O Ojczyźnie w duchu starożytnym cz.II


Pobierz Pobierz

O ojczyźnie w duchu starożytnym

Ojcze, Juliusz Cezar mówił, że wprawdzie śpieszyć się jest rzeczą politowania godną, ale i czas ma prawa, więc postaram się dostosować do tych rzymskich słów i po krótkim wstępie przystąpić do rzeczy (ad rem). Dzisiejsza audycja wpisuje się doskonale w dwie poprzednie: o prymacie św. Piotra i o świadectwie męczeństwa w starożytności. Ojczyzna bowiem obok nich stanowi wiodący temat w antyku. Tę audycję chcę ofiarować studentom Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, by w ten sposób wyrazić swą solidarność z nimi.
Za fawor poczytuję to sobie, że przed kilku laty mogłem wygłosić do nich rekolekcje właśnie o ojczyźnie. Patronem tychże nauk duchowych był św. Józef Bilczewski, arcybiskup lwowski i on też niech będzie patronem tejże audycji.
Niedługo przed swoją śmiercią w 1924 roku napisał list pasterski „O miłości ojczyzny” stanowiący niejako jego testament dla tych, którym ojczyzna jest droga. Oparł on swoje przesłanie na odwiecznej mądrości Kościoła, której swoistym zwieńczeniem była encyklika papieża Leona XIII „Sapientiae christianae”powstała w czasie, gdy nasz Arcybiskup, jako student nabierał starożytnego szlifu mądrości w Rzymie. W tejże encyklice papież przeciwstawił się tym wszystkim nurtom naturalistyczno – laicystycznym, które z pojęcia ojczyzny chciały usunąć nadprzyrodzoność Bożą i z całą mocą podkreślił, że miłość do ojczyzny wypływa z IV Przykazania. Swoje nauczanie oparł papież na prawie naturalnym wypisanym na ludzkim sercu, na Piśmie świętym i Tradycji Kościoła, który w kwestii ojczyzny przejął całą grecko-rzymską pajdeję czyli wychowanie, ubogacając je wielowiekowym swym nauczaniem tak dalece, że – jak mówi papież – „nadprzyrodzona miłość Kościoła i przyrodzona do ojczyzny w gruncie rzeczy są siostrami bliźniaczymi i obie mają jednego i tego samego Ojca-Boga”.
Przejąwszy się tym nauczaniem nasz Patron podał tak pogłębioną definicję ojczyzny, że dla potrzeb audycji należy ją skrócić do powyższego określenia:
„Ojczyzna jest to powszechne wiano duchowych i materialnych dóbr oraz zobowiązań, dane nam od Boga, a przekazywane przez ojców naszych w tym celu, byśmy strzegąc je i pomnażając mogli własne szczęście na ziemi powiększyć”.
Po tym tchnącym ciepłem i serdecznością określeniu czym jest ojczyzna, nasz święty Patron przywodzi z głębin ludzkich dziejów żywe przykłady czystego, czynnego jej umiłowania. Zaczyna od Starego Testamentu, gdzie spotkać można najwyższej miary patriotów w narodzie wybranym. Prym wśród nich wiodą dwaj prorocy: Izajasz i Jeremiasz. I istotnie, gdy się czyta „Żale”Jeremiasza, w których wypowiedziała się jego dusza bolejąca nad upadkiem i poniewierką Izraela, to obcujemy z najpiękniejszą, najrzewniejszą, porywającą każdego pieśnią miłosną ojczyzny, jakiej nie masz w piśmiennictwie całego świata.
Do proroków dodać trzeba cały etos zmagań machabejskich o wolność, gdzie lśnią miłośnicy ojczystych obyczajów tej miary, co starzec Eleazar, Matka machabejska z synami, wielki wódz Juda Machabeusz. Oni, z modlitwą na ustach, pod mieczem katów, na polu bitwy położyli swe życie za wolność swojego narodu. Stanowią oni żywy Klucz Dawidowy, o którym Norwid powiedział, że kulturze europejskiej usta otworzył do głoszenia wielkich dzieł Bożych podług słów Psalmisty: „wielkich dzieł Boga nie zapominajmy”.
W tym Panteonie miłośników ojczyzny nie mogło zabraknąć greckich i rzymskich bohaterów, bo i przez nich cywilizacja grecko-rzymska sprawiła, że – jak znowu mówi Norwid – staliśmy się nareszcie człekiem. O ile jednak ze świetlanymi postaciami biblijnymi możemy obcować bądź przez osobistą lekturę, bądź publiczną z ambon w kościele, o tyle postacie z kręgu klasycznej kultury grecko-rzymskiej pozostają szerszemu ogółowi ludzi nieznane. Jest to świadome działanie jej wrogów, mających usta pełne słów o europejskości przynajmniej od XIX stulecia. Przecz tak się dzieje? Ano dlatego, że tym, pożal się Boże „europejczykom” idzie o to, by dusza Europy prawdziwej odeszła w niebyt historii. Trafnie rzecz ujął francuski uczony Karol Lévéque w artykule poświęconym piewcy sławy mężów starożytnych Plutarchowi, a zatytułowanym „Pogański lekarz dusz” (1867). Pisze on tak:
„Nie możemy czytać Plutarcha, by nie szukać około siebie sposobności do spełnienia jakiegoś czynu męskiego i szlachetnego. Ta specjalna elektryczność, która płynie z duszy Plutarcha poprzez wieki do naszej duszy jest zbawienna dla społeczeństw starzejących się. I nieraz czuje się to wstrząśnienie, czytając jakąś biografię (…) bo poznaje się jego prawdziwe źródło”
A nasz Wieszcz niejako dopowie mówiąc: „Nie można czytać Plutarcha, by nie czuć, że nasza krew przytem prędzej płynie w żyłach”. Nic więc dziwnego, że ci, którzy urządzali nasze szkoły w okresie zaborów, nie chcieli widzieć w ręku młodzieży żywotów wielkich ludzi, patriotów, obrońców wolności, bo obawiali się tej elektryczności idącej przez wieki.
Pytanie: czy nie tego samego boją się ci, którzy urządzają szkołę w naszych czasach? I choćby z tego powodu trzeba o ojczyźnie i wielkich jej synach mówić, mając przy tym nadzieję, że uważna życzliwość słuchaczy pozwoli na ową elektryczność starożytnej myśli w ich sercach i umysłach.

Mówiąc o znaczeniu cywilizacyjnym Grecji mamy na myśli przede wszystkim Ateny. O ich wielkości decydowali wielcy ludzie. Ich dorobku ludzkość do dziś nie wyczerpała. Ze względu na czas trwania audycji przedstawimy tylko kilku spośród nich, którzy uczą fundamentalnej cnoty: jak dla ojczyzny żyć, a jak trzeba to i cierpieć dla niej. Powiemy więc o Arystydesie i Demostenesie. Dla pierwszego tłem historycznym jest czas wojen perskich czyli V wiek prz. Chr., po którym nastąpi niebywały rozwój Aten, dla Demostenesa jest to okres zmagania się Ateńczyków z macedońskim królem Filipem zakończony upadkiem politycznego znaczenia ich miasta-państwa w IV wieku prz. Chr.
Działalność tych dwóch wielkich mężów stanu jest ściśle związana z życiem ateńskiej demokracji. Za jej ojca sami Ateńczycy uważali Solona (640-560), ogniwem pośrednim była działalność Klistenesa (VI-Vw) o którym Plutarch pisze, że „mężnie tyranię obalił, dobre ustawy, dobrą formę rządu przystosowaną do zgody i dobra obywateli postanowił”.
Ukoronowaniem było dzieło wielkich polityków Efialtesa i Peryklesa (Vw). Zwłaszcza ten ostatni przyczynił się do wzrostu potęgi politycznej i ekonomicznej Aten. Tajemnica tego tkwiła w tym, że mając charyzmę rządzenia umiał z całego społeczeństwa wydobyć pełnię sił twórczych, zmobilizować w służbie ojczyzny wszystkie jego fizyczne i duchowe wartości, które zajaśniały pełnym blaskiem. Tak o tym pisze Plutarch:
„Stanąwszy na takim stopniu znaczenia(…)nie skłaniał się do woli i fantazji ludu(…)owszem, ująwszy cugle gminowładnego rządu, który był nadto rozwolniony i zniewieściały, tęgo naciągnął, jak muzyk powolne struny, i gminowładny rząd w samowładny przetworzył. Sam w niczym nienaganny, zawsze prosto, gdzie należało idąc, tak zręcznie ludem kierował, że nieraz on, jak tylko zdanie i radę naczelnika swego pomiarkował, natychmiast brał się z największą ochotą do tego wszystkiego, co naczelnik zamierzał”.
Mówiąc o Atenach i panującej tam demokracji należy wspomnieć o dwóch jej kardynalnych zasadach: równości i wolności. O tym jak one wyglądały w Atenach niech nam opowie sam Perykles. W tym długim cytacie, jaki za chwilę usłyszymy, kryją się zalążki odpowiedzi na pytanie: czym jest ojczyzna i dlaczego mamy ją miłować? Więc warto skoncentrować teraz swoją uwagę.
„Nasi przodkowie zamieszkują ten kraj w nieprzerwanym ciągu pokoleń, dzięki swej działalności przekazali go nam jako kraj wolny. Godni są oni pochwały, lecz jeszcze większej pochwały godni są nasi ojcowie. Do spadku bowiem, jaki otrzymali, nie bez trudu dodali tę potęgę, którą my obecnie mamy i nam ją przekazali. Lecz najwięcej dokonało nasze pokolenie: myśmy uczynili to państwo niezawisłym i silnym zarówno w czasie pokoju jak i wojny”.
Następnie przedstawia Perykles stosunki wewnętrzne panujące w swej ojczyźnie:
„Nasz ustrój polityczny nie jest naśladownictwem obcych praw, a my sami raczej jesteśmy wzorem dla innych niż oni dla nas. Nazywa się ten ustrój demokracją ponieważ opiera się na większości obywateli a nie na mniejszości”.
I mówi o pierwszej kardynalnej zasadzie demokracji, którą jest równość tak:
„W sporach prywatnych każdy obywatel jest równy w obliczu prawa; jeśli zaś chodzi o znaczenie, to jednostkę ceni się nie ze względu na jej przynależność do pewnej grupy, lecz ze względu na talent osobisty jakim się wyróżnia”.
O drugiej zasadzie demokracji, którą jest wolność powiada Perykles tak:
„W naszym życiu państwowym kierujemy się zasadą wolności. W życiu prywatnym nie wglądamy z podejrzliwą ciekawością w zachowanie się naszych współobywateli. Kierując się tym, szanujemy prawa w życiu publicznym: jesteśmy posłuszni każdorazowej władzy i prawom, zwłaszcza tym niepisanym, które bronią pokrzywdzonych i których przekroczenie przynosi powszechną hańbę”.
Po tym ukazaniu zalet swego państwa Perykles każe podziwiać wielkie dzieła ludzkiego geniuszu powstałe z umiłowania boskiej triady Piękna, Mądrości i Dobroci. Powiada:
„Kochamy piękno, ale z prostotą, kochamy wiedzę, ale bez zniewieściałości, bogactwem się nie chwalimy, lecz używamy go w potrzebie, a przyznanie się do ubóstwa nie przynosi nikomu ujmy, jednakże jest ujmą, jeśli ktoś nie stara się z niego wydobyć. Również w sposobie odnoszenia się do ludzi różnimy się od innych: bez obawy wspomagamy innych, nie tyle licząc na korzyść, ile kierując się pełną zaufania wielkodusznością. Krótko mówiąc twierdzę, że ojczyzna nasza jako całość jest szkołą wychowania Hellady i wydaje mi się, że u nas każda jednostka może z największą swobodą przystosować się do najrozmaitszych form życia i stać się przez to samodzielnym człowiekiem”.
Tym wywodem daje Perykles odpowiedź na pytanie: dlaczego mamy żywić miłość wobec ojczyzny? Przedstawia to dalej tak:
„walka w obronie ojczyzny jest rzeczą piękną, lecz obywatele dzień w dzień niech patrzą na potęgę państwa i niech je pokochają, a skoro sobie uświadomią wielkość państwa, niech pamiętają, że stworzyli je ludzie śmiali, obowiązkowi i ożywieni poczuciem honoru, którzy w razie niepowodzenia nie pozbawiali państwa swych usług i męstwa, lecz najcenniejszą ofiarę składali mu w darze”.
W takiej atmosferze ustrojowej wychowywał się i wzrastał obywatel grecki, który był zazwyczaj indywidualistą, wolnym od przesądów kastowych i rasowych, żyjący we współzawodnictwie z równymi sobie. Posłusznym był jeno rozumowemu przekonaniu, nigdy siłowemu. (plus ratio quam vis). Takim też typem człowieka był pierwszy z naszych bohaterów Arystydes. Plutarch pisze o nim, że „miał on szczególny sposób myślenia i postępowania, idąc sam swoją drogą”. Mimo że przyjaźnił się ze wspomnianym współtwórcą demokracji ateńskiej Klistenesem, to żywił szacunek i dla innych ustrojów np. dla arystokratyzmu spartańskiego.
Od najmłodszych lat miał świadomość, że ważną powinnością wobec ojczyzny jest wyrabianie swego charakteru podług zasady pro Patria consummor (dla ojczyzny wzrastam). I istotnie starał się być stateczny, w obyczajach niezmienny, w sprawiedliwości nieporuszony, daleki od wszelkiego cienia pochlebstwa, chytrości i oszukania. Nigdy nie kłamał, nawet w żartach. Jak pisze Plutarch, uznawał „że ta tylko jest cecha dobrego obywatela, ta poczciwego serca prawdziwa rozkosz: trzymać się statecznie sprawiedliwości w mowie i czynach”. Rzeczywiście stałość jego okazywał się w tym, że niepowodzenia znosił bez szemrania i pogodnie, będąc przekonanym, że dobry obywatel całkiem się powinien ojczyźnie poświęcić, oddając jej bezinteresownie nie tylko majątek, ale i sławę. Tak też go postrzegali inni. Znana jest historia, że gdy w teatrze grano sztukę Ajschylosa „Siedmiu przeciw Tebom” i aktor recytował słynną frazę malującą charakter jednego z bohaterów Amfiaraja: „bo nie wydawać się sprawiedliwym, ale być nim chce, siejąc plon w głęboką bruzdę ducha, z której wyborne wyrastają rady”, to po jej wygłoszeniu wszyscy zwrócili oczy na Arystydesa, uznając, że do niego przede wszystkim ona się odnosiła.
Nie gorszą frazę od Ajschylesowej pisał swoim życiem. Warto przytoczyć parę przykładów. Obce mu były osobiste względy gdy rzecz szła o sprawiedliwość. Pewnego razu zasiadał w sądzie w sprawie dwóch obywateli. I gdy jeden z nich zaczął od tego, że próbował wykazać ile jego przeciwnik krzywdy zrobił samemu Arystydesowi, ten natychmiast przywołał go do porządku mówiąc: „obywatelu, czemu ty raczej nie mówisz, jaką on tobie krzywdę uczyni? Bo ja nie moją, lecz twoją sprawę sądzę”.
Wspomniałem, że chodził swoimi drogami na innych się nie oglądając. Mając powierzone sobie zawiadywanie dochodów państwa wykazał nadużycie wielu urzędnikom, a nawet samemu Temistoklesowi, późniejszemu bohaterowi spod Salaminy. Oskarżeni odwrócili kota do góry ogonem i w końcu to Arystydes został obwiniony o kradzież i ukarany. Znano jednak jego uczciwość i na wniosek szanowanych osób nie tylko oczyszczono go z tej potwarzy, ale przywrócono mu urząd. I tu pokazał się cały Arystydes; udając, że nauka nie poszła w las i nie warto być uczciwym, sprzyjać począł tym, którzy skarb publiczny okradali. Ujęci taką postawą nieuczciwi urzędnicy nie szczędzili mu publicznych pochwał i zadbali o to, by lud głosował na niego w kolejnych wyborach. I tak się stało. W dzień wyborów Arystydes w przemówieniu do obywateli rzekł:
„Kiedym ja wasze dochody wiernie i pilnie miał w zarządzeniu, zostałem obwiniony jako łupieżca; teraz, gdy je publicznym złodziejom wydałem, każdy mi przyznaje, że najlepszy ze mnie obywatel. Jawnie więc oświadczam, że więcej się wstydzę tej czci, która mnie dziś spotyka, niżeli przeszłorocznej niesławy. Z tym wszystkim ubolewam, że większym jest szczęściem i chlubniejszą rzeczą w Atenach – podobać się złym, niż oszczędnie i pilnie całość dobra powszechnego przestrzegać”.
Po tym przemówieniu wykazał wszelką kradzież, wskazał na złodziejskich urzędników mimo że ci tak go chwalili. Tym zyskał jeszcze większe uznanie u ludzi.
Nadeszło zmaganie z Persami. W słynnej bitwie pod Maratonem (490) przyczynił się do zwycięstwa najpierw przez to, że mimo iż należał do grona dziesięciu wodzów (strategów) wybranych na wojnę z Persami, oddał się pod komendę doświadczonego Milcjadesa ucząc kolegów, by postąpili tak samo. W samej bitwie razem z Temistoklesem najdłużej walczył, a potem nikomu ani sobie, nie pozwolił tknąć łupów, które państwu oddał.
Ale miano sprawiedliwego, dające – jak mówili starożytni – udział w boskiej myśli i rozumie, budziło u krajan nie tylko miłość, ale i nienawiść. Temistokles zaczął rozsiewać plotki, że chce Arystydes zdobyć pełnię władzy. Ludzie, jak to ludzie zazwyczaj nie lubią wyższych od siebie. Głos do głosu, plotka do plotki i w oczach wszystkich Arystydes wyrósł na tyrana. Sądem skorupkowym zmuszono go do ustąpienia z ojczyzny. (wyjaśnię, że sąd skorupkowy polegał na tym, że każdy obywatel brał skorupkę ze stłuczonego garnka pisząc na niej imię oskarżonego. Potem urzędnicy liczyli ilość podpisów i jeśli było 6000 skorupek, sąd był ważny; kto miał szczęście zebrać na siebie najwięcej takich skorupek, szedł na 10 lat na wygnanie). W przypadku sądu nad Arystydesem zaszedł przypadek, o którym muszę wspomnieć, bo pokazuje on wolność wewnętrzną tego człowieka. Mianowicie jakiś niepiśmienny prostak spotkał Arystydesa, a nie wiedząc kim on jest prosił, by Arystydes na skorupce napisał swoje imię. Gdy ten zdziwiony skąd taka niechęć do niego zapytał: „Cóż ci za krzywdę on uczynił?” prostak odpowiedział: „żadnej, nawet go nie znam. Ale mi się nie podoba, bo go wszędzie nazywają sprawiedliwym”. Ot taka bezinteresowna złość znana nam dobrze. A Arystydes wziął skorupkę i nic nie mówiąc napisał swoje imię i oddał nieznajomemu. I oto moment najważniejszy; opuszczając ojczyznę, wyszedł za miasto, podniósł ręce ku niebu i wyrzekł wiekopomne słowa: „Będę się modlił do bogów, żeby ojczyzna nigdy nie potrzebowała mej pomocy”. Taka była zemsta wielkodusznego męża na niewdzięcznej ojczyźnie. Do niego więc możemy odnieść słowa Arystotelesa, że: „najpiękniejszym ideałem na ziemi i szczytem patriotycznym jest bezinteresowna a niewdzięcznością ludu nagradzana służba dla państwa”. A my mamy prawo przytoczyć słowa Zbawiciela, bo nie będzie ich nadużyciem zastosowanie ich do Arystydesa: „błogosławieni, którzy cierpią dla sprawiedliwości, takich bowiem jest królestwo niebieskie”.
Opatrzność zrządziła, że modlitwa sprawiedliwego ziściła się na przekór prośbie o pokój dla ojczyzny. Oto na Helladę ruszył Kserkses z krociową armią. Ateńczycy są zmuszeni odwołać Arystydesa z wygnania. I co ten robi? Udaje się do Temistoklesa i niepamiętny na krzywdę ofiaruje swoje usługi. Przytoczmy jego słowa, niech się uczą ludzie wielkoduszności dla ojczyzny:
„Teraz Temistoklesie, jeśliśmy rozumu nie stracili, dajmy pokój tej próżnej i dziecinnej niechęci, która nas dotąd różniła i weźmy się do pożyteczniejszych wyścigów: kto więcej może zrobić dla zbawienia Hellady. Ty, jako wódz przezorny, rozkazy wydaj; ja ciebie będę słuchał i radą i osobą moją we wszystkim będę ci pomagał. Ty bowiem jeden tylko jak słyszę, chwytasz się dobrego środka, jak w sidła nieprzyjaciela pochwycić”.
Temistokles przyjął rękę wyciągniętą do zgody i stanął w szranki szlachetnego współzawodnictwa mówiąc:
„Nie chciałbym Arystydesie, żebyś w tym był lepszy ode mnie; spróbuję współzawodniczyć z pięknym początkiem i przewyższyć cię czynami”.
Ta rozmowa i zgoda dwóch wybitnych ludzi legła u początku zwycięstwa floty greckiej nad perską w bitwie pod Salaminą w 480 roku. Nie tylko tym dwóm mężom stanu, ale wielu Ateńczykom brzmieć musiały w uszach słowa wspomnianego już Ajschylosa: „nie dajcie ołtarzy bogów ojczystych, niechaj nigdy cześć ich nie zgaśnie! Dziatek nie dajcie i matki ziemi, najmilszej karmicielki! Wonczas kiedyście dziećmi na jej dobrotliwym igrali łonie, ona całe brzemię troski podjęła i trudu, by oto na tarczonośnych wychować was mężów i wiernych mieć synów w potrzebie”.
Skończyła się wojna o wolność Hellady i przyszedł czas, kiedy Arystydes miał okazję zemścić się na Temistoklesie, gdyż i tego spotkał podobny los co jego. Tak o tym pisze nasz dziejopis:
„W obejściu jego z Temistoklesem wiele upatrzyć można dowodów umiarkowania i dobroci. Nie byli oni z sobą w przyjaźni, różnili się w poglądach, nawet przez Temistoklesa poszedł na wygnanie Arystydes. Gdy jednak Temistokles był w tym samym położenie, Arystydes, nie pamiętał urazy, nie wiązał się z tymi, którzy obwinionego prześladowali i zgubić chcieli. W całej tej sprawie Arystydes, przeciwko Temistoklesowi słowa nie wyrzekł, nie cieszył się z jego nieszczęścia, jak się nigdy z jego pomyślności nie smucił”.
I by nie przedłużać, bo resztę doczytać mogą sobie telewidzowie sami, powiem tylko o jeszcze jednej cnocie, którą służył ojczyźnie i z której się chlubił. Raz jeszcze oddajmy głos Plutarchowi, a będziemy wiedzieli o jaką cnotę chodzi:
„Z tym wszystkim kiedy swą ojczyznę na stopniu chwały i władzy postawił, sam do śmierci w ubóstwie przetrwał i ani sobie za mniejszy zaszczyt swojego ubóstwa sławę poczytał, niż chlubę zwycięstw”.
Po tych słowach chciałoby się zawołać: Vivant sequentes! Niech żyją następni!
Ostatnim wielkim mężem stanu, o którym wiadomo, że cenił sobie cnotę ubóstwa, był marszałek Piłsudski.
Gdybyśmy chcieli dać jakąś puentę postawy Arystydesa wobec swej ojczyzny z wyeksponowaniem cnoty sprawiedliwości, to należałoby przywieść na pamięć słowa Sokratesa, mistrza cnoty:
„Czy też taki z ciebie mędrzec, a nie dojrzałeś, że od matki i ojca, i od innych przodków cenniejsza jest ojczyzna i większej czci godna, i świętsza, i we większym zachowaniu jest u bogów i u ludzi myślących, i czcić ją potrzeba, i ustępować jej, i czołem bić przed ojczyzną, kiedy się gniewa, raczej niż przed ojcem, i albo ją przekonywać, albo robić, co ci każe, i znosić jeżeli coś znosić poleci, a cicho siedzieć, choćby cię bito i więziono, i wiedziono na wojnę, na rany i na śmierć; masz to robić, bo tego wymaga sprawiedliwość i nie wolno ci się usuwać z pola ani rzucać szyków, ale i w wojnie, i w sądzie, i wszędzie indziej robić masz co ci każe państwo i ojczyzna, albo ją przekonywać, co jest właściwie sprawiedliwe: ale gwałtu się nie godzi zadawać ani matce, ani ojcu, ani tym mniej ojczyźnie”. (Kriton)

Następną postacią, którą chciałbym przywołać w tych naszych rozważaniach o ojczyźnie jest ostatni wolny demokrata ateński Demostenes. Od razu mówię, że nie będę zajmował się oceną jego koncepcji politycznej polegającej ogólnie mówiąc na obronie wolności greckiej wobec hegemonii macedońskiej, bo nie czas na to. Zresztą wolę posłuchać w tym względzie jemu współczesnych, którzy wydali o jego polityce pochlebne świadectwo pisząc mu na pomniku: „Gdybyś mógł tyle ramieniem, Demostenesie, co radą, Nigdy by macedoński zwycięzca nie rządził Helladą”. My zatem zajmiemy się tym, co w jego słowie przekuwanym w czyn, jest nieprzemijające, czyli wezwanie do życia w wolności i umiłowania ojczyzny. A że czynił to Demostenes posługując się pięknym językiem, więc tym bardziej, gdy on dzisiaj szwankuje, trzeba to piękno choć trochę odsłonić.
Ten człowiek uważany za największego mówcę starożytności jest doskonałym przykładem harmonijnego połączenia pracy około własnej wielkości ze służbą ojczyźnie. Od najmłodszych lat musiał się zmagać z trudnościami. Gdy miał 7 lat odumarł go ojciec. Matka musiała wraz z dziećmi prowadzić życie pełne wyrzeczeń, bowiem prawni opiekunowie rodziny zagrabili byli majątek. I w duszy małego chłopaka zrodziło się niezłomne postanowienie, że będzie walczył o swoje prawa i mimo trudności osiągnie znaczenie w społeczeństwie.
Ukochał książki i ich studiowaniu poświęcił młodość. Wedle anegdoty miał Demostenes przeczytać i przepisać ośmiokrotnie tekst „Wojny peloponeskiej” Tukidydesa, by w ten sposób przyswoić sobie to dzieło na pamięć i czerpać z niego obficie.
Lektura książek obudziła w nim świadomość własnego talentu i pragnienie wyzyskania go na własny użytek w służbie publicznej. Odtąd spędzał czas na słuchaniu wybitnych mówców, ćwiczeniu dykcji, recytacji, mimiki, retoryki. Od Plutarcha wiemy, że deklamował na plaży wyuczone na pamięć mowy przekrzykując przy tym szum fal. Korzystał z pomocy znanych aktorów, a potem przed lustrem studiował każdy ruch twarzy, każdy gest, poprawiając ułomność własnej wymowy. W ustroniu uczył się wymawiać jednym tchem tasiemcowych wyrażeń aż do zupełnego wyczerpania i to ze świadomością, że droga do sukcesów jest tak daleka i ciężka.
Lata pracy zrobiły jednak swoje i sukces przyszedł. W wieku 30 lat (354) wystąpił po raz pierwszy przed Zgromadzeniem Ludowym. Wszyscy zostali zauroczeni jego siłą rozumowania, śmiałą, zdecydowaną postawą, żywą gestykulacją potęgującą efekt jego słów. I tak już pozostało. To, co uczyniło Demostenesa wielkim mówcą to fakt, że nie mówił pospiesznie i nie zabierał głosu w żadnej sprawie na poczekaniu. Unikał przemawiania bez przygotowania, co nie znaczy, że nie umiał tego czynić. Ale w odróżnieniu od innych, nie nadużywał swego talentu krasomówczego rozprawiając na każdy temat. A zatem odkryto, że człowiek ten ma uformowaną jasno postawę polityczną, a edukacja w tej dziedzinie osiągnęła swą dojrzałość. We wszystkich jego mowach politycznych pobrzmiewa jak basso continuo szczery patriotyzm, niepokój o przyszłość ojczyzny, troska o jej sławę, cześć i zachowanie świetnej jej tradycji.
Zacznę od mowy, w której Demostenes rozwinął ów Peryklesowy zarodek określający czym jest ojczyzna. Wygłosił ją Demostenes ku czci poległych żołnierzy w bitwie pod Cheroneją (338), która jak czas pokazał stała się pogrzebaniem wolności Aten.
„Nasze państwo szczególną czcią darzy żołnierzy, którzy w walce oddali swe życie. Każdy z nich może wyprowadzić swój ród nie tylko od ojca i odległych przodków w nieprzerwanym ciągu pokoleń, ale z tej samej wspólnej ojczyzny, której w powszechnej opinii są prawowitymi synami. Ci zatem mężowie są obywatelami swego ojczystego kraju na mocy prawa urodzenia.(…)Widzę jeszcze inny dowód na to – zresztą powszechnie uznawany – że ta ziemia jest matką naszych praojców. Tak jak sama natura dając nowe życie dostarcza też środków do jej zachowania, podobnie jest i z naszą ziemią ojczystą, która nam dała i życie, i pokarm”.
Jakimż ciepłem tchnie ta swoista definicja ziemi ojczystej!
Potem mówi Demostenes o postawie obywateli tak pojętej ojczyzny przywołując na pamięć pokolenie tych Ateńczyków, którzy ukształtowani przez grecką paideję dwukrotnie dali odpór armii całej Azji i w ten sposób uratowali wolność wszystkich Hellenów.
Na koniec przechodzi do pochwały poległych żołnierzy. Ukazują ich niezłomny charakter, rozwagę i odwagę powiada, że te cnoty wlała w nich ojczyzna posiadająca w swym ustroju obok wielu pięknych cech także wolność słowa. Istotę wolności zaś stanowi mówienie prawdy i jej propagowanie. Wreszcie ostatnim zdaniem tej mowy umieszcza ofiarę ich życia w perspektywie wieczności:
„Nade wszystko zamiast krótkiego życia ludzkiego wybrali żywot długi, pozostawiając po sobie nieprzemijającą sławę(…)Ufamy też, opierając się na naszym wierzeniu jak na jakiejś wyroczni, że doznają oni tych samych zaszczytów również w życiu pozagrobowym”.
Z takich słów utkane zostało z pewnością słynne adagium: „A komu droga otwarta do nieba, to tym, co służą ojczyźnie”.
Tyle o bohaterach, którzy legli za ojczyste prawa.
Główną troską Demostenesa jako duchowego przywódcy Aten była wolność ojczyzny i odzyskanie przez nią dawnej potęgi. Temu poświęcił cały swój krasomówczy wysiłek i trzeba przyznać, że moc jego słowa odnosiła skutek. Potrafił rozwiać wątpliwości i wahania rodaków do tego stopnia, że większość podzielała jego stanowisko w kwestii przeciwstawienia się militaryzmowi Macedonii. Było to zwycięstwo moralne Demostenesa mimo że na polu bitewnym spotkała go klęska. Więc przypatrzmy się niejako od środka tym zabiegom około pozyskania umysłów i serc swoich rodaków, bo odnajdziemy wiele nurtujących i nas spraw i problemów.
W trzeciej Filipice czyli mowie przeciwko królowi Macedonii Filipowi stara się pokonać przedziwną apatię i obojętność na sprawy ojczyzny wśród rodaków. Główną winą za to obarcza polityków. Powiada tak:
„Politycy starają się raczej zyskać waszą przychylność, niż dać wam rzeczywiście dobrą radę. Myślą tylko o utrzymaniu obecnego stanu rzeczy, który zapewnia im uznanie i znaczenie, zupełnie zaś nie troszczą się o przyszłość państwa i są przekonani, że i wy o nią nie potrzebujecie się troszczyć. Ta metoda wśród nas na dobre się zakorzeniła i jest źródłem naszych niepowodzeń”.
A w dalszym wywodzie słychać ból mówcy, gdy wyrzuca rodakom brak mężnej inwencji w przeciwstawieniu się kapitulanckiej postawie polityków wobec wroga:
„Znosicie upokorzenia, bo nie stać was na odwagę, oglądacie się na sąsiada, sobie nawzajem nie dowierzacie, ale za to darzycie zaufaniem wspólnego wroga i krzywdziciela. Chyba już nie można niżej stoczyć się moralnie!”
Ale dalej pobrzmiewa już nuta nadziei, bo zachęca rodaków, by otrząsnęli się z tego:
„Mimo że nasza sytuacja jest opłakana, a straty znaczne wszystko jeszcze można naprawić. Filip odniósł zwycięstwo tylko nad waszą lekkomyślnością i obojętnością a nie nad waszym państwem”.
W tej samej mowie zajmuje się Demostenes inną plagą, która – jak się okazuje – trawiła i starożytne społeczności. Chodzi o przekupstwo. Posłuchajmy, bo warto:
„Było coś w duszy greckiego narodu Ateńczycy, czego już dzisiaj nie ma, co pokonało perskie złoto i co poprowadziło Helladę ku wolności(…)Cóż to było! Nic szczególnego, po prostu powszechna nienawiść całego społeczeństwa zwrócona przeciw ludziom przekupnym, którzy brali łapówki od wrogów Grecji zmierzających do zdobycia nad nią władzy lub działających na jej zgubę. Po prostu dowiedzione przekupstwo uchodziło za największą zbrodnię, którą karano z największą surowością i bezwzględnością.(…)Więc nie można było sobie kupić wzajemnej zgody ani braku zaufania do tyranów i barbarzyńców, ani w ogóle czegoś podobnego. W dzisiejszych czasach wszystko to zostało już wysprzedane jak towar na rynku, a za to sprowadzono wszelkie zło, które powoduje chorobę i ostateczną zagładę Hellady. Cóż to takiego? Jest to zawiść, że kto inny wziął łapówkę, śmiech i pogarda, gdy się przyzna do niej, nienawiść wobec potępiających to przestępstwo, a ponadto wszystkie inne społeczne plagi, które wiążą się ze zjawiskiem przekupstwa”.
Trzecią z bolączek jaką starał się napiętnować Demostenes jako zło społeczne, było oczernianie ludzi, którzy najwięcej czynili dla ojczyzny a także jej samej. Tu już genialny mówca umiał podnieść głos i zagrać na sumieniach ludzkich mocnym forte:
„Nietrudno bowiem pojąć, iż nie sposób pokonać zewnętrznych wrogów państwa, dopóki nie ukarze się ich pachołków działających wśród własnych obywateli. Ale na to – niech mi Dzeus i inni bogowie będą świadkami – nigdy nie będziecie mogli się zdobyć, bo osiągnęliście już ten stopień głupoty i opętania – po prostu nie wiem jak to nazwać – że dla wysłuchania wyzwisk, z zawiści, dla prostackiej kpiny, czy z jakiegokolwiek innego powodu zachęcacie do zabierania głosu tych ich płatnych agentów, którzy pewnym obywatelom wymyślają od najgorszych. Nie byłoby to jeszcze największym złem, chociaż złem jest bez wątpienia, gdyby nie to, że takim właśnie ludziom zapewniacie więcej swobody i bezpieczeństwa działania aniżeli obrońcom własnych interesów.(…)Tylko nędznicy umieją wyśmiewać nasze państwo, jakby nie wiedzieli, że sami siebie wyśmiewają. Zwracają swój wzrok jedynie poza granice swego kraju i sławią cudze zwycięstwa okupione klęskami Hellenów. Co więcej, oświadczają, że taki stan rzeczy trzeba utrzymać na zawsze”.
I jak gdyby wiedział, że na ludzi nie ma co liczyć, jeśli idzie o poprawę tego stanu, wzywa na pomoc bogów:
„Ale wy, bogowie, do tego nie dopuśćcie! Natchnijcie także i tych ludzi jakąś myślą i szlachetniejszym uczuciem! A jeżeli ich choroba jest nieuleczalna, to wytępcie ich z kretesem na ziemi i na morzu, nas zaś pozostałych wybawcie jak najrychlej od grożących niebezpieczeństw i zapewnijcie nam bezpieczne ocalenie”.
Z tych przytoczonych niewielkich fragmentów poznać mistrza słowa, który umie – jak trzeba – nadać swym słowom charakter gwałtowności i szorstkości, a gdy zechce – to łagodzić go z poczuciem umiaru i stosowności.
Zakończmy rzecz o Demostenesie fragmentem mowy „O wieńcu”, która jest arcydziełem nie mającym sobie równego w świecie. Jest to niejako odpowiedź dla tych, którzy oceniają surowo jego politykę uważając ją za naiwną, a dla nas sposobnością do wyrażenia mu uznania. Mówi tak:
„W całej mojej polityce nie ma niczego, co by przyniosło ujmę godności państwa.(…)Dwoma przymiotami, Ateńczycy, powinien się odznaczać z natury dobry obywatel(…)Otóż musi się on starać o to, by państwo w okresie powodzenia strzegło należnej mu godności i utrzymywało swe przodujące stanowisko polityczne oraz w każdym wypadku i w każdym działaniu powinien mu okazywać swoje oddanie. Ja od samego początku obrałem w polityce drogę prostą i uczciwą: troszczyć się o honor, potęgę i sławę mej ojczyzny i nie odstępować od mych współobywateli. Że tę miłość do ojczyzny zachowałem w mym sercu, bez trudu poznacie”.

Na zakończenie tej części audycji zwrócić się chcę do studentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, bo im przecież zadedykowałem tę audycję. Będzie to coś w rodzaju oracji, by widzowie i słuchacze mieli do końca radość z obcowania ze starożytnością. Taką mową Cyceron przeciwstawił się Katylinie i obalił jego spisek przeciw Rzeczypospolitej Rzymskiej. Ufam, że Cyceron teraz wybaczy mi i nie jego język, i chropawość mojej wymowy.
Otóż: widzę was jako tych, którzy z woli Opatrzności czuwającej nad ojczyzną jesteście garścią ludzi mającej wśród ogółu niezdolnego do czynu pełnić obowiązek służenia wolności słowa, niemalże z męstwem męczenników. Razem z waszymi Profesorami i władzami uczelni współtworzycie czas – kairos, w którym na nowo słowo ma stać się wyrazem artyzmu i wysokiej kultury myślenia. Poprzez to słowo, mówione pięknie i mądrze, służycie starożytnemu ideałowi jego wolności płynącej ze szczerości i otwartości myśli określanej po helleńsku apokrypsamenos, a tym samym służycie ojczyźnie.
Na tak pojętą służbę wolności słowa ojciec kłamstwa, wraz ze swymi brzydkimi sługami, uknuł spisek. Atakujących was spiskowców podzielmy dla jasności na trzy rodzaje; pierwszy tworzą anonimowi dla nas mocodawcy naszych rodzimych parweniuszy, nienawidzący z zasady chrześcijańskiej ojczyzny. Wobec nich bądźcie Hektorami dającymi im odpór homerową frazą: „Idź rządź Myrmidonami, nie mną człeku hardy, gniewy twoje niczego nie warte, prócz wzgardy”.
Drugą grupę spiskowców tworzą ludzie ograniczeni, którzy – jak powiada grecki historyk Tukidydes – nie troszczą się o znalezienie prawdy o was, o Radiu Maryja, o Ojcu Dyrektorze, jeno przyjmują gotowe opinie, a więc właściwie mówiąc ludzie bezmyślni, wywodzący się wprost z lędźwi duchowych jednego z synów Noego. O nich to Mędrzec Pański mówi: „Jak pies do wymiotów, tak głupi powtarza szaleństwa”.
Jeden jest tylko sposób na taką podłotę. Unieśmiertelnił go Henryk Sienkiewicz w „Quo vadis”. Gdy podczas rozszalałego bestialstwa w Rzymie, jeden z cuchnących gladiatorów ryczał na całe gardło: „chrześcijanie do lwów”, to arbiter elegancji Petroniusz, ze słowami: „przyjacielu, śmierdzisz mi”, położył go trupem. W wydaniu polskim nasz wielki Noblista ujął to w postawie Andrzeja Kmicica; gdy podłota Kuklinowski usiłował obrazić obrońców Jasnej Góry dostał – jak to relacjonował sam pan Andrzej przeorowi Kordeckiemu – w pysk i w dół się pokocił.
Niech wasza odpowiedź, brzmiąca z łacińska: „vituperatio stultorum laus est” (złorzeczenia głupców są pochwałą), ma w sobie takie właśnie znamię duchowego siarczystego policzka, bo tak też stoi w Piśmie świętym: „Na konia bicz, na osła wędzidło, a kij na plecy głupiego”.
I trzecią grupę spiskowców stanowią ludzie pozujący na autorytety moralne. Nienagannie skrojone ubrania, napuszona mina, cedzone beznamiętnie słowa jak u uczonych w piśmie i faryzeuszy, czyhających tylko, aby pochwycić na jakimś słowie. Doświadczył tego swoistego monitoringu sam Zbawiciel. Jeśli zdobędą jakąś państwową synekurę, to w jedwabnych rękawiczkach i z uśmiechem zjadliwym będą czynić wszystko, aby was zniszczyć. I będą przy tym mieli usta pełne zapewnień o tolerancji i otwartości na wszystko, tylko nie na to, co o polskości stanowi. Do nich odnoszą się słowa Pisma: „ustami wróg zwodzi, a w sercu kryje podstęp”. Słowem jak mówi Dostojewski – smierdiakowszczina. Taki ich prawdziwy konterfekt.
Wobec nich trafne są słowa Puszkina i nimi należy dać im odprawę:
„Pad stoł uczionych durakow
My poliem owładiejem
Pad stoł chałodnych mudriecow
Bez nich my żit umiejem”.
Celowo zastąpiłem słówko „pit” na „żit”, aby nie być posądzonym o to, że zachęcam młodzież do pijaństwa; a i w słowie „żit” wyraźnie podkreśliłem samogłoskę „i”, bo gdyby, nie daj Boże, wyrwało mi się „y” – „żyd”, to i wiersz nie miałby sensu i ani chybi oskarżono by nas o tzw. antysemityzm, a na to w tych trudnych czasach nie możemy sobie pozwolić.
I pamiętajcie przy tym, że ta trojaka odprawa dana przez was spiskowcom, ma być wolna nie tylko od jakiejkolwiek nienawiści, ale ma płynąć jedynie z troski o ich nieśmiertelne dusze podług słów Demostenesa: „O bogowie! Natchnijcie także i tych ludzi jakąś myślą i szlachetniejszym uczuciem!”. Macie to czynić zatem będąc wewnętrznie pięknymi i to tak dalece, że gdyby Fidiasz, czy Michał Anioł chciał uwiecznić waszą postawę, to tylko w tym rozświetleniu, jakie daje greckie poczucie Piękna (kalos), którym ostatecznie jest sam Bóg. Jesteście to sobie, jako wolne dzieci Boże, powinni, bo jeśli wasza szkoła, radio, telewizja mają trwać na pożytek przyszłych pokoleń, to musi to wszystko wyrastać z głębokich i przemyślanych przeżyć. Do was więc odnoszę słowa, jakie wielki Juliusz Cezar wypowiedział był o Cyceronie: „więcej znaczy poszerzyć tak bardzo granice rzymskiej kultury, niż granice państwa”. Winszować wam tego mogę już tylko w języku tych dwóch Rzymian: Quod felix, faustum, fortunatumque sit! Dziękuję.

To o czym chcemy powiedzieć w tej części audycji zawiera się w epopei Rzymian „Eneidzie” Wergiliusza. Ten wieszcz świata rzymskiego, w swym geniuszu wyczuwający nadejście w historii kogoś niezwykłego, w opisie czynów bohaterów swego dzieła, apoteozuje cnotę męstwa virtus. Przy czym, żeby było jasne, nie jest to tylko chwilowa odwaga w obliczu niebezpieczeństwa, ale stała dyspozycja duszy do znoszenia przykrości, doświadczeń i bycia wiernym sobie samemu. O kimś takim mówimy, że ma rzymską duszę. I istotnie gdy patrzymy na wybitnych Rzymian to tą właśnie cnotą jaśnieli i służyli ojczyźnie.
Święty Augustyn w swym dziele „De civitate Dei” ( O państwie Bożym) zachęcając chrześcijan, by cnotę tę zdobywali i rozwijali w sobie z pobudki służenia ojczyźnie niebieskiej, wylicza całą plejadę wielkich Rzymian podając ich za przykład do naśladowania. Pisze tak:
„Nie tylko dlatego państwo rzymskie tak wielkiej chwały u ludzi dostąpiło, aby takim jak Rzymianie ludziom stosowna zapłata przez to dana była, ale również i dlatego, aby obywatele owego miasta wiekuistego, przez czas teraźniejszego pielgrzymowania swego, pilnie a rozważnie mieli na oku przykłady Rzymian i nad tym się zastanawiali, jak wielce miłować należy ojczyznę górną gwoli życia wiekuistego, skoro ziemską ojczyznę tak umiłowali obywatele gwoli tylko ludzkiej chwały”
I gdy zachęca następnie tych spośród chrześcijan, którzy doznawszy krzywdy w Kościele, dzięki cnocie męstwa nie tylko nie mają się od niego odwracać, czy tworzyć heretycki, ale go bronić przed wrogami, to za przykład podaje wybitnego Rzymianina z V wieku przed Chrystusem Furiusza Kamillusa o którym pisze tak:
„(On to) od jarzma najzawziętszych wrogów Wejentów wybawiwszy ojczyznę, przez zawiść współzawodników wygnany został, jednakże powtórnie niewdzięczną ojczyznę od Gallów uwolnił, bo nie miał innej lepszej, gdzieżby chwalebny żywot mógł prowadzić”.
Jego cnota męstwa objawiła się w tym, że gdy wódz Gallów Brennus opanował Rzym i wielu popadło w rozpacz, to Kamillus rozważał, jak nie tylko Gallów uniknąć, ale odeprzeć i zwyciężyć. W chwili upadku Rzymu mówił:
„Jeżeli się ośmielicie, macie ochotę i męstwo, ja taką porę upatrzę, że bez żadnego szwanku i niebezpieczeństwa samo zwycięstwo w ręce nam w padnie”.
Od siebie dodam, że tu właśnie odnajduję praźródło słów Józefa Piłsudskiego: „zwyciężyć i spocząć na laurach, to klęska, być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo”.
Gdy co bardziej bojaźliwi spośród oblężonych na Kapitolu Rzymian, chcieli się wykupić złotem, Kamillus w twarz rzucił wyzwanie: „Precz stąd! Nie złotem, ale żelazem ojczyznę zachowują Rzymianie”.
I znowu mamy źródlisko dla postawy wysłannika Bolesława Krzywoustego Jana z Góry zwanego Skarbkiem, który Niemcom i ich władcy Henrykowi V rzekł ciskając złoty pierścień: „Idź złoto do złota, my Polacy barziej w żelazie się kochamy”. (1109) I przypomni tę scenę Sienkiewicz w „Krzyżakach”, gdy Zyndram z Maszkowic w Malborku to samo chytrym rycerzom w mnisich kapturach powiedział.
Stoczył Kamillus bitwę długą i zaciętą z Gallami, a Rzymianie, którzy bez niego nikczemni się zdali, z nim tak silnymi się okazali, że zadali Gallom klęskę, po której poszli w rozsypkę.
Mnie jednak drodzy radiosłuchacze inna rzecz urzekła w postawie Kamillusa, jego szlachetność. Otóż podczas oblężenia miasta Falleria, jeden z jej mieszkańców, który był pedagogiem dzieci wybitnych obywateli, wyprowadził je z miasta i zdradziecko oddał w ręce rzymian, licząc na ich wdzięczność. Jak relacjonuje Plutarch, Kamillus oburzony obrócił się do obecnych i rzekł:
„Nieszczęsna zaiste jest wojna, która takim niesprawiedliwościom i złości służy. Ale przecie poczciwi ludzie znają pewne wojen prawidła. Nie należy się tak bardzo o zwycięstwo dobijać, aby nie unikać sposobów, które zdradliwa zbrodnia podaje. Dobry wódz męstwem i cnotą swoją, nie cudzą złością i zdradą wojuje”.
A ze zdrajcą postąpił iście po rzymsku: „kazał liktorom z niego zszarpać odzienie, a z rękoma związanymi w tył, grzbietem obnażonym, kazał nędznika dzieciom, w smagłe pręty i bykowce opatrzonym, nazad do miasta zapędzać”.
Co się działo tymczasem w mieście możemy sobie wyobrazić. Płacz, smutek i rozpacz, i żal. I oto nagle rozpatrzeni rodzice widzą swoje dzieci zaganiające chłostą pedagoga, które wodza rzymskiego nazywają zbawcą. Co się po tym działo? Oddajmy głos Plutarchowi:
„Sprawiedliwość Kamilla we wszystkich sercach wzbudziła chęć najmocniejszą oddania się cnocie sprawiedliwego męża. Zebrała się rada. Wyprawiają posłów; siebie i swoje miasto jemu poddają. Kamillus poselstwo do Rzymu odesłał”. Wprowadzeni do senatu posłowie przedłożyli, że „skoro sprawiedliwość nad zwycięstwo przedkładacie Rzymianie, nauczyliście nas swoje panowanie nad wolność naszą przedkładać. Równi wam siłą, waszego wodza cnotą zwyciężeni jesteśmy. Senat ich znowu do Kamilla odprawił, jego w tej mierze postanowieniu wszystko zlecając. Kamillus nic więcej od nich nie wymagał prócz okupu. Z całym Falisków narodem pokój i związek zrobił i do stolicy powrócił”.
Patrząc na postępowanie Kamilla przywiedźcie teraz drodzy radiosłuchacze na pamięć wydarzenie z wojny z Niemcami za Bolesława Krzywoustego: obronę Głogowa i jak postąpił wróg z dziećmi obrońców, które były zakładnikami na czas rokowań. Czego brakło? Cnoty męstwa, które gdy prawdziwe, skrzy się szlachetnie sprawiedliwością.
Powróćmy do św. Augustyna. Mówi on o dobrowolnym ubóstwie chrześcijan, jako środku prowadzącego do zbawienia czyli o jednym z błogosławieństw Zbawiciela. Mówi tak święty z Ippony:
„Czyż ubogi chrześcijanin będzie się chełpił, gdy usłyszy lub przeczyta, że Waleriusz, który na urzędzie konsula życie zakończył, tak był biedny, że za złożone przez lud grosze pogrzeb mu sprawiono, gdy usłyszy lub przeczyta, że Kwincjusz Cyncynat, cztery morgi gruntu zaledwie posiadający i własnymi rękami je uprawiający, od pługa wezwany został na godność dyktatora(…)a pokonawszy nieprzyjaciół i sławę wielką zdobywszy w dawnym ubóstwie pozostał nadal”.
W dobie powszechnego łapówkarstwa, z którym nie potrafi sobie poradzić państwo, żyjącym uczciwie wierzącym jego obywatelom daje Augustyn słuszną przestrogę, by się tym nie chwalili. Powiada:
„Któż mniemać będzie, że wielkiej rzeczy dokonał przez to, iż go żadna doczesna nagroda nie zdołała odwieść od społeczności wiecznej ojczyzny, jeżeli się dowie, że Fabrycjusz wielkimi darami Pyrrusa króla Epiru, a nawet obietnicą czwartej części państwa nie dał się odwieść od wierności państwu rzymskiemu i wolał w ojczyźnie swojej pozostać ze swym ubóstwem? Bo Rzymianie dawni, choć Rzeczpospolitą, czyli rzecz ludu, rzecz ojczyzny, rzecz wspólną najdostatniejszą i najbogatszą mieli, w życiu prywatnym ubodzy byli”.
Kończy rzecz całą Doktor łaski słowami:
„Ci właśnie mężowie, którzy poświęcili własne korzyści dla dobra wspólnego, to jest dla ojczyzny i jej skarbu, oparli się chciwości, wolną radą państwu służyli; nie skalali się ani występkiem przeciw prawom swej ojczyzny, ani rozpustą, tylko wszelkimi cnotami zdobywali władzę i chwałę. Wśród wszystkich prawie ludów uznanie mieli. Prawa państwa swojego wielu ludom podyktowali. I do dziś dnia sława ich dzieł(…)głośną jest wśród niemal wszystkich narodów, ku pożytecznej dla nas przestrodze”.
W tym momencie z dumą muszę powiedzieć że tak przedstawione augustyńskie przesłanie o cnocie męstwa – virtus, lśniące pełnym blaskiem w mężach starożytnych, przejęli nasi przodkowie w dziedzinie odwagi myślenia politycznego. Na pytanie Augustyna: „Czy czyny Rzymian byłyby tak powszechnie znane i tak rozsławione, gdyby państwo rzymskie nie rozrosło się było na wsze strony i nie zakwitło tak wspaniale?” dali odpowiedź pozytywną. Zwłaszcza od czasów św. Jadwigi, króla Polski podjęli trud wielowiekowego procesu promieniowania polską kulturą do głębi chrześcijańską na narody ościenne, zwłaszcza na wschodzie. Tym samym poszerzały się granice państwa i zakorzenionej w starożytności kultury chrześcijańskiej w ogóle. O jakim jej posiewie marzyli mężni Sarmaci niech świadczy fakt, że gdy pod koniec XVI wieku zakładano wyższą uczelnię w Wilnie, to w Rzymie argumentowano to tym, że Wilno miało odegrać rolę wielką wobec religii katolickiej i kultury zachodniej w północnej Europie, a w pływami swymi miało także objąć Moskwę, Chiny i Tartarię. Ci którzy nie chcą znać polskiej kultury, uważając ją za martwą przeszłość, a nie za tradycję tchnącą męstwem samodzielnego myślenia, nie są wstanie dziś zrozumieć, że o prawdziwej naszej wielkości nie decydują granice, ale wielka kultura. Możemy więc śmiało skonstatować, że są wobec niej zwykłymi parweniuszami i z pewnością nie będą w historii świadkami cnoty męstwa, bo jej po prostu nie mają. Więc w ukazywaniu jej pójdźmy za głosem patrona naszej audycji św. arcybiskupa Bilczewskiego i tym samym wrócimy do starożytności. W swym liście pasterskim wymieniając sławnych Rzymian, jako największą duchem męstwa wymienia patrycjuszkę Kornelię matkę Grakchów. Nie znaczy to, że brakowało dzielnych niewiast w Grecji; wylicza je Demostenes mówiąc choćby o córkach jednego z herosów attyckich Leosa, które dały swe życie w ofierze za ojczyznę; nie brak też sławnych niewiast na kartach Pisma świętego, jak choćby mężna Debora, czy Judyta będąca starotestamentalną figurą Matki Najświętszej wspominaną w naszych prześlicznych barokowych Godzinkach jako „Judyt wojująca od niewoli okrutnej lud swój ratująca”. Ale znoszeniem podług męstwa śmierci swoich synów właśnie Kornelia najbardziej wpisuje się w strofy biblijnego poematu o dzielnej niewieście. „Ginajka andreja tis heuresei, dzielną niewiastę któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły”. Przypatrzmy się zatem owej rzymskiej matronie tak pięknie ukształtowanej przez trud życia, że uderza starorzymskim patriotyzmem ujętym w Horacjuszowym zewie: „Słodko jest umierać za ojczyznę”.
Ta córka Scypiona pogromcy Hannibala zostawszy w młodym wieku wdową, wszystkie swoje starania na to tylko łożyła, by jak najlepiej wychować swoje dzieci. Pytana przez swą przyjaciółkę, gdzie ma swoje ozdoby, wskazała na dwóch swoich synów Tyberiusza i Gajusza mówiąc: „to są moje największe klejnoty: ufam ,że wychowam obu na wierne sługi i bojowniki ojczyzny”. I istotnie tak się stało. Wrodzone przymioty obu Grakchów udoskonalone wychowaniem postawiły ich na czele młodzieży rzymskiej. Jak bardzo też sami pracowali nad własnym charakterem niech świadczy fakt o którym pisze Plutarch. Mianowicie młodszy z nich, Gajusz, który w odróżnieniu od swego starszego brata był prędki we wszystkim, przemawiając często podnosił głos, co zrażało słuchających. Zdając sobie z tego sprawę kazał stawać za sobą muzykantowi, który wówczas, gdy Gajusz wpadał w zapalczywość tonu, podawał mu dźwiękiem muzycznym wolniejszy, a ten usłyszawszy, stosował się do tego.
Zgodzą się chyba ze mną mili słuchacze jakaż to potężna nagana wobec tego niechlujstwa językowego idącego ku nam zewsząd, z mównic publicznych, z radia, z telewizji i, o zgrozo, ostatnimi czasy coraz częściej z ostoi piękna języka, jakim była dotąd ambona w kościele.
Spośród rozmaitej działalności publicznej Tyberiusza Grakcha wspomnę tylko o jednej rzeczy, która wybrzmiewa jakżesz aktualnie dziś. Jako trybun ludowy zadbał o to, by kres położyć bezprawnemu przywłaszczaniu sobie gruntów zdobytych na nieprzyjacielu przez chciwych bogaczy. Prawo rzymskie było takie, że ziemie te częściowo należały do państwa, częściowo były dzierżawione przez zwykłych obywateli. By ominąć prawo, bogacze pod cudzym imieniem nabywali te grunta, a potem już jawnie wyrzucali z nich ubogich tak, że ci nie mając własności wynosili się z kraju, a pozostali tak byli rozgoryczeni, że nie chcieli służyć takiej ojczyźnie. Tak pisze o tym Plutarch:
„Tyberiusz Grakchus przejeżdżał przez kraj toskański, bolesnym mu były widokiem grunta leżące odłogiem, albo przez najemniki bogatych uprawiane, zamiast tego, co by w sprawiedliwym podziale, jak należało w dzierżeniu rzymskich obywateli zostawały. Tkwiła mu w myśli nieczułość możnych! Skoro więc do Rzymu przybył, zataić nie mógł nad czem ubolewał. Doszło to do wiadomości ludu i przez ustawiczne namowy i prośby wzbudzali go do uskutecznienia zbawiennych zamiarów”.
Zachowała się przemowa Tyberiusza, którą warto tu przytoczyć:
„Zwierzęta dzikie, którymi góry i puszcze Italii są napełnione, mają swoje łożyska do spoczynku i ochrony; a ci waleczni Rzymianie, bracia nasi, którzy własnym życiem zastawiają Italię, światła tylko i powietrza używają, bo im tego przynajmniej nikt wydrzeć nie może. Bez ochrony i przytulenia tułają się z żonami i dziećmi współbracia nasi we własnej ojczyźnie swojej; a gdy czas wojny nastaje, śmią zaciągniętym na służbę mówić wodzowie, iż bronić im domów, których nie mają, własności, z której odarci, należy. Nadstawują więc piersi, tracą życie na dogodzenie chciwości tych, którzy im to, co oni powinni byli, wydarli, nazywając tych, którzy nic nie mają panami świata. I jakby nie dość im jeszcze była dotkliwa nędza, którą ponoszą, urąganie ją zwiększa i nieznośną czyni”.
Widzimy więc z tej mowy, że rzecz była sprawiedliwa toteż mimo wielu perypetii, wprowadzone zostało prawo jednak nader łagodne i umiarkowane. Otóż zamiast odebrania ziem trzymanych przez bogatych wbrew ustawom, państwo miało je od nich wykupić i oddać dawnym właścicielom. Taka ustawa, mimo łagodności nie mogła podobać się bogaczom. Użyli wszelkich sposobów, ażeby Tyberiusza spotwarzyć w oczach ludu. Gdy ich poczynania nie przyniosły pożądanego skutku uknuto spisek i zabito Grakcha w drodze na Kapitol. Ale senat, bojąc się wzburzonego ludu potwierdził prawo podziału gruntów przez Tyberiusza wniesione.
O działalności młodszego z Grakchów Gajusza opowiem miłym słuchaczom znowu słowami Plutarcha. Rzecz też bardzo na czasie.
„Rozpoczął naprawę dróg, zaludnienie dawnych osad, budowle krajowi użyteczne, między innymi spichlerze, zalecał odbudowę zburzonej Kartaginy(…)Przy tym sam się do ich uskutecznienia przykładał, przytomnym będąc osobiście, obmyślając sposoby, przeszkody gruntownie i tak skoro, iż wszystkim było ku podziwieniu, jak tylu razem pracom mógł wystarczyć”.
I jeszcze coś w rodzaju lustracji: „Przeprowadził ustawę, że kogo raz lud z urzędu złoży, ten na zawsze sposobność do spraw publicznych tracić będzie”. Takie postępowanie Gajusza było kamieniem obrazy dla nieuczciwych. Gdy nie pomogło oskarżenie, że jest wrogiem ojczyzny. Nasłano nań zbrojną zgraję, a ten by uniknąć śmierci z rąk pospólstwa własnemu niewolnikowi zabić się kazał.
A jednak to jemu właśnie przypisuje się, że odmienił stan rzeczy w Rzymie i z arystokratycznego uczynił go demokratycznym.
Gdybym miał drodzy słuchacze wzorem Szymona Starowolskiego położyć obu Grakchom jakieś epitafium, to kazałbym wyryć słowa Arystotelesa, bo tak bardzo pasują do nich:
„Człowiek wielkoduszny nie naraża się dla rzeczy małych (…) Umie stawić czoło grozie, gdy chodzi o rzeczy wielkie i nie szczędzi wtedy życia, bo nie uważa, jakoby trzeba było żyć za każdą cenę (…) jest też znamienne dla człowieka wielkodusznego, że o nic lub niemal o nic nie prosi, natomiast chętny jest do usług. Wyniosły jest wobec ludzi na wysokich stanowiskach, a łagodny wobec ludzi średnich. Przewaga bowiem nad tamtymi jest trudna i godna szacunku, a nad drugimi łatwa. (…) Nie biegnie też on ku zaszczytom ani ku temu, czym się inni puszą. Zabiera się do nielicznych rzeczy, ale za to wielkich i godnych sławy. (…) I musi bardziej dbać o prawdę niż o pozór, a przy tym mówić i postępować bez osłonek; pogarda skłania go do mowy śmiałej.(…) Nie zależy mu na tym, by go chwalono, sam też nie jest skłonny do chwalenia, chyba, że chce ukrócić bezprawie”.
A co z Kornelią, matką Grakchów. Oddajmy głos Plutarchowi, bo starczy za wszystko:
„heroicznym umysłem zniosła dzieci swoich stratę; opowiadała ich czyny w dalszym życia swego przeciągu, szczyciła się, iż takich Rzymowi wydała obywateli. Obwiniali ją niektórzy o nieczułość i przypisywali jej męstwo pomieszanemu stratą tak wielką umysłowi. Nie wiedzieli snadź o tem, że dobre wychowanie wzmaga umysł i dodaje mocy przeciw ciosom złego losu, który, lubo się cnocie sprzeciwia, odebrać jej stałości nie może”.
Po tych słowach myśl moja ulata ku Wilnu, na Rossę, gdzie spoczywa, jak mówi napis, Matka i serce Syna. Czym była dla Grakchów domina Kornelia, tym dla młodych Bronisława i Józefa była Maria Piłsudska z Billewiczów. Bez tej cichej bohaterki, bez jej wychowania i matczynej troski o polskość w duszy dzieci, nie byłoby późniejszej dziejowej misji jej syna.

Mówiąc o Gajuszu Grakchusie wspomnieliśmy, że jemu przypisuje się zmianę Rzymu z arystokratycznego na demokratyczny. Przybyły do Rzymu w II w. prz. Chr. jako zakładnik historyk Polibiusz, charakteryzował ustrój rzymski jako wyjątkowo szczęśliwe połączenie elementów demokratycznych, arystokratycznych i monarchicznych. Jako admirator rzymskiej potęgi i zmysłu organizacyjnego widział w historii spełnianie jakiejś opatrznościowej misji Rzymu.
Echo takiego spojrzenia na ustrój rzymski odnajdujemy w liście św. Arcybiskupa Bilczewskiego, gdy pisze o ustroju jaki winien być w Polsce:
„ja chcę nie byle jakiej demokracji, ale demokracji arystokratycznej (…) biorę tu bowiem wyraz arystokrata, arystokracja w pojęciu jego właściwym, jakie miał lud w dawnej Grecji i któremu w języku Rzymian odpowiadało określenie „viri optimi optimates”, to jest w znaczeniu człowieka najrozumniejszego, najszlachetniejszego, który dobro publiczne zawsze kładł na pierwszym miejscu i w służbie bezinteresownej dla dobra ojczyzny nikomu się nie dał uprzedzić”.
Gwoli prawdy historycznej musimy jednak wspomnieć o cieniach rzymskiej Rzeczypospolitej. Wiek po Polibiuszu znany nam wszystkim z piękna języka Marek Tuliusz Cycero w znakomitym dziele „O państwie” wykłada zasady sprawiedliwości ustroju państwowego. I musiał z rozpaczą w sercu patrzeć, jak wychwalany przez niego sojusz stanu rycerskiego z senatem, mający jego zdaniem być gwarantem dobra państwa ulega rozprzężeniu.
Sam będąc szczerym patriotą często stawiał sobie pytania, o których wspomina w liście do swego serdecznego przyjaciela Attyka. Pisze tak:
„Odrywam na krótko swe myśli od kłopotów i jednocześnie zastanawiam się nad ważnymi sprawami:
Czy należy pozostawać w ojczyźnie, gdy znajduje się ona pod rządami tyrana? Czy trzeba wszelkimi sposobami starać się o jego obalenie? Czy trzeba próbować nieść pomoc ujarzmionej ojczyźnie raczej słowem i wyzyskaniem okoliczności niż z orężem w ręku? Czy ten, kto wyświadczył ojczyźnie wielkie dobrodziejstwa i z tego powodu wiele wycierpiał i wzbudził ku sobie nienawiść, ma dobrowolnie narazić się na niebezpieczeństwa dla ojczyzny, czy też wolno mu troszczyć się o siebie i o swoich najbliższych, unikając walki przeciw dzierżącym władzę?”.
Przyznać musimy, że takie pytania mógł stawiać ktoś, kto poważnie myślał o dobru wspólnym jakim jest ojczyzna.
Dla radiosłuchaczy z zagranicy istotnym jest jeszcze jedno pytanie jakie zadał był Cyceron:
„Czy przystoi obywatelowi zażywać spokoju z dala od uciśnionej ojczyzny, czy też powinien on za wszelką cenę narazić się na niebezpieczeństwo dla odzyskania wolności?”.
A pytanie to postawił Cyceron pod wpływem sztuki Eurypidesa znanej w Rzymie, gdzie Medea, główna bohaterka, mityczna córka Ajetesa, króla Kolchidy tłumacząc się z tego, że porzuciła kraj tak mówi:
„Wielu, choć z dala od swojej ojczyzny
Dla kraju wielkich czynów dokonało
Inni, co krokiem nie ruszyli z domu
Za to naganę na siebie ściągnęli”
Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama: do miłości ojczyzny są wezwani wszyscy, również ci, którzy żyją poza jej granicami .
Cyceron był też przenikliwym obserwatorem tego, co się działo w jego ojczyźnie. A działo się źle. Pisze o tym tak:
„Jedni ludzie nic nie warci, inni o nic nie chcą dbać, nie można znaleźć choćby męża stanu (…) kilkuset ludzi najlekkomyślniejszych i najniebezpieczniejszych w całym narodzie rzymskim, za otrzymane grosiki gwałci wszelkie prawa i wszelkie świętości”.
Czytając te słowa mili radiosłuchacze mimo woli nasuwa mi się myśl o tych wszystkich przywódcach europejskich, w tym naszych, którzy odrzucając chrześcijaństwo będące duszą Europy szukają czegoś, co by tę duszę mogło zastąpić. Tym czymś ma być podpisany unijny traktat reformujący, który w gruncie rzeczy pozbawia państwa suwerenności. I jeszcze prominenci mówią, że nic złego się nie stało. Nie mogę oprzeć się pokusie, by nie powtórzyć za Cyceronem:
„gdy wszyscy porządni ludzie się usunęli, niewolnicy zapełnili forum i rozmaici Talnowie, Spongowie czy innego tego rodzaju męty orzekły, że się nie stało to, o czym nie tylko wszyscy ludzie, ale nawet zwierzęta wiedzą, że się stało”.
I dalej: „teraz państwo umiera na jakąś dziwną chorobę: chociaż wszyscy potępiają to, co się dzieje, chociaż skarżą się i ubolewają, narzekają, to jednak nie stosuje się żadnego lekarstwa; sądzimy bowiem, że nie można się opierać bez zguby, lecz nie widzimy żadnego końca ustępstw oprócz zagłady”.
A ludziom, którzy zgodzą się na to, by bez zapytania ich o zdanie parlamenty ratyfikowały ten traktat, śmiało możemy za Cyceronem powtórzyć:
„Są tak głupi, że wyobrażają sobie, iż po upadku państwa uratują swoje sadzawki z rybami”.
Przyznacie drodzy radiosłuchacze, że trudno o bardziej dosadną krytykę samolubstwa i niefrasobliwości obywateli. Myśl o własnej korzyści, czy przyjemności bierze górę nad interesem publicznym i jest motorem wszelkiego działania. Aż prosi się, by powiedzieć za Norwidem: „Gubią się i zgubią się, bo chcą tego”.
Konia z rzędem temu, kto wśród obecnych rządzących w Europie przywódców znajdzie kogoś, kto za Cyceronem mógłby powiedzieć:
„A co powie historia za kilkaset lat? Tego wyroku bardziej się obawiam, niż plotek naszych współczesnych”.
By tak powiedzieć to trzeba mieć duszę rzymską, wyrosłą z wolności, a tej u parweniuszy „europejskich” wiodących prym w Unii po prostu nie ma.
Po tej smutnej refleksji czas na małą fermatę. Zaprezentowaliśmy kilku z wielkiej plejady greckich i rzymskich miłośników ojczyzny. Naszą refleksją mogliśmy niejako wejść w tajniki ich dusz, nie jak szpiedzy, lub agenci, którzy zbiorą wiadomości o ich wadach i zaletach i na nich oprą swe oskarżenia, ale z drżeniem, jako ludzie przejęci prawdziwym humanizmem, a on polega na zrozumieniu i wyrozumieniu wszystkiego, co ludzkie. Dlatego mając sporo na sumieniu grzechów wobec ojczyzny nie mówiliśmy o ich słabościach, czy błędach, lecz o tym, co stanowiło o ich wielkości. A byli tak wielcy, że – jak mówi Tacyt – wraz z ich życiem pojawiała się ta rzadka szczęśliwość czasu, kiedy wolno myśleć, co chcesz i mówić , co myślisz.
My mamy ten czas, ów wyjątkowy kairos w telewizji „Trwam” i w Radio Maryja, więc myślę, że nie trzeba mówić, komu to zawdzięczamy. Zatem, gdy nastąpi chwila muzycznej przerwy podziękujmy Opatrzności za rzymską duszę ludzi tutaj trudzących się wokół spraw ojczyzny.
Po tej grecko-rzymskiej części audycji przejdźmy do najistotniejszego momentu naszych rozważań, który rozświetla pełnym blaskiem dzieje ojczyzny i jej miłowanie.
Mimo, iż zachwyca nas postawa przypomnianych wielkich miłośników ojczyzny, to czujemy podskórnie, że czegoś tu niedostaje. Jeśli nawet starożytni miłowali ojczyznę, to brakowało w tym owego motywu najistotniejszego, nadprzyrodzonego, o którym pisał w swej encyklice papież Leon XIII, a który jest dwuczłonowy. Pierwszy, wyrażający się przez powiedzenie „a komu do nieba otwarta droga, to tym co służą ojczyźnie” pokazuje ostateczny motyw miłości do ojczyzny, jakim jest nagroda życia wiecznego. Drugi to wzorzec boskiego Mistrza, który sam dał pełen mocy zbawczej przykład jak miłować ojczyznę.
Rozumieli już to Grecy i Rzymianie, że nie ostoją się ich ziemskie ojczyzny bez bóstwa i dlatego wołali „brońmy ołtarzy i ognisk domowych”. Zawołanie to: pro aris et focis było nie tylko wyrazem postawienia przez świat grecko-rzymski bóstwa na pierwszym miejscu, ale także jakiegoś przeczucia i oczekiwania na to, że Bóg przyjdzie i nauczy miłować ojczyznę tak, by ludzkość przystosowywała wolę swoją do najświętszej woli Bożej.
Juliusz Słowacki w jednym z listów do swojej matki tak o tym pisze:
„Wieszże Ty, kto to jest Najświętsza Panna? Oto przez cztery tysiące lat cała natura, wszystkie ludy przeczuwały, że raz przez kobietę rozmiłowaną w Bogu złamane będzie prawo natury najpierwsze. Poeci przeczucie to zamieniali w kształt i ciągle o tym gadali… bo przyszłość tego cudu dawała się czuć duchowi świata. Stąd tyle nimf greckich lub dziewic, które z bogiem są zamężne… Wielkość tego przeczucia zatrważa – powszechność jego zadziwia. Otóż duch Najświętszej Panny spełnił cud – ludzkość cała, jakby otrzymawszy to, czego się spodziewała, przestała marzyć o półniebieskich związkach…Jakiż to więc duch był wielki i zdolny do cudownej bożej miłości, kiedy uspokoił serca bijące przeczuciem od lat tylu w tylu ludach! A ta Matka śćmiona miłością Bożą – z jakim strachem i uszanowaniem musiała patrzeć na dziecko własne, Ona jedna, która wiedziała, że miłością bożą – ducha Boskiego wywołała z niebios, i ten duch siedzi na rękach u niej – dzieciątko małe – a już cierpiące nad światem”.
Mając w uszach te słowa wracamy do naszego świata antycznego powiedzmy, że spełniło się to, czego nauczali stoicy, iż boską zasadą i przyczyną świata jest Logos, który przenika wszystko, co istnieje. Logos przyjął ludzki kształt w Chrystusie jak o tym mówią cztery Ewangelie. W nich Chrystus jawi się jako stwórcza siła, Słowo, przez które świat nie tylko został stworzony, ale On dla tego świata jest boskim Wzorem i Nauczycielem także w miłowaniu ojczyzny. Tak Pana Jezusa pokazuje Klemens Aleksandryjski, jako boskiego Wychowawcę wszystkich ludzi wszystkich czasów. A zatem jego miłość obejmowała nie tylko swoją ojczyznę żydowską, ale równocześnie wszystkie ludy i ich ojczyzny. Gdy więc pytam się, gdzie klucz , w czym tkwi sekret do zrozumienia i oceny ofiarnej miłości ojczyzny, to odkrywam go u św. Pawła, który o Chrystusie Wychowawcy utworzył przedziwne zdanie: „nie miał upodobania w sobie, nie szukał siebie”, (non sibi placuit). Chrystus więc uczy, że pobudką, ostateczną sprężyną miłości, jaką winniśmy na Jego wzór nieść stale swojej ojczyźnie, ma być bezmierna miłość ku Ojcu niebieskiemu. W tej Bożej miłości uświęcił On zatem patriotyzm proroków, wszystkich prawdziwie wielkich mędrców, wojowników, mężów stanu, nadał mu formę najidealniejszą, wyniósł na szczyty Boże. By utwierdzić siebie i czcigodnych słuchaczy w takim myśleniu oddajmy głos naszemu Patronowi, który jak mało kto, znając starożytną naukę o Chrystusie Wychowawcy stawia Go za wzór miłośników ojczyzny na zawsze. Powiada arcybiskup Bilczewski tak:
„Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus jak we wszystkim, tak i w miłości swojej ojczystej ziemi, mowy, swoich rodaków, dziejów ojczystych, jest najwyższym, najidealniejszym wzorem. W nim Stwórca wszechświata, zamknąwszy się w ciele ludzkim, począł mieć ludzką ojczyznę, być obywatelem jednego narodu i kochać ojczyznę najszlachetniejszym sercem ludzkim. Nie wygłaszał Chrystus mów patriotycznych, nie dał nawet osobnego przykazania miłości ojczyzny, ale wypełniał najwierniej obowiązki obywatelskie względem ojczyzny. Jako chłopczyna odbył pielgrzymkę na święta do Jerozolimy, żeby spełnić powinność religijną, ale i wyznać swoją przynależność do ojczyzny. Jako mąż dojrzały, nauczał, że najwyższym celem ojczyzny ziemskiej jest, żeby się stała królestwem Bożym, czyli społecznością opartą wyłącznie na prawdzie, sprawiedliwości, miłości. W pracy miłosnej nad dobrem swojego ludu tysiąckrotnie poranił nogi, serce, duszę. Kochał swój naród, mimo, że wielka część rodaków podejrzewała jego patriotyzm; ogłosiła go przyjacielem najeźdźcy; mimo, że wiedział, iż za miłość lud niewdzięczny przybije go do krzyża. W przededniu swej śmierci płakał nad nieszczęściem, które wkrótce miało spaść na ojczyznę, łzami, lamentem tak rzewnym, jak gdyby był zapomniał, że jest Bogiem i był tylko zwyczajnym człowiekiem. Gdy do obarczonego krzyżem w drodze na Golgotę przystąpiły z wyznaniem swego współczucia oddane Mu niewiasty judzkie, On znowu niepomny cierpień własnych i zatopiony myślą w ciężkich losach pisanych ojczyźnie odzywa się: Nie płaczcie nade mną, ale same nad sobą, nad synami waszymi, nad zgubą całego narodu.
Ostatniemi prawie jego słowami na krzyżu, to modlitwa za swoich bogobójczych obywateli, za ojczyznę. Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. To wszystko zaś mówił, działał, aby nam dać przykład, ażebyśmy, jako On czynił i my czynili”.
Tymi słowami postawił nas święty biskup Lwowa drodzy radiosłuchacze na Kalwarii. Więc siebie i was muszę teraz zapytać: czy istnieje jakaś nić przewodnia, jakiś węzeł miłosny wiążący ofiarę Krzyża z naszym myśleniem o Polsce niejako dopełniającym ją w jej dziejach. W sukurs mej odpowiedzi przychodzi sam Zbawiciel, gdy mówi: „A Ja, gdy nad ziemię wywyższon będę, przyciągnę do siebie wszystko”. Nie ośmielę się jednak sam rozwinąć tego zdania, w godniejsze należy oddać je ręce, które na końcu tej refleksji trzeba będzie ze czcią ucałować.
Najpierw Cyprian Kamil Norwid. To żywe wieszcze sumienie nasze, tak rozwija Zbawicielową myśl:
„Tak Kościół trzyma, że gdy Pan umierał ,
Na Północ , głowę skłoniwszy, pozierał,
Na Oliwnej
Górze dziwnej
Kończąc mękę, skłaniał rękę
Ku – Północnym LUDZIOM…”
Skierujmy zatem za boską ręką Zbawiciela nasz wzrok na północ od Kalwarii. Minąć musiało tysiąc lat, gdy także z posiewu dzisiejszych Patronów Braci Sołuńskich Cyryla i Metodego, pojawił się w północnym ludzie człowiek, któremu rodacy nadali miano zaczerpnięte z rzymskiego „cursus honorum”, pater patriae – ojciec ojczyzny.
Tym człowiekiem jest św. Stanisław, biskup i męczennik. W jego życiu rozegrał się ów niezbędny (konieczny) dramat dziejowy, mający ścisły związek z ofiarą Krzyża, decydujący na wieki o wewnętrznych prawidłach rozwoju ojczyzny. Chodziło o rząd dusz; czy ma pójść drogą samowoli władzy nie liczącej się z poszanowaniem godności osoby ludzkiej, czy też drogą wolności, której gwarantem jest Chrystusowy Krzyż (Chrystus z Krzyża).
Przedstawmy ten dramat słowami natchnionego Juliusza Słowackiego i niech nas jego duch w anioły przerobi, byśmy zdolni byli poszybować w sferę jego geniuszu. (przy okazji ukłon w stronę mego Profesora, miłośnika Wieszcza)
W „Królu Duchu”, znany spór między władcą Polski Bolesławem Śmiałym a pasterzem Kościoła Stanisławem o pole rycerza Piotrawina opisał poeta wkładając w usta królewskie oskarżenie tak:
„Oto ten kapłan – rzekłem – ta gadzina
Chce mnie gryźć w serce – a wszystkim wiadomo
Że umarłego pole Piotrawina
Pochwycił ręką kościelną, łakomą”
Bylibyśmy w rozbracie z przesłaniem poematu, gdybyśmy nie dokonali analizy duchowej tych słów.
W postaci króla Bolesława zaklął Wieszcz wszelką samowolę, co nie okiełznana nauką Chrystusa Wychowawcy łatwo wyradza się w tyranię.
Postać św. Biskupa ze Skałki jest uosobieniem wolności do której prowadzi nas Prawda-Chrystus.
Pole Piotrawina – to nie kawałek gruntu, ale Ojczyzna wraz z jej dziećmi. A spór dotyczy tego, kto będzie sprawował władzę nad jej duchem i według jakich zasad będzie go kształtował. Ale kapłanowi nie wystarczyło mieć pieczę li tylko nad duszą ojczyzny pochwyconą – jak mówi król – ręką łakomą; on chce zagarnąć we władanie serce władcy, by je urabiać podług zasad Chrystusowej Ewangelii. Po co? By nie było w nim miejsca na tyranię i samowolę wobec ojczyzny, ale na wolność ku jakiej wyswobodził i króla Chrystus. A zatem władca – jako pomazaniec Boży ma być odtąd „dla” ojczyzny – na wzór swego Wychowawcy Chrystusa, który powiada sam o sobie: ” przyszedłem, aby służyć”. Gdy władca się temu sprzeniewierzy, podlega pokucie dla poprawy. (To ostatnie zdanie – to ukłon w stronę ks. Prof. Bartnika i jego „Idei polskości”)
A co na to ojczyzna uosobiona w postaci rycerza Piotrawina, którego wskrzesił Stanisław?
Posłuchajmy i usłuchajmy słów Wieszcza:
„Taki huk głuchy poszedł jak w kościele
Gdy w Wielki Czwartek sądny świece gaszą
Świętość w powietrzu i coś niby ziele
Grobów cuchnęło. – „Stoję” – rzekł – przed waszą
Koroną – świadczę, że grunt przy Kościele
Który jest teraz owcy wdowiej paszą”
Dusza ojczyzny nieraz skarlała i zmarniała małością swoich dzieci i ich obojętnością, nieustannym trudem Kościoła podnoszona z ziemi, patrząc na ów spór między tyranią a wolnością, opowiada się za przynależnością do Chrystusa i chce być kształtowaną przez jego Kościół – jako swego Ojca mówiąc: świadczę, że grunt przy Kościele! On to bowiem został opisany w osobie św. Stanisława
Zatem przesłanie z poematu Wieszcza możemy wysnuć takie: tak długo ojczyzna będzie duszę wielką miała, czyli będzie sobą, jak długo pozwoli Kościołowi tę duszę paść paszą Chrystusowej nauki.
Lecz by ojczyznę na trwale połączyć węzłem serdecznym z ofiarą Kalwarii, musiała ona zostać zroszona krwią męczeńską. I tak się stało. Na Skałce spadł miecz królewski na głowę Stanisława, podczas Najświętszej Ofiary. Ofiara Chrystusa z Kalwarii i ofiara męczennika ze Skałki zlały się w jedno, by pójść w przyszłość razem i być życiodajnymi dla ojczyzny na wieki. (To już są słowa największego Syna naszej Ojczyzny Jana Pawła z jego poematu o Stanisławie).
Męczeńska krew Stanisława – Ojca, sprawiła, że wylanie krwawej łzy Chrystusowej na Krzyżu i za naszą ojczyznę dopełniło się (consummatum est). Powie o tym Słowacki w „Anhellim”: „I narodziła się ze łzy Chrystusowej, wylanej za nią na Golgocie”.
Odtąd Krzyż staje się niejako prawem do życia narodu. Czyż mamy się dziwić, że Mickiewicz napisał, że tylko pod nim jesteśmy w pełni Polakami – synami Ojczyzny? Wiemy z historii, że Bolesław, a w jego osobie samowola, musiała opuścić ziemię Piotrawina czyli ojczyznę i poddać się pokucie. Zaś Stanisław, a w nim Kościół został ojcem Ojczyzny a wawelski grób męczennika jest jej ołtarzem. I odtąd w jej dziejach, przez pokolenia toczy się swoisty „mistyczny” dialog. Oddajmy jego istotę słowami kolejnego wielkiego syna Ojczyzny ormiańskiego arcybiskupa Lwowa Józefa Teodorowicza, przyjaciela Patrona naszej audycji: „Z ciebie to ja wyszłam – mówi Polska do Kościoła. Jam cię na rękach nosił, wykołysał i wykarmił, a miodem Ewangelii duszę twoją sycił – odpowiada Kościół – poślubiłem cię sobie. Dzięki tym zaślubinom, z krynicy Kościoła, z jego walki o swoją wolność ojczyzna czerpie ducha wolności, a gdy jej synowie przez swawolę wypaczą ducha wolności i w tedy w życiu nadprzyrodzonym Kościoła mają oni dla siebie miarę, granicę, wędzidło”. I dalej woła Kościół do ojczyzny: Ty jesteś więcej niż skarbem, jesteś droższa od słońca, jesteś warta całej Krwi Chrystusowej, więc wstawię twą duszę szczerą jak złoto do kuźni Krzyża, i poddam ciosom ognia i młota, aż z ciebie powstanie wspaniały klejnot do złożenia w ofierze Bogu Ojcu.
Ileż z tego serdecznego dialogu między ojczyzną i Kościołem wyrosło szlachetnych synów i córek ojczyzny, prawdziwych klejnotów z kuźni Krzyża; począwszy od następcy św. Stanisława na tronie biskupim w Krakowie bł. Wincentego Kadłubka, który dzieje Polski łączył ze starożytnością, poprzez osobę hetmana Stanisława Żółkiewskiego uosabiającego w sobie starożytną cnotę męstwa aż do zwykłych obywateli, o których piewca wielkości Ojczyzny Maciej Stryjkowski pisze: „tu najdziem Achillesy i mężne Hektory, w Polsce, w Litwie i w Rusi – ich świętych cnót wzory”.
Z tego posiewu wyrosła postać prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, który wzorem Stanisława raz jeszcze dał odpór samowoli i tyranii władzy w Polsce. Jego „non possumus”, za które zapłacił więzieniem, postawiło raz jeszcze naród na dziejowych schodach Litostrotos, przed Piłatem razem z Chrystusem, naszym Pedagogiem w miłości. Karność w miłości objawia się między innymi w poszanowaniu prawowitej władzy, a ta jest tylko jedna na ziemi i na niebie – Boża. Poza Bogiem i bez Niego nikt nie ma władzy. O tym przypomniał Chrystus rzymskiemu namiestnikowi chełpiącemu się, że ma władzę ukrzyżowania Go i uwolnienia: „nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby ci jej z góry ( z nieba) nie dano”. Te słowa dotyczą wszystkich mających władzę aż do skończenia świata: z siebie żaden człowiek nie ma prawa rządzenia drugim. To prawo ma wyłącznie Bóg, który wyposaża niektórych ludzi we władzę i ona istnieje nich tak długo, jak długo jest zastępczą władzą Bożą. Przestaje istnieć z chwilą, gdy staje ona przeciw Bogu, nakazując czyny niezgodne z Jego przykazaniami. Wtedy obowiązuje zasada: „należy więcej słuchać Boga, niż ludzi” i walczyć z takim systemem, który opiera się na dzikiej, oszukańczej, ateistycznej demokracji, jaka dziś zapanowała niemal we wszystkich państwach. W niej to bezimienne organizacje wrogie Bogu i będący na ich utrzymaniu politycy, intelektualiści, wmawiają ludziom, że większość głosów rozstrzyga o urządzeniu państw. W takiej demokracji celem ostatecznym nie jest dobro ludzi, choć o tym się trąbi najgłośniej, ale wszechwładza masonerii i jej pachołków”. Tymczasem, jak to widzieliśmy w starożytności, zdrowy rozum, prawdziwa miłość ojczyzny, Kościół domaga się demokracji, gdzie najwyższym władcą jest Bóg i Jego święte Prawo, a ludzie radzą tylko jak je zabezpieczyć, by panowała wolność religii, sumienia, rodziny, życia, ładu i powszechnego dobrobytu”. Tego nas uczy Chrystus boski Wychowawca człowieka ku miłości bliźniego, która nie jest kosmopolityczna, tylko ukonkretnia się w rodakach i ojczyźnie .
Dziś na własnej skórze odczuwamy coraz bardziej, jak anonimowi reżyserzy ateizmu w życiu publicznym Europy dążą do panowania bezwzględnego. I nie należy się temu dziwić i mieć do nich pretensje. Raczej za wzorem starożytnego historyka Tukidydesa należy potępić tych, którzy chcą się im podporządkować. Kościół w Polsce, pomny na to, że jest stróżem wolności winien się temu przeciwstawić. Nie wolno mu zatem odżegnywać się od polityki i zachowywać się jak niejaki Bibulus, kolega Cezara w konsulacie, który zamknął się u siebie w domu i wydawał dekrety ogłaszające nieważność wszystkich aktów publicznych swego kolegi. By tak nie było potrzebny jest ktoś z ducha Stanisławowego; ma wejść on w siebie, w dziedzictwo ojczyste i w imieniu całego Kościoła w Polsce ma dać jednoznaczną odpowiedź wrogom wolności: Panu Bogu kłaniał się będziesz i jemu samemu służyć będziesz! Także w życiu publicznym, ojczystym, europejskim. Trzeba o to prosić ojca ojczyzny św. Stanisława i Boga naszego w ojczyźnie niebieskiej.
Tak oto wygląda owo rozwinięcie myśli Chrystusa o jego wywyższeniu na Krzyżu, które powierzyliśmy rękom przywiedzionych na pamięć przeze mnie wielkich postaci wyrosłych ze Stanisławowego ducha. Stwierdzicie zapewne Drodzy Radiosłuchacze, że mój apel o ucałowanie im rąk był jak najbardziej trafny.

Po przedstawieniu Czcigodnym Radiosłuchaczom kilku Wielkich Mężów starożytności, których cienie wydają się dla mnie bardziej żywe nieraz od rumianych twarzy, chcę powiedzieć o jeszcze jednym elemencie starożytnego myślenia o ojczyźnie, a mianowicie o prawie veta.
Dante Alighieri, znawca wielki serca ludzkiego i jego cierpień powiedział był, że „nie ma bólu większego, jak w nieszczęściu pamięć chwil szczęśliwych”. Mogę powiedzieć: boski poeto, znam większy: kochać ojczyznę, widzieć jasno, na jakiej jej drodze zbawienie, a być zmuszonym patrzeć, jak ją pędzą do przepaści. Dlatego tą audycją kładę veto wobec wszystkich tych poczynań, jakie mają miejsce na żywym organizmie ojczyzny mnogoludnej między innymi bogactwem rodziny Radia Maryja, będącej ostatnim bastionem polskości. Veto w tej sprawie nie jest bynajmniej przywarą jaką Grecy nazywali filodikia (pieniactwo), ale jest prawem, które posiadał rzymski trybun ludowy, mogący przeciwstawić się złym postanowieniom władz przez intercessio (sprzeciw). Znane było to prawo i w Polsce w postaci zniesławionego „liberum veto”. Śmiem twierdzić, że niesłusznie, bo wolę w tym względzie iść za głosem Norwida, który powiada, że „nie przezacny klejnot „liberum veto” zgubiło Polskę, ale że nieoświecona onegoż liberum veto aplikacja uczy, iż nie należy wielkich narodu myśli zniżać do nieoświeconych obywateli, ale raczej umysły ludzi do wielkich narodu myśli wznosić” . Niska kultura polityczna niegodnych synów Polski sprawiła, że stało się ono narzędziem dla nieodpowiedzialnych wybryków wobec ojczyzny, ale użyte przez Rejtana na sejmie rozbiorowym usiłowało stanąć w jej obronie wobec rodzimych sprzedawczyków – niewolników wrażych mocarstw. Takie veto stawia wobec lokajstwa każdy, kto czuje się wolnym dzieckiem Bożym i duchowo należy do Rodziny Radia Maryja podług słów Słowackiego:
„By duchy, które mają to z Chrystusa,
Że veto swoje – na wspak światu kładą,
Nie brała żadna cielesna pokusa
Iść za zwierzęcą i niższą gromadą” (Król Duch)
Radio Maryja gromadzi najwybitniejszych dziś ludzi w czasie, gdy ginie nić wielkich historycznych tradycji, a żywa księga dziejów ojczystych staje się lamusem analitycznych rozbiorów, uczonych drobiazgów podejmowanych z myślą o zaspokojeniu widoków sług nieprawdy. Tymczasem oni swoim wysiłkiem na nowo snuć się zdają nić żywej, nieuszczerbionej w niczym tradycji, co kością jest pacierzową narodu. Czyniąc to w katolickiej rozgłośni, mają przywilej spełnienia dwóch rzeczy – najpierw wobec słuchaczy: „a więc słuchajcie co dano w puściźnie, To gesta Dei, w tej polskiej Ojczyźnie”, a potem wobec samych siebie: „wiara i ojczyzna, to jeden wielki Ołtarz, a człowiek to źdźbło miry, którego przeznaczeniem spalić się na chwałę Ołtarza”. Tak postępuje patriota: z greckiej myśli utkany, z klucza Dawidowego, który nam usta otworzył, z wiecznego Rzymu, co nas nazwał człekiem, z polskości, która nam pozwala być w pełni sobą. I takiemu patriocie, zajedno Polakowi i Europejczykowi dedykuję słowa Elizy Orzeszkowej, w których pobrzmiewa nauka Sokratesa:
„Patriota ma swoją górę Synai, u której szczytu jaśnieje tablica przykazań surowych. Jedno z nich zawiera się w słowach: jakkolwiek skąpą i niesprawiedliwą ( z powodu niegodnych jej dzieci) byłaby dla nas Ojczyzna, jest ona Matką, na którą gniewać się i której usług odmawiać nie wolno. A drugie: pragnij Ojczyzny dobrej duchem wielkim, sprawiedliwej, czystej, dlatego czyń samego siebie lepszym, wyższym, sprawiedliwszym, czystszym i usiłuj to samo czynić względem ludzi i rzeczy ojczystych”.

drukuj