Wysiedleni – zapomniani

Do Polaków zajmujących mieszkania w Gdyni i innych miastach Pomorza coraz
częściej pukają Niemcy, którzy uważają się za właścicieli kamienicy lub domu i
żądają ich opuszczenia. Tragedia ludzi, którym po kilkudziesięciu latach odbiera
się dom czy nawet całe gospodarstwo, nie wzrusza rządu Donalda Tuska.

Historycy szacują, że w czasie II wojny światowej Niemcy wysiedlili z ziem
zachodnich blisko milion Polaków, a z terenów całej okupowanej przez III Rzeszę
Polski prawie milion siedemset tysięcy osób. Mimo że wysiedlanym Polakom wolno
było zabrać bagaż o wadze 20 kg na osobę dorosłą i 10 kg na dziecko (niezbędną
odzież i żywność), w przejściowych obozach przesiedleńczych byli obrabowywani ze
wszystkiego – nie tylko z biżuterii, ale także z bielizny, ubrań i pościeli. Po
selekcji młodzież i mężczyzn zabierano na "roboty do Rzeszy", a pozostałych
wysyłano bydlęcymi wagonami do Generalnego Gubernatorstwa. Ludwik Landau w
swojej "Kronice z lat wojny i okupacji" pod jedną z dat 1939 r. zapisał:
"Pierwszym punktem objętym tą akcją było Orłowo. (…) cała ludność miała się
zebrać w określonym punkcie, zabierano wszystkich bez względu na wiek, stan
zdrowia itd., była rodzina, która udała się w drogę z trumienką dziecka.
Zabierać wolno było tylko ręczny bagaż, pieniędzy nie więcej niż 20 zł;
przechodzono przez wielokrotne rewizje, przy których zabierano nie tylko
pieniądze, ale i kosztowności, zdzierając np. pierścionki z palców". O dramacie
wysiedlonych wiele pisała też prasa podziemna: "Dzikie sposoby stosowane podczas
wysiedleń pozostają bez zmian. Przeważnie nocą, około 20 minut czasu na
opuszczenie domu, tylko z węzełkiem. (…) odłączenie zdrowych i młodych z
natychmiastowym przeznaczeniem na roboty do Rzeszy"; "Rugi obejmują całe wsie.
Tysiące rodzin chłopskich, doszczętnie ograbionych pędzi się na punkt
zborny…".

Dla ofiar niemieckich represji nie ma pieniędzy
W 2007 r., w krótkim okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, Sejm przygotowywał
nowelizację ustawy kombatanckiej, na podstawie której osoby wysiedlone i
deportowane od września 1939 r. do marca 1940 r. mogły uzyskać status
represjonowanych. Rozwiązanie parlamentu położyło kres tym pracom.
Już wcześniej, w 2004 r., gdy władzę sprawował Sojusz Lewicy Demokratycznej,
posłowie Prawa i Sprawiedliwości dwukrotnie składali projekt takiej ustawy. Jego
inicjatorką była obecna senator PiS, a wówczas poseł, Dorota
Arciszewska-Mielewczyk, przewodnicząca Powiernictwa Polskiego, skupiającego
Polaków wypędzonych ze swoich domów przez Niemców podczas II wojny światowej.
Ówczesny marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz powiedział, że żadne ustawy,
które niosą ze sobą skutki finansowe, nie będą uchwalane, i schował projekt do
szuflady. Podobnie było z uchwałą Sejmu o reparacjach wojennych, podjętą głosami
posłów prawicy, którą SLD-owski rząd odrzucił, powołując się na nieistniejący
dokument z 1953 r., jakoby Polska zrzekła się reparacji od Niemców. Platforma
Obywatelska najpierw razem z SLD opóźniała prace nad uchwałą, żądając licznych
ekspertyz, a w końcu złożyła własny projekt, który w ogóle nie wspominał o
reparacjach, ale postulował uznanie na równi z roszczeniami polskimi wobec
Niemiec roszczeń niemieckich wobec Polski. Co ciekawe, interwencję przeciwko
uchwale Sejmu podjęła niemiecka ambasada.
Rządząca Polską od 2007 r. Platforma Obywatelska nie wykazuje żadnej woli
zadośćuczynienia ofiarom tych represji. W 2007 r. senator Piotr Andrzejewski
złożył projekt ustawy o potwierdzeniu wygaśnięcia praw rzeczowych na
nieruchomościach, które weszły w granice Rzeczypospolitej Polskiej po II wojnie
światowej, tak aby uregulować sytuację poniemieckich nieruchomości w Polsce oraz
uniemożliwić roszczenia ich dawnych właścicieli. Autorzy projektu chcieli
ponadto, by dawni właściciele lub ich spadkobiercy nie mogli występować o
wydanie odpisów z ksiąg wieczystych. Ale i ten projekt przepadł.
Polacy będący ofiarami niemieckich represji nie mają możliwości dochodzenia
żadnych odszkodowań od państwa niemieckiego. Potwierdził to Sąd Najwyższy w 2010
r. w sprawie wniesionej przez 72-letniego Winicjusza Natoniewskiego o
odszkodowanie od Republiki Federalnej Niemiec. Pan Natoniewski jako pięcioletni
chłopiec został ciężko poparzony w czasie pacyfikacji wsi Szczecyn na
Lubelszczyźnie i okaleczony na całe życie. Żądał 1 mln zł tytułem
zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, ale sąd, powołując się na immunitet obcego
państwa, oddalił jego pozew. Senator Arciszewska-Mielewczyk twierdzi, że sprawę
rozwiązałyby odpowiednie regulacje prawne i zniesienie tego immunitetu w
przypadku zbrodni przeciwko ludzkości (tak jak zrobili Włosi oraz Grecy), aby
represjonowani i poszkodowani Polacy mogli pozywać Niemców o odszkodowania za
zniszczone zdrowie i życie oraz zagrabione mienie. Niestety, od dwudziestu lat
wszelkie tego typu działania są torpedowane i uniemożliwiane.

Prawo silniejszych
W czasie wojny mienie wysiedlanych Polaków wraz z domami oraz innym nieruchomym
majątkiem przejmowali Niemcy i na podstawie hitlerowskiego dekretu uzyskiwali do
nich prawo własności z wpisem do ksiąg wieczystych. Dekret wydany w 1942 r.
mówił, że majątek ten jest mieniem porzuconym.
Jak się okazuje, księgi wieczyste po wojnie nie zostały zweryfikowane i
właścicielami wielu gdyńskich nieruchomości nadal są Niemcy. Nierzadko nie ma
już polskich spadkobierców, bo zostali wymordowani przez okupantów lub zmarli w
wyniku ciężkich warunków, w jakich musieli żyć po wysiedleniu z Gdyni, czy na
skutek niemieckich represji. Po wojnie można było tę sprawę uregulować, ale po
wydaniu 15 kwietnia 1945 r. przez Kwaterę Główną Naczelnego Dowództwa Armii
Czerwonej dyrektywy nr 1172 "O zmianie stosunku do Niemców" komendantury
sowieckie bardzo często na wójtów i burmistrzów na Pomorzu Gdańskim i tzw.
Ziemiach Odzyskanych powoływały Niemców. Chronili oni nie tylko interesy
ludności niemieckiej, ale też tworzyli niemiecką administrację. Stan ten trwał
do 1948 roku. Wystarczy przywołać przykład Kołobrzegu, gdzie najlepsze i
najmniej zniszczone dzielnice miasta zajmowali Niemcy, chronieni przez Sowietów,
a przyjeżdżający z Kresów Polacy zasiedlali zrujnowane i zniszczone domy.
Podobnie było w innych miastach, także w wojewódzkich, np. w Gdańsku, gdzie w
1945 r. istniała niemiecka policja!
Sytuacja ta budziła w Niemcach przekonanie, że Polska tylko tymczasowo zajmuje
te obszary, a ich wpływy w administracji lokalnej skutkowały tym, że nazwiska
Niemców, którzy zagrabili Polakom nieruchomości, do dziś są zapisane w księgach
wieczystych. W Skarszewach, w których we wrześniu 1939 r. Niemcy zamordowali 360
Polaków, po wojnie sowiecki komendant wojenny pozwolił Niemcom na sprzedaż
nieruchomości przed opuszczeniem przez nich Polski. Tym sposobem znaczna część
wywłaszczonych w czasie wojny Polaków i ich spadkobierców nie może w świetle
obowiązującego prawa dochodzić tytułu własności.
Dziś często zdarzają się takie sytuacje, że Polacy zajmujący mieszkania w Gdyni
i innych miastach Pomorza są nękani przez Niemców, którzy zgodnie z wpisem w
księgach wieczystych uważają się za właścicieli kamienicy lub domu i żądają ich
opuszczenia. Do starszego pana mieszkającego przy ulicy Tatrzańskiej w Gdyni
zgłosiło się małżeństwo z Niemiec z życzeniem obejrzenia zajmowanego przez niego
mieszkania, w "którym podczas wojny rodzice spędzili najpiękniejsze chwile
swojego życia" (sic!). Do mieszkania w domu przy ulicy Jastrzębiej w Gdańsku (na
Stogach) zapukał młody Niemiec w wieku około czterdziestu lat w towarzystwie
tłumaczki. W trakcie rozmowy pokazywał przedwojenne dokumenty i wypisy z ksiąg
wieczystych, a na koniec powiedział, że ma sentyment do tego miejsca, więc
chciałby raz na rok pomieszkać "w domu swoich rodziców" przez dwa tygodnie.
Istnieją też w Polsce i w Niemczech wyspecjalizowane firmy prawnicze, które
przeglądają księgi wieczyste i odszukują Niemców figurujących w nich jako
właściciele nieruchomości lub spadkobierców tychże, proponując pośredniczenie w
ich odzyskaniu. Praktyka pokazuje, że dziś łatwiej odzyskać w sądzie
nieruchomość Niemcowi niż Polakowi, między innymi z tego względu, że Niemców
stać na prawników oraz wysokie opłaty sądowe, a Polacy nie mogą liczyć na żadne
wsparcie ze strony polskich władz, w tym również samorządowych.
Przykładem takich zaniedbań jest właśnie Gdynia – jedno z najbogatszych miast w
Polsce, przed wojną niemal w stu procentach zamieszkane przez Polaków. Jej
władze nie podjęły żadnych działań mogących pomóc przedwojennym gdynianom w
odzyskaniu praw własności. Wystarczy przywołać sprawę kamienicy przy ul.
Słupeckiej 21, którą pomimo wielu rozpraw sądowych otrzymali Niemcy, a nie
polski spadkobierca żyjący do dziś, a wysiedlony wraz z rodziną w 1939 roku.
W 2010 r. Stowarzyszenie Wysiedlonych Gdynian zwróciło się do rzecznika praw
obywatelskich z prośbą o pomoc ofiarom "dzikich wysiedleń" z ziem wcielonych do
Rzeszy w uznaniu ich za represjonowanych i w uzyskaniu zadośćuczynienia.
Rzecznik skierował sprawę do Biura Dyrektora Generalnego Urzędu do Spraw
Kombatantów i Osób Represjonowanych. Dyrektor Tomasz Lis odpisał, że
zadośćuczynienie wszystkim Polakom, których Niemcy wysiedlili ze swoich domów i
skazali na tułaczkę, głód oraz poniewierkę, nadmiernie obciąży budżet państwa.

Wysiedleń ciąg dalszy
Mieszkańcy domów przejmowanych przez Niemców o tym fakcie dowiadują się w
momencie, gdy w urzędzie miejskim przestaje być przyjmowana rata zapłaty za
wykup lub gdy składają wniosek o wykup. Wcześniej nikt ich o tym nie informuje.
Pięć rodzin zamieszkujących kamienicę przy ulicy Polanki 58 w Gdańsku-Oliwie
pewnego dnia otrzymało list od spadkobierców dawnego właściciela mieszkających w
Niemczech z żądaniem zapłaty czynszu. W ten sposób dowiedziały się, że dom, w
który przez wiele lat inwestowały, ponosząc koszty remontów, nie jest własnością
gminy. Warto dodać, że dawny właściciel kamienicy przy ul. Polanki przed wojną
nosił nazwisko August Lipkowski, ale od 1941 roku nazywał się już Lindhoff i
dziś takie nazwisko noszą jego spadkobiercy.
Szefowa Powiernictwa Polskiego senator Arciszewska-Mielewczyk uważa, że
niemieckie roszczenia można by powstrzymać, gdyby władze wystawiały Niemcom
rachunki za utrzymanie tych domów, za remonty, za inwestycje i za niepłacone
przez pięćdziesiąt lat podatki od nieruchomości. Rachunki te przekroczyłyby
wartość majątku. Wszystko jest kwestią odpowiednich regulacji prawnych. Dziś
sądy przyznają nieruchomości nawet tym Niemcom, którzy w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wyjeżdżali do Republiki Federalnej na tzw.
pochodzenie, a opuszczając Polskę, zrzekali się polskiego obywatelstwa oraz
nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa. W Niemczech otrzymali odszkodowanie za
pozostawione w Polsce mienie, ale aby ułatwić im roszczenia, niemieckie prawo
pozwala na zwrot uzyskanego odszkodowania, przy czym zwracają je w takiej
kwocie, jaką otrzymali kilkadziesiąt lat temu, czyli według dzisiejszej wartości
pieniądza jest to suma bardzo niska. W Polsce natomiast odzyskanie nieruchomości
przez Niemców jest kwestią decyzji sądu, bo prawo tych spraw w żaden sposób nie
reguluje. Na przykład w Nidzicy w województwie warmińsko-mazurskim sąd pierwszej
instancji wydał wyrok na korzyść Polaków – państwa Smolińskich, a sąd drugiej
instancji na korzyść Niemców ubiegających się o zwrot nieruchomości.
Nie ma też żadnych regulacji prawnych odnośnie do rekompensat dla osób
wysiedlanych z domów przejmowanych przez Niemców. W Nartach sąd nakazał gminie
zapewnienie lokalu wysiedlonym Polakom, a sąd w Gdańsku już o to się nie
zatroszczył. Pięć rodzin w ciągu trzech lat ma opuścić oddaną Niemcom kamienicę
i poszukać sobie innego miejsca do zamieszkania. Chociaż przez ostatnie
kilkadziesiąt lat ponosili koszty remontów i utrzymania domu, nie dostaną
żadnego odszkodowania.
Żeby zmniejszyć rozmiar tragedii ludzi, którym po kilkudziesięciu latach odbiera
się dom czy nawet całe gospodarstwo, posłowie PiS złożyli projekt ustawy o
rekompensatach, bo liczba roszczeń niemieckich jest coraz większa. Niestety, w
tym roku został on odrzucony przez obie izby parlamentu. Zdaniem poseł PiS Iwony
Arent, inicjatora projektu, dziś – nawet przy braku odpowiednich regulacji
prawnych – wystarczyłoby, gdyby sądy orzekały zgodnie z polską racją stanu.
Trzeba też więcej pisać o tych problemach i nagłaśniać każdą taką sprawę, a
poprzez publiczne i częste wypowiedzi prawników, szczególnie profesorów prawa,
którzy rozumieją, czym jest polska racja stanu, można doprowadzić do takiej
sytuacji, że będzie ona podstawą orzecznictwa sądów wobec niemieckich roszczeń.

Wysiedleni gdynianie nie otrzymują żadnej pomocy prawnej ani administracyjnej od
władz miasta. Nie robią też nic, aby dbać o pamięć Polaków, którzy przeszli
przez gehennę wysiedleń, a przecież to mieszkańcy Gdyni byli pierwszymi ofiarami
niemieckiej akcji przesiedleńczej. Nie ma tu pomnika upamiętniającego ofiary
niemieckich represji i nie prowadzi się żadnych działań edukacyjnych, które
podejmowałyby temat wysiedlonych i represjonowanych gdynian. W 1939 r. Niemcy
zaaresztowali cztery tysiące Polaków jako zakładników. Nigdzie w Gdyni nie ma
ulicy nazwanej ich imieniem, podobnie jak innych miejsc pamięci o zakładnikach.
To bardzo bolesne, bo wysiedleni to ludzie, którzy najpierw byli represjonowani
przez Niemców, a potem przez komunistów. Dzisiaj nie tylko nikt im nie
zadośćuczynił, ale też nikt o nich nie mówi, w przeciwieństwie do tzw.
wypędzonych Niemców, którzy przy obecnej polityce historycznej wkrótce mogą stać
się w powszechnej świadomości ofiarami deportacji XX wieku.

 

Anna Kołakowska

drukuj