Czysta energia nie dla Polaków?

W sytuacji, gdy u naszych zachodnich, a także południowych sąsiadów rozpoczął się boom na rozwój energetyki geotermalnej, Polska znowu pozostaje w tyle, choć ma jedne z największych złóż w Europie. Sytuację próbuje zmienić garstka zainteresowanych, licząc na państwowe wsparcie, bo to właśnie dzięki niemu u naszych sąsiadów ta dziedzina się rozwija. Niestety, obecny rząd daje jasny sygnał, że nie jest zainteresowany geotermią i zrywa umowę w sprawie finansowania wierceń w Toruniu. Wygląda to wprost na blokadę inwestycji, choć władze mają usta pełne zapewnień o wspieraniu innowacyjnych i ekologicznych projektów.

Puste, jakby zapomniane tereny. Aż dziw, że niewykorzystane w mieście, znanym turystom nie tylko z pierników i kojarzonym z Mikołajem Kopernikiem, ale także z uczelniami i prężnie rozwijającą się nauką. Mimo to nie wszyscy wiedzą, że ponad dwa kilometry pod porastającą jeszcze te tereny trawą są jedne z największych w Polsce złóż wód geotermalnych. Tyle że dotąd niewykorzystywanych. Od ponad dwóch miesięcy wzrok przykuwa jakby wieża, otoczona maszynami, rurami i kontenerami. Ten niezwykły kontrast zdaje się zapowiadać zmiany.

Pośrodku widać wysoką konstrukcję, a na niej napis: „Poszukiwania Nafty i Gazu Jasło Sp. z o.o.”. – To solidna firma – chwali o. Jan Król z Radia Maryja, reprezentujący także Fundację „Lux Veritatis”, która zleciła spółce wiercenia. – Mają ogromne doświadczenie w tej dziedzinie, wykonali już ponad 2000 odwiertów, w większości w poszukiwaniu ropy i gazu, ale także źródeł geotermalnych – dodaje. Żaden z pracowników firmy, decyzją szefów, nie może się wypowiadać dla mediów. Rozmawiam więc z ojcem Janem, który stara się nadrobić tę niedogodność. Rekompensuje ją trochę wiadomość, że tego dnia (czwartek) wiertło przekroczyło głębokość 2351 metrów. Co to znaczy?


Woda na wyciągnięcie ręki


Czyżby pierwsze złoża wody geotermalnej? Ojciec Jan potwierdza moje domysły. – Właściwie tak, ale najpierw przeprowadzimy badanie geofizyczne, następnie pompowanie płuczki [substancja ciekła lub gazowa służąca m.in. do chłodzenia wiertła, wydobywania na powierzchnię tzw. zwiercin, i zabezpieczania ścian wyrobiska przed osuwaniem się – przyp. red.]. Dopiero później wypompujemy gorącą wodę ze złoża – mówi. Ojciec zastrzega jednocześnie, studząc nieco emocje, że będzie to pierwsze złoże wody, która najprawdopodobniej będzie miała temperaturę ok. 65 stopni C i zapewne duży stopień zanieczyszczenia, co oznacza, że trudno będzie ją wykorzystywać zarówno w celach energetycznych, jak i balneologicznych, czyli do kąpieli w ciepłej, wysoko zmineralizowanej wodzie, pomocnej w leczeniu wielu schorzeń.

– Dlatego naszym celem jest wapień muszlowy – dodaje redemptorysta. Po jego przebiciu na głębokości ok. 3000 metrów eksperci spodziewają się znaleźć wodę o temperaturze nawet ponad 90 stopni. Wtedy zostaną przeprowadzone kolejne badania. Po ich wykonaniu będą znane dane na temat temperatury wody na tej głębokości, jej zasobności i składu. Co to da? Odpowiedź na pytanie, czy woda będzie wystarczająco gorąca, by można ją było wykorzystać także do produkcji prądu, czy „tylko” ogrzewania pomieszczeń widocznej na niewielkim wzniesieniu Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej i balneologii oraz napełnienia wodą basenów.

Na pytanie, kiedy uda się przewiercić horyzont wapienia muszlowego, o. Król odpowiada: – Wiele może się zdarzyć, trudno powiedzieć.

Po przekroczeniu głębokości 2 km co pięć metrów pobierane są próbki do badania. Trzeba być ostrożnym, bo można natrafić np. na gaz. Niestety, eksperci nie wierzą, by udało się znaleźć jakieś większe złoża, za to można natrafić na niewielkie stężenia, które mogą stanowić zagrożenie dla prac wiertniczych. Na szczęście są zabezpieczenia przeciwerupcyjne na wypadek np. dowiercenia się do gazu czy wypływu wody pod dużym ciśnieniem.


Pić już można


– Więc jeszcze trochę poczekamy na efekty wierceń? – pytam. – Właściwie wodę już mamy – odpowiada zagadkowo o. Jan Król. – Do picia – dodaje. – Nadaje się? – nie dowierzam. – Nie jest to woda mineralna, ale można ją spokojnie pić bez przegotowania. Wydobywamy ją z głębokości ok. 70 m – wyjaśnia. To pierwszy konkretny efekt wierceń, dający nadzieję na inne, jeszcze większe.

Spoglądam na dużą drewnianą jakby szufladę, w której widać coś, co przypomina wygładzony kamień. – Zaraz zobaczymy rdzenie, te akurat to piaskowce – wyjaśnia o. Król. – To może byłby kolejny konkretny efekt wiercenia? – pytam. Towarzyszący nam przez chwilę kierownik nadzorujący prace wiertnicze uśmiecha się, kręcąc przecząco głową. – Ten rodzaj piaskowca nie nadaje się do eksploatacji do celów handlowych, ale pokazuje strukturę gruntu – wyjaśnia o. Król.

Liczba próbek wskazuje, że pokłady piaskowca nie były małe. Jakie wiertła radzą sobie z tak grubą skałą? Ojciec Jan pokazuje na coś, co wcale nie przypomina wiertła, ale dzięki specjalnie dobranemu stopowi metalu z diamentowymi rdzeniami świetnie sobie radzi nawet ze skałami.


Wiercenia kontrolowane


Po drugiej stronie placu mój wzrok przykuwa duży kontener z napisem „Datawell”. – Tu analizowane są na miejscu wyniki badań. Podobnie zresztą jak w innym, stojącym nieopodal. – Na monitorach komputerów bezpośrednio analizowane są m.in. stan płuczki w poszczególnych zbiornikach, ciśnienie pompy, ciężar na haku, na którym wisi wiertło, itd., a także przepływ przez wiercony otwór.

Po co tyle badań? Po pierwsze, by mieć dokładny obraz struktury geologicznej ziemi w miejscu wiercenia. To bardzo ważne dane służące później także do sporządzania map geologicznych. Po drugie, badania te pozwalają uniknąć jakichś nieprzewidzianych problemów w trakcie wiercenia. Wreszcie po trzecie, są one wymagane w tego typu sytuacjach.

– Cały proces wiercenia jest nadzorowany przez Urząd Górniczy w Poznaniu. Więc wszystko musi się odbywać zgodnie z procedurami. Tu nie może być żadnej fuszerki – podkreśla o. Jan. Dodaje, że to nie jedyne warunki, które trzeba było spełnić. Z powodu niektórych z nich opóźniono nawet badania. Prace, które się rozpoczyna nie mogą zostać przerwane. Dlatego wiercenia mogły ruszyć po okresie lęgowym ptaków.


24 godziny na dobę


Ojciec Jan przyznaje, że prace idą na razie nawet szybciej, niż przewidywano. – Jeśli więc nie będzie żadnych nadzwyczajnych przeszkód, przed Świętami Bożego Narodzenia być może będą znane dane także na temat drugiego, głębszego złoża wody? – pytam. Ojciec Jan nie zaprzecza, przyznaje też, że być może wszystkie prace uda się zakończyć wcześniej niż w marcu, jak do tej pory zakładano.

Dzień w dzień, 24 godziny na dobę co najmniej 7 ludzi, zmieniając się co 12 godzin, obsługuje ogromne wiertła, pompy i szereg innych maszyn, których przeznaczenia trudno domyśleć się laikom patrzącym na nie pierwszy raz w życiu. Jednak o. Król jest tu niemal codziennie. Z iskrą w oku tłumaczy, co dzieje się z mieszaniną wody i ziemi, a czasami skał wydobywanych w trakcie wiercenia, a potem z tym, co po nich zostaje. – Tu pompowana jest płuczka, następnie są pobierane próbki do analizy – tłumaczy, pokazując następne „szuflady” z próbkami.

Jednak wykonywany obecnie odwiert badawczy to nie wszystko. Trzeba będzie wykonać co najmniej jeszcze jeden otwór, którym będzie wtłaczana schłodzona, wykorzystana wcześniej woda. Może on być wiercony jednak nie w tym samym miejscu, ale co najmniej kilometr dalej, to znaczy dno jednego i drugiego otworu musi być od siebie oddalone co najmniej o kilometr. – Chodzi o to, aby schłodzona woda nie była z powrotem zasysana pierwszym otworem – tłumaczy o. Jan. – Nie będzie problemu, by wiercić drugi otwór aż kilometr dalej? – pytam. – Poradzimy sobie – odpowiada redemptorysta.

Nagle podbiegają do nas dwa nieduże psy. – To też członkowie załogi? Pilnują terenu wierceń? – pytam. Jeden z pracowników tłumaczy, że przybłąkały się, gdy przygotowywano teren pod rozpoczęcie prac. – Przydają się? Przeganiają wścibskich dziennikarzy? – żartuję. Okazuje się jednak, że trafiłem. – W zeszłym tygodniu szczekały na ekipę chyba z „Super Expressu”. Z krzaków fotografowali teren wiercenia – potwierdza o. Jan.


Wbrew blokadzie władz…


Odważnej inwestycji w Toruniu nie sprzyja nie tylko większość mediów, ale także władze, choć zwykle i jedne, i drugie deklarują wsparcie dla innowacyjnych i ekologicznych inicjatyw. Z powodu zerwania przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej umowy w sprawie finansowania wierceń i dwukrotnego zablokowania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przeprowadzenia publicznej zbiórki funduszy inwestycja może być zagrożona. Bowiem wiercenia i badania są bardzo kosztowne.

Fundacja w długiej korespondencji odpowiadała na zarzuty NFOŚiGW, który nie zmienił jednak zdania, a jego przedstawiciele przyparci do ściany odpowiadają: „W takim razie idźcie do sądu”. Fundacja „Lux Veritatis” zapowiada więc wytoczenie procesu NFOŚiGW za zerwanie umowy w sprawie finansowania wierceń.

Ojciec Jan nie łudzi się, że proces zakończy się szybko. – Wynajmą pewnie najlepszych prawników i będą walczyć do końca – mówi. Tymczasem fundusze są potrzebne już teraz. Bo to od nich zależy to, czy ten z wielu powodów pionierski projekt dla Polski zostanie zrealizowany. Ponadto trzeba pamiętać, że koncesja na badanie jest ważna tylko przez 4 lata od momentu jej wydania. Dlatego los toruńskiej geotermii tak bardzo zależy od solidarności nas wszystkich, od rozumiejących potrzebę tej inwestycji.


…i trudnościom


To, że inicjatywa jest potrzebna, nie ma wątpliwości o. Jan Król. – Przecież nasz kraj ma jedne z najbogatszych zasobów geotermalnych w Europie, a pozostajemy w tej dziedzinie w tyle nie tylko za krajami Starej Europy, ale np. za Węgrami i Słowacją – tłumaczy. Rzeczywiście, w Polsce jest zaledwie kilka zakładów geotermalnych wykorzystujących ciepłe wody w celach grzewczych. Niewiele więcej mamy ośrodków balneologicznych. Tymczasem w Niemczech tylko w Bawarii działają już dwie elektrownie geotermalne, złożono też 70 nowych wniosków w sprawie budowy takich obiektów. W Polsce jednak nikt dotąd nie odważył się na budowę elektrowni geotermalnej. Dlaczego?

Geotermia w Polsce dopiero zaczyna się rozwijać, a co za tym idzie, trzeba przezwyciężać związane z tą technologią problemy. – Staramy się uczyć na błędach innych i unikać ich – mówi o. Król. Jednym z nich było w niektórych miejscach montowanie metalowych rur do tłoczenia wody, nawet tej o wysokim stopniu mineralizacji. – Chodzi o to, że gdyby np. zepsuła się pompa i opadłby poziom tej wysokozmineralizowanej wody, do rur dostałby się tlen, co rozpoczęłoby procesy korozji – tłumaczy redemptorysta. Rozwiązaniem jest zastosowanie specjalnych rur odpornych na korozję wykonywanych z włókna szklanego, tzw. fiberglassu. Niestety, są one bardzo drogie, to kolejna przeszkoda. Na szczęście stosuje się je do 400 metrów w głąb odwiertu. – Praktycznie jest niemożliwe, by poziom wody opadł niżej, nawet w przypadku awarii – wyjaśnia o. Jan. Niżej używane są rury metalowe, ale także one muszą spełniać wysokie wymagania technologiczne.

Inny problem, z którym zmagają się podmioty zainteresowane geotermią, to zapewnienie odbiorcy dla wydobytej energii cieplnej. By ją maksymalnie wykorzystać, odbiorca powinien być jak najbliżej. Z tym również nie ma problemu w Toruniu, bo Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej jest oddalona od miejsca wiercenia niecały kilometr. Wreszcie trzecim problemem, z którym zmagają się dotąd niektóre zakłady geotermalne funkcjonujące już w Polsce, jest rachunek ekonomiczny. Chodzi o to, żeby mógł się on zamknąć dodatnio, najlepiej jest jak najszerzej wykorzystać wydobytą wodę. Dlatego Fundacja „Lux Veritatis” myśli zarówno o budowie elektrowni geotermalnej, jak i ciepłowni, a także wykorzystaniu ciepła podziemnych wód w ośrodkach balneologicznych i basenach.

Według ekspertów, właśnie w Toruniu mogą być bardzo dobre warunki ku temu, by powiodły się te plany, bo spodziewają się odkrycia wód o wysokiej temperaturze i potencjalnie jest tam wielu odbiorców. Pomimo że informacje na ten temat są znane od dawna, nikt nie odważył się podjąć ryzyka. Fundacja „Lux Veritatis” podjęła wyzwanie.


Nie jesteśmy skazani na import, możemy sami zarabiać


O tym, że jest to potrzebna inwestycja, przekonany jest również ekspert w dziedzinie energetyki prof. Jacek Zimny z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. – Trzeba pokazać Polsce i światu, że te gigantyczne zasoby są, że można je wykorzystać dla dobra wszystkich – podkreśla. Dodaje, że będziemy płacić sążniste kary za niespełnienie dyrektyw Unii Europejskiej, która zobowiązała wszystkie państwa członkowskie do zwiększenia udziału energii odnawialnej w ogólnym bilansie do 7,5 proc. w 2010 r. i 20 proc. w 2020 roku. Tymczasem na razie wykorzystujemy zasoby odnawialne w proporcji ok. 3 proc. do pozostałych, tradycyjnych źródeł pozyskiwania energii.

Zdaniem prof. Zimnego, problemy z rozwojem geotermii w Polsce wynikają głównie z powodów politycznych. – Uzależnienie od ropy i gazu importowanego ze Wschodu w wyniku kontraktów wieloletnich jest tak duże, że nie ma już miejsca na własną strategię energetyczną. Dlatego politycy nie chcą tego zmieniać. W ten sposób w wolnej Polsce kontynuuje się politykę rodem z PRL – mówi rozgoryczony, podkreślając, że nie zmieniła tego jak dotąd żadna z rządzących Polską ekip.

To, czy można ją zmienić, zależy od nas wszystkich. Polakom udało się już dokonać wielu rzeczy mimo niszczących działań władz. Jak mówią złośliwi, funkcjonowanie, i to całkiem niezłe, naszej gospodarki jest najlepszym tego przykładem. Chyba właśnie w tym należy w obecnej sytuacji upatrywać nadziei, że toruńskiej inicjatywy nie uda się zablokować i stanie się ona przykładem dla innych Polaków, jak budować niezależność, zarówno energetyczną, jak i finansową.


Mariusz Bober
drukuj