdy nikogo się nie radzili. Prowadzili nawet tajne pertraktacje z miejscowym, raczej niezbyt przychylnym Żydom oddziałem AK, od którego dostali broń. ‚Białe Kożuchy’ dowiedziały się jednak przypadkiem, że ów oddział AK zamierza ich zlikwidować. […] wystarczyło to, by po oddziale AK nie pozostał nawet ślad. Żyda należy szanować – powiedzieli, bez dalszych komentarzy”. Mamy tu niewątpliwy opis zbrodni na ludziach, którzy przyszli im z pomocą, dając to, co wówczas było najcenniejsze, czyli broń. Wystarczyło jednak bezpodstawne podejrzenie, aby darczyńców po prostu zamordować. I czym tu się chwalić?

Nie mniej ciekawych rzeczy dowiadujemy się od Cytrona o powstaniu w getcie białostockim: „Dzięki pomocy Niemców powstańcy w getcie i partyzanci dostawali broń, fałszywe dokumenty, kennkarty, a niejednokrotnie również miejsce schronienia w czasie łapanki. Wspomniani Niemcy udzielali również moralnego wsparcia partyzantom [żydowskim – przyp. L.Ż.] w lasach. Powstańcy i partyzanci popadali niejednokrotnie w trudne sytuacje, z których wyjść mogli tylko dzięki pomocy owych Niemców” (s. 71). Skoro Niemcy dawali broń i udzielali Żydom wszelkiego wsparcia, a we wrogim, czyli polskim otoczeniu popadali Żydzi w „trudne sytuacje”, to czas na wyciągnięcie wniosków. Powinny być one tym mocniejsze, im więcej z tej książki zdołamy skorzystać. Na temat tego, co się działo w Polsce po wojnie, Cytron ma podobne wizje, jak wspomniany wyżej Białowicz: „Setki Żydów – kobiety, mężczyźni i dzieci – zginęły już pod koniec wojny. AK-owcy szaleli wszędzie, na drogach, w pociągach. Zatrzymywali jadące pociągi, wyprowadzali z nich Żydów i strzelali do nich. Zdarzało się, że wdzierali się do żydowskich mieszkań i zabijali na miejscu wszystkich mieszkańców” (s. 79).

Taką literaturą zachodni czytelnicy karmieni są od kilkudziesięciu lat, zatem osławione „polskie obozy zagłady” to przy tym po prostu drobiazg. Teraz jednak ta literatura jest masowo wydawana w Polsce (co potwierdza niedawna dyskusja nad dziejami grupy braci Bielskich w Puszczy Nalibockiej). Co więcej, na ogół takie pozycje są dotowane przez polskie instytucje państwowe, wychodzą więc w znacznej części za nasze pieniądze. Na książki bardziej poważne i rzetelne tych środków nie starcza, zresztą, po co robić zamęt i na ten sam temat wydawać rozbieżne rzeczy? Wystarczy jednomyślność, bo przecież tylko ta służy krzewieniu tolerancji…


Straszne dzieje po 1989 roku


W jakim kraju żyjemy po 1989 roku? Co się w nim zmieniło i czy były to zmiany korzystne? Na ten temat Polacy toczą spór od dwóch dziesięcioleci. Niepotrzebnie, znalazłem bowiem ciekawą i bardzo oryginalną wykładnię tych zmian zamieszczoną w poważnej książce, wydanej przez poważną instytucję, w dodatku dotowanej z budżetu państwa:

„Po zmianie ustroju w 1989 r. w Polsce popadłem ponownie w lęki i rozdwojenie jaźni. […] Żyję jak niektórzy Żydzi w czasie okupacji na aryjskich papierach. Boję się swego otoczenia. Nie ujawniam swego pochodzenia.

Przyczyną jest legalizacja partii skrajnie nacjonalistycznych, głoszących oficjalnie antysemityzm. Uznano za bohaterów narodowych żydobójców spod znaku NSZ. Brak odpowiedniej reakcji ze strony władz państwowych, mediów oraz światłej części ludzi nauki i kultury polskiej jak i władz kościelnych. […]

Obecnie coraz częściej odczuwam lęk przed zwycięstwem prawicy nacjonalistycznej. […]

W ogóle czuję się dziś tak, jak w punkcie wyjścia niniejszych wspomnień, kiedy to chłoptasie z Hitlerjugend, SS i różnych Sonderkommando, zaczynali swoje dzieło wprowadzania w okupowanej Polsce nowego ładu w Europie” (Izydor Landersdorfer „Na liście Schindlera”, w: „Losy żydowskie. Świadectwo żywych”, pod red. Mariana Turskiego, Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, Warszawa 1999, s. 202).

A więc mamy teraz w Polsce to, co stało się we wrześniu 1939 r. – z tą tylko różnicą, że „chłoptasie z Hitlerjugend, SS i różnych Sonderkommando” zastąpieni zostali członkami obecnie działających partii politycznych. Po co więc nam jakaś powolna edukacja w zakresie krzewienia tolerancji? Czy będzie skuteczna? Ironicznie można powiedzieć, że tu potrzebna jest zdecydowana, jednoznaczna międzynarodowa akcja, polegająca na przymusowej i brutalnej denazyfikacji polskiego społeczeństwa, bo jak widać, 45-letnia lekcja, dawana nam przez postępowych i tolerancyjnych komunistów sowieckich i ich agentury – jeszcze nie przyniosła oczekiwanych wyników.

drukuj