Polowanie na Franczaka

Z Wiolettą Gut-Siudak, historykiem dokumentującym losy żołnierzy podziemia
niepodległościowego, doktorantką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana
Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki
 




Nie wszyscy Polacy zaakceptowali "wolność" przyniesioną na bagnetach przez
Armię Czerwoną. Wśród oponentów systemu komunistycznego był Józef Franczak ps.
"Lalek". Kim był bohater, którego losy opisała Pani w książce pt. "Ostatni
partyzant poakowskiego podziemia"?

– Według historyków, Józef Franczak był rzeczywiście ostatnim żołnierzem
poakowskiego podziemia. Zginął w 1963 r., a więc 18 lat po zakończeniu II wojny
światowej. Jeżeli chodzi o działalność konspiracyjną na ziemiach polskich, jest
to swoisty rekord. Z tego, co mi wiadomo, w bloku wschodnim ostatni partyzant
ukrywał się do 1978 r., ale to nie był Polak. Józef Franczak był synem
chłopskim, który – jak każdy dorastający chłopiec – miał marzenia. Ukończył
siedmioklasową szkołę w Piaskach i chciał zostać wojskowym. Jeszcze przed
wybuchem wojny ukończył Szkołę Podoficerów Żandarmerii Wojskowej w Grudziądzu.
We wrześniu 1939 r. został rozbrojony przez wojska sowieckie w Równem na Wołyniu
i jako jeniec wraz z wieloma żołnierzami polskimi, którzy podzielili ten sam
los, podążał na Wschód.

Skąd zainteresowanie właśnie tą postacią?
– O Józefie Franczaku ps. "Lalek" dowiedziałam się w czasie studiów na
Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Nauk Humanistycznych. Podczas
zajęć na jednym z seminariów prowadzący podsunął nam temat: "Ostatni Mohikanie
poakowskiego podziemia". Temat był interesujący, a mnie osobiście zaciekawiło,
jak rzeczywiście wyglądała partyzantka tych ludzi i jak długo walczyli oni z
systemem komunistycznym. Podczas poszukiwań, zwłaszcza w okolicach Lublina,
natrafiłam na "Lalka". Był to koniec lat 90., a jedyną dostępną wówczas
literaturę stanowiły książki Henryka Pająka: "Żelazny kontra UB", "Jastrząb
kontra UB" czy "Oni się nigdy nie poddali". Właśnie w tej ostatniej książce był
rozdział opisujący losy Franczaka. Głębsze zainteresowanie tą postacią skłoniło
mnie do skorzystania z materiałów, które wówczas znajdowały się w Archiwum
Delegatury Urzędu Ochrony Państwa w Lublinie, bo Instytutu Pamięci Narodowej
jeszcze nie było. Wprawdzie na wiosnę 2001 r., po prawie rocznych staraniach,
interesujące materiały udało mi się uzyskać, ale to, z czym się spotkałam,
przypominało scenerię rodem z filmu szpiegowskiego.

Co Pani ma na myśli?
– Żeby wejść do budynku i skorzystać z dokumentów, trzeba było spełnić wiele
procedur, łącznie z wylegitymowaniem. Jeden z funkcjonariuszy przyniósł mi
teczkę z dokumentami, po czym zaproszono mnie do pokoju, gdzie był stół, krzesło
i lampka. Dla młodego człowieka było to nie lada przeżycie. Osobiście czułam się
tak, jakbym cofnęła się do przesłuchań z lat 60. czy 70., a więc epoki, którą
chciałam opisać.
Zdawałam też sobie sprawę, że teczka, jaką mi przyniesiono, była zaledwie
częścią dokumentów UB czy SB, które mnie interesowały i tylko na tej podstawie
mogłam odtworzyć niepełną historię Józefa Franczaka.

Kiedy Franczak rozpoczął
działalność w podziemiu
niepodległościowym?

– Tak naprawdę Józef Franczak rozpoczął swą działalność jeszcze podczas wojny w
1939-1940 roku. Po wspomnianym już rozbrojeniu przez wojska sowieckie udało mu
się wymknąć z tej kolumny. Jak relacjonuje to siostra Franczaka, Czesława
Kasprzak, podczas jednego z postojów, przy studni nabierając wodę, "Lalek" zdjął
mundur. Po odpoczynku kolumna jeńców polskich ruszyła, a on pozostał
niezauważony przez Sowietów. Powrócił do swoich rodzinnych stron, tj. do Kozic
Dolnych k. Piasków, gdzie związał się ze strukturami konspiracyjnymi ZWZ-AK,
pełnił funkcję dowódcy drużyny, a następnie plutonu. W 1944 r. został wcielony
do 2. Armii WP, jego jednostka stacjonowała w Kąkolewnicy, gdzie był świadkiem
skazywania na śmierć żołnierzy AK. Na przełomie 1945 i 1946 r. został żołnierzem
mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora" – komendanta podziemia zbrojnego WiN
na Lubelszczyźnie.

"Lalek" brał udział w zamachach na utrwalaczy władzy ludowej, ale nie
tylko…

– Po wojnie, w 1946 r., Franczak został aresztowany przez grupę operacyjną
Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie. Podczas ucieczki
wraz z czterema innymi więźniami z transportu w obronie własnej zabił czterech
funkcjonariuszy UB. Było to pierwsze z przewinień, którego UB nie mogło mu
darować. UB i SB przypisywały mu również zastrzelenie dwóch osób narodowości
żydowskiej. Relacje świadków dowodzą jednak, że nie było to działanie na tle
antysemickim, ale w obronie własnej, skierowane wobec osób, których mógł nawet
nie znać. W ocenie siostry Franczaka, wspomnianej już Czesławy Kasprzak, nie
zrobił tego "Lalek", a jego kompan. Lista dokonań Franczaka, która znajduje się
w materiałach UB, jest dość długa. Można jednak powiedzieć, że wspierany przez
środowiska lubelskiej wsi brał on udział w akcjach rozbrajania występujących
przeciwko podziemiu posterunków MO, zdobywając tym samym środki na działalność
konspiracyjną i bieżące funkcjonowanie. Przykładem jest ostatnia akcja z lutego
1953 r., po której "Lalek" zaprzestał działalności zbrojnej, kiedy wraz ze
swoimi towarzyszami dokonał napadu na Kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach.
Podczas tej akcji zginął komendant posterunku MO, a kolejny milicjant został
ranny. Ponadto śmierć poniósł jeden z towarzyszy "Lalka", Stanisław Kuchcewicz
ps. "Wiktor". Tak naprawdę wszystkie informacje mające zdyskredytować Franczaka
pochodzą z archiwów ubeckich, ale tylko część została potwierdzona przez
świadków. Pozostałe zabójstwa członków PPR czy MO, prawdę powiedziawszy, są
przypisywane Franczakowi, ale czy on sam dokonywał tych egzekucji, czy też był
tylko w grupie, która się do tego przyczyniła, trudno dziś jednoznacznie
stwierdzić. Na pewno nie był to bandyta ani złodziej, ale patriota, człowiek,
który żył w takich, a nie innych czasach. Życie Józefa Franczaka i jemu
podobnych nie było łatwe ani proste. Można powiedzieć, że utrzymywali ich ludzie
z okolicznych wsi, a oni sami ukrywali się po lasach, musieli się też postarać o
broń, amunicję i niezbędne do życia pieniądze.

Kiedy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zaczął rozpracowywać Franczaka?
– W 1950 r. lubelska bezpieka otrzymała z Departamentu III Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego nakaz operacyjnego rozpracowania grup oporu
działających jeszcze wówczas na terenie Lubelszczyzny. W odpowiedzi na to został
opracowany plan, który przewidywał zorganizowanie grup operacyjnych dla
rozpracowania i likwidacji bandytyzmu. Natomiast w 1951 r. III Referat
Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Lublinie formalnie zapoczątkował
rozpracowanie "Lalka". Rozpoczął się werbunek ludzi, którzy mieli go schwytać.

Jaka była skala zaangażowania bezpieki w tę operację?
– Zaangażowanie było duże, bo przecież chodziło o "Lalka". W 1956 r. został
opracowany plan śledztwa przeciwko Franczakowi w celu zebrania informacji na
temat jego przestępczej działalności i zlokalizowania miejsca jego pobytu. Plan
operacyjny, który przyczynił się do schwytania "Lalka", nosił kryptonim "Pożar"
i został opracowany 25 marca 1962 roku. W rodzinnej miejscowości, a także w
okolicznych wioskach w promilu kilkunastu kilometrów rozpoczęło się szukanie
osób, które mogły się przyczynić do wytropienia Franczaka. Powstała sieć Tajnych
Współpracowników posuwająca się do takich kroków, że w jednym domu
współpracownikiem "Lalka" był ojciec, a syn był agentem UB i donosił. Na
podstawie materiałów IPN można stwierdzić, że przy rozpracowywaniu Franczaka z
SB współpracowało ok. 27 osób, byli to zarówno TW, jak i informatorzy. Liczba ta
nie obejmuje tzw. pomocników albo współpracowników, których określano mianem
kontakt obywatelski bądź pomoc obywatelska. Były to osoby, które wprawdzie nie
podpisywały współpracy, niemniej jednak informowały, gdzie się Franczak
znajduje, pisały anonimy i wskazywały, gdzie można go spotkać. Najbardziej
przykre jest to, że część z tych ludzi donosiła za pieniądze.

Zainteresowanie "Lalkiem" potwierdza, że był on niebezpieczny dla systemu…
– W województwie lubelskim Franczaka nazywano kadrowym bandytą, co znalazło swój
odzew również w liście gończym opublikowanym w 1961 r. w "Kurierze Lubelskim", w
artykule pt. "Kto zna miejsce pobytu groźnego bandyty?". Był to materiał z
jedynym zdjęciem, do jakiego dotarło UB, "Lalek" bowiem, decydując się na
działalność konspiracyjną, zabronił rodzinie posiadania jakichkolwiek dokumentów
dotyczących jego osoby czy zdjęć z jego podobizną. Zależało mu na tym, by UB nie
wiedziało, jak wygląda.

Mimo podejmowanych prób UB długo nie udawało się go schwytać…
– To zasługa osób, które go ukrywały. Niedawno spotkałam się z określeniem
"Janosik Lubelszczyzny", co znaczy, że ludzie uważali go za swojego bohatera.
Przez te wszystkie lata były różne sytuacje, jak chociażby choroba "Lalka",
który miał zapalenie płuc i musiał leżeć, co z kolei stwarzało zagrożenie dla
tych, którzy go ukrywali. Mimo że ludzie znali konsekwencje, to nie wahali się
mu pomagać. Ukrywali go na strychu bądź w stodole. Kiedy był chory, często
pomagała mu jego narzeczona Danuta Mazur, która jak tylko mogła, opiekowała się
nim.
Latem Franczak, nie chcąc narażać ludzi, ukrywał się w zbożu lub w lesie. Zawsze
zadbany "Lalek" był doskonałym konspiratorem i dłużej jak dwa, trzy dni nie
przebywał w jednym gospodarstwie. Miał bardzo dobry słuch i przez wszystkie lata
ukrywania wyrobił w sobie nawyki, które pomagały mu przetrwać. Tak naprawdę to
chyba nigdy dobrze nie spał, bo musiał czuwać. Najmniejszy szmer sprawiał, że
zrywał się ze snu, miał przy sobie pistolet i granat i na dobrą sprawę zawsze
był przygotowany, by odeprzeć zbliżające się niebezpieczeństwo. Witold Kotwicki,
który był małym chłopcem, kiedy Franczak przychodził do jego rodziców, gdzie
czasami nocował, wspomina go jako wielkiego bohatera i doskonałego konspiratora.
Jednocześnie bardzo doskwierała mu samotność, dlatego przygarnął psa. Nauczył go
czujności, a jakikolwiek szmer powodował reakcję psa.

Tak długa działalność konspiracyjna wymagała wsparcia. Kto i w jaki sposób
pomagał Franczakowi?

