Myśląc Ojczyzna
  Niedawna wizyta w Stanach Zjednoczonych skłoniła mnie do kilku refleksji na temat tego kraju, a także na temat jego roli w świecie. Kto bowiem chce zrozumieć istotę imperialnej potęgi USA powinien udać się do Nowego Jorku. Gigantyczne centrum gospodarcze i finansowe symbolizowane przez Wall Street to niewątpliwie miejsce, gdzie rozstrzygają się gospodarcze losy świata. Decydenci tego centrum nieprzypadkowo budują potężne drapacze chmur. Wszystko to bowiem ma robić na przybyszach wrażenie nieosiągalnej potęgi, ma przytłaczać niemalże tak, jak wielkie rządowe budynki w dawnych centrach wielkich imperiów światowych. Inne, mniejsze ośrodki finansowe próbują odwzorowywać na mniejszą skalę ten model, który w pewnej mierze dotarł również i do naszej Warszawy. Oczywiście rodzi się zaraz pytanie, co spina od strony kulturowej naród, którego państwo doszło do takiej potęgi. Szukanie jakiejś głębi w wielokulturowym społeczeństwie amerykańskim napotyka na duże trudności. Oczywiście wszechobecnym atrybutem amerykańskości jest flaga, obecna w ogromnej ilości na budynkach prywatnych, rządowych, finansowych … a nawet na cmentarzach. Wszystko to ma wzbudzać dumę w Amerykanach wpatrzonych w potęgę własnego państwa i własnej gospodarki. To właśnie w takim duchu wychowuje się młodzież w szkołach. Częste organizowanie ceremonii związanych z przysięgą na flagę, śpiewanie amerykańskiego hymnu i wreszcie wpajanie młodym, że Ameryka jest najpotężniejszym krajem na świecie ma kształtować postawy patriotyczne przyszłych obywateli. Poziom nauczania historii i geografii stoi zaś na bardzo niskim poziomie. Przeciętny uczeń ma co najwyżej mgliste pojęcie o początkach Stanów Zjednoczonych, dość szeroką wiedzę na temat holocaustu i zasadniczo niewiele więcej z karesu ogólnej wiedzy o świecie. Typowy Amerykanin jest również człowiekiem religijnym (oczywiście musimy brać tutaj pod uwagę mozaikę religijną, jaka cechuje tamto społeczeństwo). Nie chcę przez to powiedzieć, że nie dotknął ich typowy dla świata zachodniego kryzys religijności. Widać to także w Kościele katolickim, gdzie w wielu parafiach zrezygnowano prawie (na wzór europejski) ze spowiedzi usznej, na rzecz spowiedzi powszechnej. Wizytując jeden z ośrodków terapii zajęciowej dla dzieci prowadzony przez siostry zakonne szukałem z uporem znaku krzyża na ścianie. Na pytanie, czy tej pracy sióstr towarzyszy jakieś wychowanie religijne, otrzymałem odpowiedź, że ośrodek ten zajmuje się jedynie pracą charytatywną. Sprowadzenie posługi osób konsekrowanych do wymiaru pracy charytatywnej jest typowym objawem kryzysu Kościoła zachodnioeuropejskiego. Mimo wszystko jednak Amerykanie są o wiele bardziej religijni niż Europejczycy, w dużej liczbie uczestniczą w nabożeństwach, w życiu publicznym odwołanie do Boga uchodzi za rzecz zupełnie naturalną. W sferze moralnej przekłada się to na sprzeciw Kościołów chrześcijańskich przeciwko pomysłom Baraka Obamy co do akceptacji formalno-prawnej tzw. „małżeństw” homoseksualnych.
Podsumowując można stwierdzić, że tożsamość kulturowa Ameryki jest dość płytka, choć w sensie propagandowym bardzo głośna i rozległa. Zasadniczo Amerykanin powinien posługiwać się językiem angielskim i posiadać dumę z potęgi własnego państwa. Na takim gruncie kulturowym nowi przybysze (emigranci) z reguły do końca życia nie ulegają asymilacji. Mnóstwo różnych mniejszość żyje jakby obok siebie, mniej razem ze sobą. Asymilacji zaś ulegają dzieci emigrantów, poddani oddziaływaniu poprzez system szkolny, media itp.
  W tej sytuacji olbrzymim zadaniem dla Polski powinno być historyczne zbadanie dziejów Polonii, gdyż jej przeszłość stanowi nierozerwalną część polskiego dziedzictwa kulturowego. Takie badania (prowadzone również w środowiskach prowincjonalnych) z pewnością pozwoliłyby na lepsze dookreślenie własnej tożsamości przez zamerykanizowanych Polaków. Polityka zaś polska nie powinna Polonii dezintegrować, jak to miało miejsce w czasach sowieckich, lecz ją scalać. Oczywiście czego innego można oczekiwać od Polaków ledwie pamiętających swoich przodków, czego innego od świeżej Polonii z czasów „Solidarności”. Tak czy inaczej taka planowa polityka narodowa mogłaby być niezwykle wartościowa dla milionów Polaków rozproszonych po całej Ameryce i innych państwach świata. Po drugie mogłaby ona dawać nieocenioną siłę państwu polskiemu. Nawet imperialne Stany Zjednoczone musiałby się liczyć z polskim interesem na arenie międzynarodowej. Silna, scementowana kulturowo i organizacyjnie Polonia mogłaby się bronić przed niesprawiedliwymi atakami historycznymi (przykład tzw. „polskich obozów koncentracyjnych”), jak i współczesnymi. Każdy kandydat na prezydenta musiałby zabiegać o polskie głosy, żadna instytucja finansowa nie mogłaby się nie liczyć ze zdaniem Polski. Czy to możliwe? Wystarczy spojrzeć na stosunek USA do państwa Izrael.
  Widzimy zatem, ze polska polityka zagraniczna, tak nieskuteczna na arenie międzynarodowej, nie stawia przed sobą tych zadań, które jest w stanie realizować. Jeśli nie jesteśmy w stanie (przynajmniej póki co) odgrywać większej roli na światowej szachownicy geopolitycznej, jeśli ciągle jesteśmy ogrywani przez wielkich graczy, to nikt nam nie zabroni realizować oddolnej pracy organicznej. Wykonanie takiej pracy jest zaś warunkiem niezbędnym dla odrodzenia znaczenia Polski w świecie. Wszystko jest jednak uzależnione od odbudowania podstaw narodowej polityki polskiej, mniej zainteresowanej dalekimi wojnami USA na Bliskim Wschodzie, bardziej losem Polaków w Nowym Jorku czy w Chicago. Mniej nakierowanej na kreowanie sztucznej nieraz wielokulturowości na gruncie polskim (przykład: wspieranie utopijnej mniejszości śląskiej), bardziej na scalanie Polaków z całego świata wokół kultury polskiej. Mniej polityki angażowanej w ideologiczne projekty budowy superpaństwa europejskiej, bardziej nastawionej na realizację celów narodowych. Jeśli doczekamy się takiej polityki na gruncie polskim, możliwe wtedy będzie zbudowanie wielkiej siły Polski w świecie, która to siła pozwoli nam nie obawiać się ciągle o podstawy polskiej niepodległości.
