fot. www.facebook.com piotr.sywulak

Historia Piotra. Stadionowy chuligan zrozumiał, że Bóg nigdy go nie porzucił

Stadionowe rozróby łączył z byciem co niedzielę w kościele. Służył jako ministrant, a jednocześnie stał na bramce w agencji towarzyskiej. Po kolejnych żużlowych derbach w Gorzowie został zamknięty przez policję. Jego zdjęcie pojawiło się na pierwszej stronie w gazecie. Dotarło do niego, że może wszystko stracić. W rozmowie z portalem Radia Maryja Piotr Sywulak opowiada o swoim powrocie do Boga. Dziś ma żonę i dwójkę dzieci. Od zawsze miał serce do walki. Teraz odkrył, o co tak naprawdę warto toczyć bój na śmierć i życie.

***

RadioMaryja.pl: Czy przemoc może uzależnić?

Piotr Sywulak: Tak, może. Patrząc na mnie i środowisko, w jakim się obracałem, to nie mam wątpliwości. Przemoc jest uzależnieniem.

Trenujesz do dzisiaj sporty walki. Taki codzienny trening uzależnia, czy to zwykłe hobby?

W tym momencie mojego życia jest to hobby. Bo tak naprawdę sporty walki trenuję ponad 25 lat. To więcej niż połowa mojego życia. Choć kiedyś faktycznie traktowałem to jako uzależnienie. Od tego zaczynałem dzień. Od rozpisania treningu i diety. Po dwóch, trzech dniach bez treningu, nie potrafiłem już sobie znaleźć miejsca.

Jaka jest różnica? Dlaczego coś, co wcześniej było silnym uzależnieniem, teraz traktujesz jako hobby? Gdzie jest przyczyna tej zmiany?

Pan Bóg. To jest różnica.

To po kolei. Byłeś blisko Kościoła od dziecka.

Tak, jako młody chłopak zostałem ministrantem. Sporty walki pojawiły się, gdy byłem w szóstej, siódmej klasie. Wtedy pasja zaczęła się przeradzać w uzależnienie. Pochłonęło mnie to bardzo mocno. W wieku 15 lat zacząłem pracować jako ochroniarz. Trenowałem, bo wykonywałem taki zawód. Uwielbiałem pracę w ochronie. Stałem na bramkach w różnych klubach. W końcu trafiłem do agencji towarzyskiej na bramkę, gdzie pracowałem kilka lat. Obracałem się w towarzystwie, dla którego codziennością było pranie brudnych pieniędzy i czerpanie korzyści z nierządu.

Później kibice zabrali Cię na stadion.

Chłopacy ze stadionu zobaczyli, że lubię się bić. Brałem udział w rozróbach stadionowych, ustawce w lesie. To już była psychologia tłumu. Jeden krzyczy, i wszyscy idą za nim.

Jakie cechy trzeba mieć, by trafić na bramkę przed klub albo do chuliganki stadionowej?

Serce do walki. Ja nie bałem się dostać. I nie bałem się też uderzyć. Dzisiaj patrzę już na swoją pracę w ochronie z innej perspektywy. Do pewnego momentu stosowałem tylko przemoc. W czasie jednej interwencji na bramce uderzyłem chłopaka, który upadł i poszła mu krew uszami. Wtedy zrozumiałem, ile mogę stracić, i jaką krzywdę mogłem wyrządzić. Od tego momentu starałem się stosować w pierwszej kolejności perswazję. Jeśli to nie wystarczało, to sięgałem po siłę. W chuligance stadionowej była zasada: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Nie możesz patrzeć tylko na siebie. Musisz martwić się też o tych, którzy są wokół Ciebie. Na ustawce musisz mieć też pewność, że ludzie, którzy są obok Ciebie, będą chcieli Ci pomóc. Do tego dochodzi adrenalina, silna ambicja, chęć sprawdzenia się i pokazania przed innymi. Wtedy mi to imponowało.

Wróćmy do tego chłopaka, którego wyrzuciłeś z klubu. Co myślałeś o nim? Co myślałeś o tych wszystkich ludziach, których wyrzucałeś na ulicę?

Nie myślałem chyba nic. To była praca. Ktoś wypił dwa kieliszki za dużo i stawał się Rambo 3. Siła go rozpierała, chciał się sprawdzić z ochroniarzem. Nie patrzyłem wtedy, czy ma 1,5 m, czy może 2 m, czy waży 130 kilogramów. Nie było to dla mnie ważne.

Pytam o to, bo zastanawiam się, czy patrząc na tych ludzi wokół Ciebie postrzegałeś ich jako przegranych? Co myślałeś wtedy o sobie, czy siebie postrzegałeś w podobny sposób?

Pasowało mi wtedy takie życie. Miałem jako młody chłopak pieniądze. Wydawałem te pieniądze. To, co było na bramce, to była praca. Nie patrzyłem na pewno na drugiego człowieka tak, jak patrzę dzisiaj.

To co się zmieniło?

Poznawałem wtedy Renatę, teraz już moją żonę. Cały czas przecież byłem ministrantem przy ołtarzu.

Poukładajmy to. Stoisz na bramce w klubie.

W agencji towarzyskiej.

Chodzisz na rozróby stadionowe. I służysz jako ministrant.

Tak. Mój proboszcz, który widział, że w niedzielę przychodzę do kościoła na 7, pytał mnie, to pewnie jedziesz na wyjazd, na mecz. Chodziłem do kościoła, bo uważałem, że trzeba chodzić. I tyle.

I jak Pan Bóg przebił się do kogoś takiego jak Ty?

Postawił na mojej drodze kobietę. Renata pojawiła się u nas w kościele. Założyła zespół w parafii. Ja służyłem do Mszy, a mój kolega ministrant mówi mi, że fajna blondyna śpiewa. Potem nas sobie przedstawiono. Poznaliśmy się. Budowaliśmy relację. I przyszła niedziela, najważniejszy mecz w sezonie. Derby w Gorzowie. Pojechałem na mecz Falubazu. I już z niego nie wróciłem. Zostałem zawinięty przez policję. Zamknęli mnie. Wiedziałem, że Renia jest kobietą mojego życia. Wiedziałem, że wszystko, co miałem, mogę stracić. Moje zdjęcie pojawiło się na pierwszej stronie w gazecie. Dostałem 5 lat całkowitego zakazu stadionowego. Dostałem też grzywną. Od tamtej pory nie byłem na stadionie.

Ale od tamtej pory jest Renia.

Tak, która jest moją żoną. Mamy dwójkę dzieci. To był też moment przełomowy. Renia wzięła mnie do Koszalina na rekolekcje. Tam przeżyłem spowiedź generalną, modlitwę wstawienniczą. To był moment, który zmienił całkowicie moje myślenie. Na nowo poznałem Boga.

Jakiego Boga poznałeś na tych rekolekcjach?

Dowiedziałem się, że Pan Bóg mnie kocha. Mimo tego, jakim byłem człowiekiem; mimo tego, że byłem chuliganem, pracowałem po agencjach towarzyskich. Wtedy też mnie kochał. I nadal tak jest. Jego miłość jest niezmienna, mimo tego, jak postępujemy. Te rekolekcje były dla mnie niesamowitym doświadczeniem miłości.

Ile lat trwa ta nowa historia, nowego Ciebie, od tego pamiętnego zakazu stadionowego?

Dzisiaj już jestem siedem lat po ślubie, 9 lat minęło od zakazu stadionowego.

Jak Ci w tym nowym życiu?

Jestem wciąż kibicem. Ale straciłem wszystkich przyjaciół. Mówili mi, że jestem świrem. Inni twierdzili, że zmieniłem się tylko ze względu na żonę katechetkę. Renia uczy religii. I to jest właśnie niesamowite, jak nas Bóg połączył. Kobieta, która robiła wspaniałe rzeczy w Kościele, i ja gość ze stadionu.

Mówiłeś w trakcie naszej rozmowy o sercu do walki. To serce do walki wreszcie znalazło cel, o który chce tak naprawdę walczyć, czyli Boga, żonę, dzieci?

Jasne, że tak. To jest w ogóle świadectwo. Bo trzy miesiące po ślubie dowiedzieliśmy się, że żona jest w ciąży. A ja mam wypadek. Łamię sobie ręce, twarz mam po operacji, wymienione biodro. Nie mogę córek trzymać na rękach. Starsza rodzi się jako wcześniak. Renia ma wiele obaw. Stres, nerwy. Lekarze nie dają nam większych szans. I wtedy stawiamy na modlitwę. Ludzi w całej Polsce, ludzi na świecie. Dzisiaj Sara ma 6 lat. Ja jestem po sześciu operacjach rąk. Mam wymienione biodro. Wróciłem do treningów. Teraz, kiedy ludzie mnie spotykają, nie wierzą, że ja tak funkcjonuję. Według lekarza, który mnie ratował na OIOM, powinienem nie żyć. Wypadek miałem 2 października. Wiesz co to za dzień?

Nie.

Aniołów Stróżów. To anioł niósł mnie z dachu. (śmiech) Dzięki Panu Bogu dziś jestem w miejscu, w którym jestem. Robię studia. Skończyłem resocjalizację. Ludzie się śmieją, że chuligan skończył resocjalizację. Dzisiaj wiem, że bez Boga nie ma życia.

I dalej trenujesz.

Mam siłownię w kościele. Na 18 idę na Mszę. A na 18.30 schodzę pod kościół dla coś dla ciała. Na górze mam trening dla ducha, na dole trening dla ciała. Dzisiaj mówię wszystkim, że Dzieje Apostolskie, to księga, która się nie zakończyła. Ta historia może stać się naszym udziałem. Ja dzisiaj w swoim życiu widziałem wszystko. Wystarczy pozwolić Bogu działać. On żyje.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki również.

Tv Trwam News / radiomaryja.pl

drukuj