– Miał wielu współpracowników. Była to pomoc bezinteresowna, bo w sytuacji, w
jakiej się znajdował, tak naprawdę niewiele miał do zaoferowania. Owszem, za
dach nad głową czy za strawę próbował się odpłacić, pomagając ludziom np.
podczas prac polowych, naprawiając sprzęty domowe czy w sadzie przy zbieraniu
jabłek. Dodatkowym impulsem, który skłaniał ludzi do pomocy temu partyzantowi,
była chęć, by jak najdłużej grać na nosie komunistycznej władzy. Dlatego bez
względu na konsekwencje, mimo represji, zastraszania, przesłuchań, aresztowań, a
nawet tortur, ludzie robili wszystko, żeby Franczaka jak najdłużej nie dopadło
UB. Komunistyczne służby miały jednak swoje sposoby. Jak opowiadał mi Antoni
Lipa, przychodzono do niego o trzeciej w nocy, kazano mu się żegnać z rodziną,
zabierano go do lasu, gdzie kopał dół, w którym – jeżeli nie zadenuncjuje
"Lalka" – zostanie zakopany. Tak było wiele razy i nigdy nie wiedział, czy to
znów straszenie, czy może jest to ten ostatni raz, kiedy widzi najbliższych. To
był niekończący się czas próby, z której, chcąc przeżyć, za każdym razem musiał
wychodzić zwycięsko. To jego poświęcenie dla Ojczyzny stało się jeszcze bardziej
dramatyczne w 1958 r., kiedy urodził mu się syn. Franczak chciał zawrzeć związek
małżeński ze swoją narzeczoną, wspomnianą już Danutą Mazur, ale żaden z księży,
którzy i tak byli pod lupą SB, w obawie przed odwetem nie chciał mu udzielić
ślubu. Dodatkowo nie służyły temu informacje rozpowszechniane przez SB, że
Franczak to groźny, poszukiwany bandyta. Z tego związku, który nigdy nie został
formalnie zawarty, urodził się syn. Franczak po raz pierwszy widział swoje
dziecko, kiedy miało osiem miesięcy. Wówczas matka wyniosła je w zboże, gdzie
ukrywał się Franczak. "Lalek" chciał wrócić do rzeczywistości, do normalnego
życia, zresztą kontaktował się w tej sprawie z adwokatem, ale ten oznajmił mu,
że w najlepszym przypadku za zarzucane mu czyny dostanie karę dożywocia. Mimo to
Franczak chyba do końca miał nadzieję, która trzymała go przy życiu. Wierzył, że
może nadejdzie odwilż, że zmieni się ustrój, ludzie przejrzą na oczy, a wtedy
bez wieloletniego więzienia, bez tortur będzie mógł normalnie żyć w
społeczeństwie. Niestety, nie doczekał tego.

Jak doszło do pojmania i zabójstwa Franczaka, jaka była w tym rola tajnych
współpracowników aparatu bezpieki?

– Na pojmanie Franczaka złożyło się kilka elementów: wspomniany już plan i siła
środków skierowanych przez SB, żeby go ująć i jako bandytę usunąć, tym bardziej
że przez wiele lat to im się nie udawało. W pewnym momencie SB zwerbowało do
służby osobę z rodziny Danuty Mazur, mianowicie kuzyna Stanisława Mazura, w
aktach bezpieki figurującego jako TW "Michał". Człowiek ten był agentem od
wiosny 1963 r. i przekazywał informacje o Franczaku i jego pomocnikach. Nie
wiedząc, że to agent, Danuta Mazur ufała mu do tego stopnia, iż pośredniczyła w
nawiązaniu kontaktu z Franczakiem. A TW "Michał" wykonał swoje zadanie i 21
października 1963 r. w godzinach popołudniowych pod dom Beciów, u których od
kilku dni ukrywał się "Lalek", zajechały samochody z 35 funkcjonariuszami SB.
Franczak próbował uciekać i bronił się nawet, strzelając do otaczających go
funkcjonariuszy. Dosięgły go jednak kule i – jak twierdzi śledczy Ludwik
Taracha, który brał udział w akcji – kiedy funkcjonariusze podbiegli do
Franczaka, ten leżał z twarzą odwróconą do ziemi i ponoć żył jeszcze kilka
chwil. Z kolei zbierając materiały, natrafiłam na informację, że Franczak został
ranny w nogę i kiedy nie mógł już uciekać, nie chcąc się oddać w ręce SB,
zastrzelił się.

Co stało się z ciałem Franczaka?
– To nieprawdopodobne, ale zanim zwrócono ciało Józefa Franczaka rodzinie,
pozbawiono je głowy. Kiedy rozmawiałam z Czesławą Kasprzak i pytałam, jaki był
sens, żeby zabitemu człowiekowi ucinać głowę, siostra "Lalka" stwierdziła tylko,
że widocznie się bali, iż rany się zagoją, brat wstanie i dalej będzie im grał
na nosie. Była to zatem swoista psychoza komunistów, którzy nie mogli zdzierżyć,
że 18 lat po wojnie nie ma na Franczaka mocnych. Jak się dowiedziałam, głowa
Franczaka prawdopodobnie została przekazana Akademii Medycznej w Lublinie jako
preparat dla studentów. Potwierdził to w lubelskim Klubie Inteligencji
Katolickiej, podczas mojego wykładu po ukazaniu się książki, jeden z uczestników
spotkania, który w tym czasie studiował medycynę i widział głowę, o której na
uczelni mówiło się, że jest to głowa ostatniego partyzanta czy jakiegoś tam
bandyty. Wszystko wskazuje na to, iż była to głowa Franczaka.

W środowisku niepodległościowym, z którego wyrósł "Lalek", było wielu
żołnierzy niepokornych. Czy dzieje ich są równie tragiczne jak los Józefa
Franczaka?

– Rzeczywiście było ich wielu, jednak wszyscy zginęli wcześniej od Franczaka.
Podporucznik Zdzisław Broński ps. "Uskok" przebywał w swoim bunkrze i kiedy się
dowiedział, że po wyjściu czeka na niego delegacja UB, rozerwał się granatem. Z
kolei Edward Taraszkiewicz ps. "Żelazny" w 1951 r. został zamordowany przez UB,
a Stanisław Kuchcewicz ps. "Wiktor" zginął w wyniku ran odniesionych po ataku na
wspomnianą wcześniej Kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach. Taki był los tych,
którzy współpracowali z Franczakiem. Zdawali sobie sprawę, że podczas
przesłuchań nie czeka ich nic więcej oprócz maltretowania, woleli zginąć niż
oddać się w ręce bezpieki.

Wielu krewnych bohaterów podziemia antykomunistycznego było prześladowanych.
Jaki był los rodziny Józefa Franczaka?

– Ojciec Józefa Franczaka zmarł w 1966 roku. Wcześniej, żeby mu pomóc, sprzedał
dom, a pieniądze przekazał synowi, żeby miał się za co ukrywać. Z czworga
rodzeństwa Franczaka najczęściej kontaktowała się z nim Czesława Kasprzak. Nawet
po śmierci brata często wzywano ją na przesłuchania, nie zważając na stan
kobiety, która była w siódmym miesiącu ciąży. Co istotne, u dwóch sióstr
zakładano podsłuchy, a kiedy rodzina się zorientowała, służby próbowały im
wmówić, że są to kable jeszcze z czasów okupacji niemieckiej. Danuta Mazur,
narzeczona "Lalka", też często była "odwiedzana" przez pracowników resortu
bezpieczeństwa. Synowi Franczaka – Markowi, któremu z wiadomych przyczyn nie
wolno było używać nazwiska ojca, ponadto rodzice nie mieli ślubu, dopiero w 1992
r. sąd przyznał takie prawo.

"Lalek" doczekał się rehabilitacji?
– Mimo że próbowałam, w przypadku Józefa Franczaka nigdzie nie dotarłam do
sądowej rehabilitacji, tak jak ma to miejsce w przypadku innych "żołnierzy
wyklętych". Wiadomo, że został pochowany w bezimiennej mogile, bez głowy, na
cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie. Udało się odnaleźć ten grób tylko dzięki
pracownikowi cmentarza, który wskazał siostrze "Lalka", Czesławie Kasprzak,
miejsce pochówku brata. Dopiero w 1983 r. doprowadziła ona, do ekshumacji ciała
brata i przeniosła je do grobowca rodzinnego w Piaskach. Na grobowcu widnieje
napis: "Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nigdy nie doczekał". Właśnie
w Piaskach w marcu 2006 r. pod patronatem prezydentów Lecha Kaczyńskiego i
Ryszarda Kaczorowskiego, z udziałem prezesa IPN Janusza Kurtyki i innych
osobistości, w tym kombatantów z całej Polski, odbyła się uroczystość
upamiętniająca najdłużej walczącego partyzanta Polski podziemnej Józefa
Franczaka. Z kolei w 2008 r., w 90. rocznicę urodzin Józefa Franczaka, Lech
Kaczyński nadał pośmiertnie bohaterowi podziemia niepodległościowego Krzyż
Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczenie z rąk prezydenta
odebrał syn "Lalka" – Marek Franczak.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj