Felieton „Spróbuj pomyśleć”: Polityka, jako kontynuacja wojny


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!
Wczoraj, z okazji kolejnej rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej w Europie, przez media przetoczyła się dyskusja, czy Polska wygrała tę wojnę, czy przegrała. Kiedyś, za komuny, nie wolno było mieć takich wątpliwości; skoro Związek Radziecki wygrał, no to tym samym Polska też. Teraz jednak, wbrew lamentom generała Jaruzelskiego, Bronisława Geremka, Ryszarda Kalisza, Aleksandra Kwaśniewskiego i innych szermierzy wolności, możliwości dyskutowania są jednak większe, niż za komuny, więc sobie podyskutowaliśmy.
Dlaczego w 1939 roku Polska weszła do wojny? Weszła, bo została zaatakowana przez Niemcy, które stworzyły sobie w tym celu pretekst w postaci sfingowanego napadu na radiostację w Gliwicach. Dlaczego jednak Niemcy zaatakowały Polskę? Ano dlatego, że w ten sposób realizowały umowę, zawartą ze Związkiem Radzieckim 23 sierpnia 1939 roku, znaną pod nazwą „paktu Ribbentrop-Mołotow”. Ten pakt stanowił ukoronowanie wysiłków obydwu państw: Niemiec i Związku Sowieckiego, podejmowanych od 20 lat w celu zlikwidowania w Europie porządku politycznego, zatwierdzonego w Traktacie Wersalskim. Zarówno Niemcy, jak i Związek Sowiecki, dążyły do obalenia porządku wersalskiego, który pozbawiał je obszarów kontrolowanych przed wybuchem I wojny w roku 1914. To współdziałanie Niemiec i Rosji trwało przez cały okres 20-lecia międzywojennego, mimo dzielących obydwa państwa różnic ustrojowych i ideologicznych. Pokazuje ono, że interesy polityczne bywają ważniejsze od różnic ustrojowych czy ideologicznych i dlatego, przy odwołaniu się do tamtego przykładu, łatwiej nam zrozumieć dzisiejsze strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie.
Niemcy już wcześniej próbowały z powodzeniem odzyskać terytoria utracone na skutek Traktatu Wersalskiego, a nawet zagarnąć nowe – jak w przypadku Austrii, czy Czechosłowacji. Jednak próbowały dokonać tego w ramach porządku wersalskiego, to znaczy – za zgodą Wielkiej Brytanii i Francji, które były gwarantami tego porządku. Pakt Ribbentrop-Mołotow natomiast dokonywał podziału stref wpływów w Europie Środkowej nie tylko bez uprzedniej zgody Wielkiej Brytanii i Francji, ale nawet bez informowania tych mocarstw. Oznaczał on zatem ostentacyjne podważenie mocarstwowego statusu Wielkiej Brytanii i Francji przez Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki. Anglia i Francja stanęły zatem przed wyborem: albo pogodzić się z tą sytuacją, albo bronić swego mocarstwowego statusu siłą. Natomiast dla Polski pakt Ribbentrop-Mołotow oznaczał utratę niepodległości, a nawet gorzej – bo również rozbiór terytorium państwowego między Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki. Polska po 23 sierpnia 1939 roku nie mogła nawet poddać się Hitlerowi, bo z jego punktu widzenia ważniejsze było dotrzymanie umowy ze Stalinem.
Skoro jednak Polska została zmuszona do wojny w obronie niepodległości i integralności swego terytorium państwowego, to jest oczywiste, że II wojnę światową przegrała. Utraciła bowiem niepodległość na rzecz Związku Sowieckiego, no a jej terytorium państwowe zostało okrojone i częściowo przesunięte. To się stało i już się nie odstanie, zwłaszcza, że od zakończenia działań wojennych w Europie minęły już 62 lata.
62 lata temu zakończyły się w Europie działania wojenne. Czy jednak zakończyła się tym samym II wojna światowa? To już nie jest takie pewne, zwłaszcza gdy przypomnimy, co na ten temat sądził pruski generał Karol Filip von Clausewitz. Otóż twierdził on, że „wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. Odwracając to powiedzenie możemy zatem uznać, że polityka jest kontynuacją wojny tyle, że innymi środkami. No dobrze, ale co to oznacza, że polityka jest kontynuacją wojny innymi środkami? Ano to, że chodzi o osiągnięcie tych samych celów.
Bardzo dobrym przykładem jest pierwsza wojna światowa. Niemieckie cele wojenne zostały sprecyzowane w postaci „Mitteleuropy” – to znaczy planu politycznego urządzenia Europy Środkowej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim. Chodziło tam o utworzenie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale faktycznie – takich niemieckich protektoratów, o gospodarkach peryferyjnych i komplementarnych wobec gospodarki niemieckiej. Metodami militarnymi nie udało się Niemcom osiągnąć wówczas tego celu. Sytuacja nakreślona w projekcie „Mitteleuropa” powstała dopiero po 1 maja 2004 roku, kiedy to Polska i inne kraje środkowoeuropejskie zostały przyłączone do Unii Europejskiej. Ten przykład pokazuje, ze w przypadku państw poważnych, do jakich niewątpliwie należą Niemcy, twierdzenie generała Clausewitza można z powodzeniem odwrócić: polityka jest kontynuacją wojny, tyle, że innymi środkami.
Z tego punktu widzenia warto spojrzeć również na sytuację obecną. Niemcy, które od kilkudziesięciu lat finansują zabawę w jedność europejską, niewątpliwie mają w tym jakiś cel. W przeciwnym razie musielibyśmy uznać, że robią to z głupoty, a takie przypuszczenie byłoby nietaktowne i nieprawdziwe. Z kolei przypuszczenie, że robią to z sympatii do Greków, Portugalczyków, Czechów czy Polaków, byłoby naiwne i też nieprawdziwe. Skoro tak, to warto zastanowić się, w jakim naprawdę celu to robią. Czy przypadkiem nie próbują osiągnąć w ten sposób celów stawianych podczas II wojny światowej? Jak jest naprawdę, tego ja oczywiście nie wiem, bo przedstawiciele niemieckich władz nie robią mi żadnych zwierzeń. Ale i bez tego niektórych rzeczy można się domyślić.
Weźmy sprawę Mitteleuropy. Jeśli państwo dominujące organizuje sobie protektorat, to musi z jednej strony zadbać o zachowanie pozorów samodzielności swego protektoratu i suwerenności kontrolowanego narodu, ale z drugiej strony – pilnować, żeby sytuacja w protektoracie cały czas była pod jego kontrolą. Warto z tego punktu widzenia spojrzeć zarówno na niechętny stosunek Niemiec i Rosji do aktualnego rządu polskiego, na poparcie warcholskiej i antypaństwowej akcji profesora Geremka, na przebąkiwania o ewentualnej „pomocy” w celu ratowania w Polsce „demokracji”, a przede wszystkim – na Ruch na Rzecz Demokracji, proklamowany przez Aleksandra Kwaśniewskiego do spółki z Andrzejem Olechowskim. Jestem przekonany, że Aleksander Kwaśniewski znakomicie nadaje się do stwarzania różnych pozorów, a jednocześnie gwarantuje niemiecka kontrolę w protektoracie. Po cóż zatem toczyć kosztowne i ryzykowne wojny, skoro wystarczy znaleźć odpowiednich kandydatów na pozorantów i udzielić im dyskretnego poparcia?
Innym przykładem jest działalność Powiernictwa Pruskiego. Rząd niemiecki oczywiście się do niego „odcina”, ale to nie ma żadnego znaczenia. Jak wiadomo, Powiernictwo złożyło przeciwko Polsce w Trybunale w Strasburgu 22 pozwy. Od kilku miesięcy panuje w tej sprawie zagadkowa cisza. A przecież jeśli strasburski Trybunał zacząłby merytorycznie rozpatrywać chociaż jeden taki pozew, to oznaczałoby to, iż stosunki własnościowe na jednej trzeciej polskiego terytorium zostały poddane pod arbitraż międzynarodowy. Byłby to zatem wielki sukces niemieckiej dyplomacji, chociaż dokonany za pośrednictwem Powiernictwa Pruskiego, bo stanowiłby znakomity wstęp do podważenia polskiej suwerenności nad tym terytorium, a więc – do podważenia dotychczasowych rezultatów II wojny światowej. Jak się okazuje, również w tym przypadku odwrócenie spostrzeżenia Karola Filipa von Clausewitza sprawdza się doskonale. Po cóż prowadzić ryzykowne i kosztowne wojny, skoro identyczne cele można osiągnąć metodyczną i cierpliwą polityką?
Wygląda zatem na to, że 62 lata temu państwa europejskie zrezygnowały z pewnych form uprawiania polityki i przerzuciły się na inne formy. Nie przeczę, że między nimi istnieją poważne i głębokie różnice. Uważam jednak, ze te różnice nie powinny przesłonić nam występującej w bardzo wielu punktach identyczności celów.
Szczęść Boże! Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj