fot. R. Sobkowicz/Nasz Dziennik

Dowody są w Rosji

Z Jolantą Przewoźnik, wdową po szefie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeju Przewoźniku, rozmawia Piotr Falkowski

Co Pani sądzi o tym wszystkim, co się dzieje wokół wyjaśniania przyczyn katastrofy?

– Nie wchodzę w tę dyskusję publiczną. To nie znaczy, że nie interesuje mnie prawda. Też upominam się o dostęp do wszystkich dokumentów. Chciałabym się doczekać wreszcie zakończenia śledztwa i wniosków, wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy.

Wpisuje się w to przykra sprawa ograbienia ciała Pani męża przez rosyjskich żołnierzy. Wybiera się Pani do Smoleńska na ich proces?

– To po prostu była kradzież. Przede wszystkim oczekuję moralnego potępienia takiego zachowania. Okradanie ludzkich szczątków w każdej kulturze i cywilizacji jest nie do przyjęcia. Wiele razy podczas różnych prac związanych z upamiętnianiem, organizowanych przez Andrzeja, na przykład ekshumacji, ochraniali teren żołnierze rosyjscy czy ukraińscy. I nigdy nic podobnego się nie wydarzyło. Oczekuję, że sprawcy zostaną w odpowiedni sposób przez sąd w Rosji osądzeni. W końcu są za to odpowiedzialni, przyznali się. Sprawa ta jest prowadzona przede wszystkim w Rosji, to tam są wszystkie dowody. Chciałabym, żeby ta dramatyczna sytuacja, która dotyka osoby Andrzeja, już się zakończyła. Co do wyjazdu, to ciągle jeszcze się waham. Nigdy nie byłam ani w Smoleńsku, ani w Katyniu.

Pani mąż był tam kilkadziesiąt razy.

– Po katastrofie w Rosji byłam tylko raz, w celu identyfikacji ciała. Wtedy pojechałam, by znaleźć męża. Odnalazłam także obrączkę, która jest symbolem naszego bardzo udanego małżeństwa. W tym roku obchodzilibyśmy 25. rocznicę ślubu. Ja akurat nie mam żadnych wątpliwości związanych z identyfikacją, także na podstawie dokumentów, które otrzymałam z prokuratury.

Nigdy Pani nie pojechała z mężem na któryś z cmentarzy katyńskich?

– Nigdy nie byłam na żadnym z tych cmentarzy. To miało być kiedyś, w przyszłości, myślałam o podróży z rodzinami katyńskimi. Chciałam, żeby to był wyjazd z ludźmi, którzy przeżyli ten największy dramat. Tak się jednak nie złożyło. Obecnie odczuwam to inaczej. Teraz Smoleńsk i Katyń to są miejsca, które kojarzą mi się i będą kojarzyć zawsze z wielkim bólem i z wielką tragedią, już nie tylko narodową, ale i moją własną.

Pani mąż chyba nie planował kariery urzędnika państwowego?

– Poznałam Andrzeja w trakcie studiów historycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od początku miał bardzo sprecyzowane plany, to znaczy prowadzenie badań na tematy związane z historią najnowszą, w szczególności dotyczące relacji polsko-węgierskich. Opracowywał sprawę polskiej bazy kurierskiej w Budapeszcie, szlaków kurierskich. Interesowała go też cała historia Armii Krajowej, a najbardziej fascynujące losy żołnierzy z konspiracji, partyzantki, losy żołnierzy armii Andersa. To wszystko kształtowało się już w czasie studiów. Posiadał bardzo bogatą wiedzę historyczną i myślę, że „przebijał” w niej swoich rówieśników. A brało się to stąd, że już w latach 80. miał dużo kontaktów ze środowiskiem akowskim, jeszcze jako uczeń technikum geologicznego. Potem, jako student, prowadził klub historyczny, do którego należeliśmy. Poznawaliśmy tam historię, jakiej wówczas nawet na uniwersytecie nie uczono.

Został sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w bardzo młodym wieku.

– Miał zaledwie 28 lat. Propozycja padła ze strony Stanisława Broniewskiego „Orszy”. Andrzej pracował przy organizowaniu pierwszego Zjazdu Polonii w Krakowie i stamtąd następnego dnia wyjechał do Warszawy. Miał zająć się sprawami pamięci i okazało się, że jest w tym naprawdę dobry.

Sekretarz Rady jest powoływany przez premiera. Przez 18 lat sprawowania przez Pani męża tej funkcji było ich dziesięciu, wszystkich opcji. Jak mu się udawało dogadywać z politykami?

– Przede wszystkim był bezpartyjny. W Krakowie dorastał w środowisku bardzo konserwatywnym i patriotycznym, w wielkim szacunku dla ludzi odznaczających się ofiarnością i odwagą, a którzy na ogół nie doczekali się docenienia czy należnej im pamięci. Tam też nauczył się, że celem nadrzędnym winno być dobro Ojczyzny. Był to dla niego najważniejszy drogowskaz. Myślę, że umiał do tego przekonywać innych własną postawą, pracowitością i olbrzymią wiedzą, a także pryncypialnością. Uważał, że nie można iść na kompromisy, które byłyby szkodliwe dla Polski. W kontaktach z politykami właściwie jedynym jego atutem była praca i konkretne osiągnięcia. Ale podobno za Włodzimierza Cimoszewicza było już przygotowane odwołanie Andrzeja. Jakoś nie zostało wręczone – nie wiem dlaczego.

Co było jego największym dziełem?

– Ja uważam, że odbudowa cmentarza Orląt Lwowskich. Mało kto wie, ile to kosztowało wysiłku. To nie tak, że w pewnym momencie na Ukrainie była dobra koniunktura polityczna i mogliśmy zrekonstruować ten cmentarz. To było dziesięć lat trudnych negocjacji, dochodzenia małymi krokami do ostatecznego celu. On sam wymieniłby na pewno jako dzieło swojego życia zbudowanie cmentarzy katyńskich. Sprawa katyńska interesowała go szczególnie. Był członkiem Polsko-Rosyjskiej Komisji ds. Trudnych. Liczył na uzyskanie istotnych brakujących dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej. Rozpoczął pierwsze polskie badania w Bykowni i negocjacje w sprawie wybudowania tam czwartego cmentarza katyńskiego. I oczywiście czekał na możliwość przeprowadzenia badań w Kuropatach. Był pełen nadziei na uzyskanie tzw. listy białoruskiej. Wciąż jej nie ma. Liczę, że polskie państwo nadal będzie się o to upominać.

Przy Radzie tworzyło się środowisko młodych ludzi zaangażowanych w popularyzację historii…

– Ludzi bardzo interesujących się historią, traktujących ją jako swoją pasję, niekiedy wynikającą z tradycji rodzinnej. Andrzejowi sprawiało radość, że się rozwijają, że piszą, szukają, są kreatywni. Zabierał ich na wyjazdy i rozmowy z partnerami zagranicznymi, żeby się uczyli, nabierali doświadczeń.

Dlaczego ciągle trzeba szukać miejsc ważnych dla narodowej pamięci?

– Muszę powiedzieć, że poszukiwanie, zwłaszcza na terenach wschodnich II Rzeczypospolitej, miejsc związanych z walkami oraz pochówków polskich żołnierzy czy ofiar zbrodni często przypominało pracę detektywa. Tak jak poszukiwanie na Litwie miejsca ukrycia zwłok por. Jana Borysewicza „Krysi”, legendarnego dowódcy nowogródzkiej AK. Każda taka sprawa wymagała gruntownego przygotowania. Zaczynało się od jakiejś informacji albo świadectwa uczestnika wydarzeń. Trzeba to było obudować materiałem archiwalno-historycznym. Andrzeja interesowały szczególnie takie „tajemnice”, jak: obława augustowska, ukrycie ciała gen. „Nila”, działania i likwidacja oddziałów „Łupaszki”, „Ognia” i inne. To są sprawy i postacie, o których Polacy słyszą z dużym opóźnieniem – przewijały się w naszych rozmowach od bardzo dawna.

Aż trudno uwierzyć, ile rzeczy może zrobić jeden człowiek.

– Ja sama też nie wiem, jak mu się to udawało. Proszę pamiętać, że poza projektami związanymi z pamięcią dochodziła jeszcze organizacja wszelkiego rodzaju uroczystości. A wieczorami pisał artykuły i przygotowywał książki.

Wśród spraw, którymi zajmowała się Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, było kilka bardzo kontrowersyjnych, wywołujących zaciekłe spory…

– Tak, te kontrowersje były z bardzo różnych powodów. Na pewno należy wymienić sprawę Jedwabnego, następnie te związane z działaniami na Ukrainie. Polskie groby na Wołyniu były kwestią wymagającą wielkiej cierpliwości, dyplomacji. Andrzej zawsze wracał bardzo zdenerwowany z rozmów na ten temat, ale uważał, że nie można się zniechęcać. Trzeba było powoli wykuwać swoje, przełamywać opory miejscowej ludności, urzędników różnych szczebli, tłumaczyć, dlaczego dla nas jest to takie ważne. Mąż miał zawsze twardy charakter, co pozwalało mu wytrzymywać napięcie związane z różnym widzeniem historii, z rozmaitymi naciskami. Andrzej kładł też wielki nacisk na rzetelność wiedzy historycznej. Na rozmowy z partnerami zawsze jechał przygotowany. A dzięki temu, że sprawował urząd tak długo, w negocjacjach była ciągłość – wiedział, co zostało już uzgodnione i na co można się powołać.

Wbrew niektórym głosom o „wybieraniu przyszłości” itd. Polakom chyba zależy na pamięci o przeszłości, na prawdzie?

– Andrzej wspierał nawet bardzo drobne inicjatywy lokalne. Żadne ze środowisk nie spotkało się z odmową pomocy. Uważał, że jest to obowiązkiem państwa. Musiało starczyć na to pieniędzy i jakoś mój mąż radził sobie z tym niewielkim budżetem, którym ROPWiM dysponowała. Czasem z naprawdę bardzo małych miejscowości zgłaszali się ludzie, którzy chcieli jakąś zasłużoną postać upamiętnić. Nigdy nie zostawali bez wsparcia. Jeśli nie w jednym roku, to w następnym. Uważał, że jeżeli ktoś zginął za Ojczyznę, to Ojczyzna musi o nim pamiętać i jest zobowiązana do starań, aby zostało przywrócone pamięci konkretne nazwisko, imię, czyn. Często byli to bohaterowie, których życie mogłoby się stać tematem książek, filmów przygodowych albo i sensacyjnych. Sama wiem po tej katastrofie, że zbudowany grób i umieszczone na nim imię i nazwisko to jest rzecz niesłychanie ważna dla rodziny. Tak więc doskonale rozumiem to, na co czekały rodziny katyńskie i inne przez tyle lat.

Jak Pani odbiera te wszystkie inicjatywy pamięci i uznania po śmierci Pani męża?

– Spodziewałam się, że po tej tragedii będę jedynie zajmować się rodziną i sprawami osobistymi. Okazało się inaczej. Zostało wiele spraw, których Andrzej nie dokończył. Najpierw książki złożone w wydawnictwach, które należało wydać. Teraz jest ta wystawa o Andrzeju. Są sprawy zupełnie zapomniane, które Andrzej chciał przywrócić pamięci, ale nie zdążył. Odzywają się różne instytucje, z którymi współpracował, był przy ich tworzeniu, różne środowiska. Ja wiodłam przez te lata szczęśliwe życie u boku Andrzeja. Uważałam, że człowiek tak utalentowany ma prawo do rozwijania swojej pasji. Wspierałam go w tym. Sama jestem historykiem, uczyłam w szkole, więc też zajmowałam się propagowaniem historii, ale od strony edukacji. Praca z młodzieżą, szczególnie tą uzdolnioną, dawała mi ogromną satysfakcję. Po katastrofie spadły na mnie te wszystkie niedokończone wątki, których Andrzej nie zamknął, a które nie były związane z jego urzędem. Uważam, że powinnam je, na ile potrafię, dokończyć. Współpraca z rozmaitymi instytucjami zajmującymi się historią jest dla mnie satysfakcjonująca. Przez pamięć o Andrzeju daje się sporo zrealizować.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj