Z „Bogurodzicą” do zwycięstwa

O bitwie pod Grunwaldem mówią przede wszystkim cztery teksty źródłowe o
charakterze mniej więcej kronikarskim. Po pierwsze, tzw. Cronica conflictus,
tekst powstały być może już w 1411 roku, będący swoistym skrótem innego,
obszerniejszego, przygotowanego w celu wygłoszenia uroczystego kazania w
rocznicę grunwaldzkiej bitwy. Po drugie, relacja Jana Długosza zawarta w jego
"Rocznikach" powstałych w drugiej połowie XV wieku. Po trzecie, tzw. kontynuacja
"Kroniki pruskiej" Jana Posilgego z pierwszej połowy XV w. oraz, po czwarte,
powstały w drugiej połowie XVI wieku tzw. Latopis Bychowca. Żadne z nich nie
przedstawia jednak grunwaldzkiej bitwy w sposób wyczerpujący, jednoznaczny i
bezsporny. Oznacza to, że wiele szczegółów (nawet tych bardzo istotnych dla
przebiegu bitwy) do dzisiaj nie jest nam znanych i podejmowane przez historyków
próby odtworzenia wydarzeń tamtego dnia mają raczej charakter hipotetyczny. Może
dzień tej bitwy wyglądał właśnie tak…

Zacznijmy od tego, że był to wtorek, 15 lipca 1410 roku, święto Rozesłania
Apostołów. O świcie mokrymi drogami po nocnej burzy ogromny, poskręcany wąż
wielotysięcznej armii Polski i Litwy przesuwał się na wschód, a potem na północ
w stronę wsi Ulnowo, nad jeziorem Łubień. Tu, prawdopodobnie po to, by wszyscy
zbrojni mogli dojść w okolice czoła pochodu, zatrzymano się i rozbito obóz.
Wiadomo było, że gdzieś niedaleko na zachód lub północ, może tuż za lasem
porastającym wzgórza po lewej stronie pochodu, mogą już być Krzyżacy. By nie dać
się zaskoczyć, o co w gruncie rzeczy nie było wcale tak trudno, król Jagiełło
wysyła stale zwiadowców, którzy w przypadku ujrzenia wrogiej armii mają go
natychmiast o tym informować.
Ufając relacjom źródeł, które dotrwały do naszych czasów, możemy chyba
zaryzykować stwierdzenie, że pojawienie się wojsk polskich i litewskich na
zachód od Ulnowa (czyli patrząc od strony stanowisk krzyżackich – od lewej
strony) zaskoczyło Krzyżaków. Świetnie wiedzieli, że Jagiełło z wielką armią
idzie na północ, drogą na Frygnowo, Gierzwałd i Ostródę, a potem w kierunku
stolicy Zakonu, Malborka. Pierwszą próbę przejścia na północ już 10 lipca
Krzyżacy zatrzymali pod Kurzętnikiem; polskie wojska wycofały się wówczas aż do
Działdowa i stamtąd ruszyły znów na północ, właśnie w tę okolicę, drogą przez
Dąbrówno, jakby na Frygnowo i Ostródę.
Wielki mistrz Ulryk von Jungingen jest świetnym wodzem. Pod Kurzętnikiem
planował wciągnąć polsko-litewską armię w bitwę, podprowadzić wrogie wojska jak
najbliżej swoich armat, kuszników i przygotowanych przeszkód (zamaskowanych
"wilczych dołów"), a następnie zasypać gradem strzał i "diabelskimi" armatnimi
kulami, by skłębionych w pułapce zgnieść uderzeniem ciężkiej jazdy. Być może
Jagiełło odkrył plan swego przeciwnika i w bitwę wówczas wciągnąć się nie dał.
Było jednak pewne, że wielki mistrz będzie chciał swój plan wprowadzić w życie,
jeśli nie teraz, to przy najbliższej bitewnej okazji. Dlatego też po zaznaczeniu
swojego marszu przez Dąbrówno, król polski chciał skłonić Krzyżaków do
przygotowania swoich stanowisk bojowych, na które jednak uderzy… z drugiej,
niespodziewanej strony, od południowego wschodu! Przecież Krzyżacy będą
oczekiwać wojsk polsko-litewskich na drodze idącej od zachodu, prowadzącej z
Dąbrówna przez Samin do Stębarku. Przed Stębarkiem rozciągają się pola, na
których będzie można rozegrać krwawy bój, tam właśnie Krzyżacy ustawią się,
czekając na wrogów. Ale oto właśnie po złupieniu Dąbrówna armia Jagiełły znów
się cofa! Zamiast na północ rusza na wschód.

Rycerze z całej Europy

Krzyżacy dowiedzieli się, że wojsko Jagiełły stoi w lasach, za linią wzniesień
łączącą Łodwigowo i Stębark. Na tej linii rozciąga się wielka armia Zakonu
Krzyżackiego. Najpierw patrzą w stronę tych lasów gardziele bombard, czyli
ówczesnych armat, za nimi stoją kusznicy i łucznicy. To oni mają zasypać
sprowokowanych do uderzenia wrogów strzałami, potem się rozstąpią i przepuszczą
ciężką jazdę, która dokona dzieła zwycięstwa. A tymczasem "wróg" ustawia się na
linii lasu i na okolicznych polanach. Polskie, litewskie, ruskie, tatarskie oczy
śledzą ruchy Krzyżaków, patrzą na pękate cielska armat, na pole, które wypadnie
przebiec pod deszczem strzał… Czekają w gotowości na sygnał do walki i wciąż
liczą. Starczy naszych na pokonanie tego wojska? Lecz jak tu liczyć, kiedy ludzi
jak piasku na rzecznym brzegu! Jak ogarnąć wzrokiem całość wojska, jeśli stoi
ono na linii ciągnącej się przez blisko dwa i pół kilometra! A przecież to tylko
pierwszy szereg! Ilu jest ich z tyłu?
Zakon zgromadził na dzisiejszą bitwę ogromną armię, przez setki lat historycy
będą spierać się, ilu liczyła ludzi – czy było tylko 16 tysięcy konnych, 5
tysięcy pieszych i tyleż samo czeladzi obozowej (razem około 25 tysięcy), czy
raczej należy podnieść rachunek do 30 tysięcy albo i więcej…

Pod polskimi znakami

Patrzą po swoich szeregach polscy rycerze, trudno dokładnie liczyć chorągwie
między drzewami, ale i nawet teraz widać, że nie będzie ich mniej niż
krzyżackich. Najważniejsza to ta z ukoronowanym białym orłem w czerwonym polu,
czyli wielka chorągiew ziemi krakowskiej, pod którą stoją najlepsi polscy
rycerze, najbardziej doświadczeni w boju. Dowodzi nimi Zyndram z Maszkowic,
współdowodzący także całym polskim rycerstwem. Chorągiew niesie Marcin z
Wrocimowic herbu Półkozic, w pierwszym szyku stoją zaś między innymi Zawisza
Czarny z Garbowa herbu Sulima, Florian z Korytnicy herbu Jelita, Domarat z
Kobylan herbu Grzymała, Paweł Złodziej z Biskupic herbu Niesobia czy Jaksa z
Targowiska herbu Lis. Dalej znajduje się chorągiew z jagiellońskim złotym
krzyżem podwójnym w błękitnym polu, przy niej dzielni rycerze, spośród których
Jan Sumik z Nabroża przez lat szesnaście dowodził w służbie tureckiego sułtana.
Potem mamy chorągiew nadworną z herbem Pogoń (w polu czerwonym mąż zbrojny na
białym koniu), którą dowodzi Jędrzej Ciołek z Żelechowa herbu Ciołek, wśród
rycerzy tej chorągwi walczyć będzie także Mikołaj Powała z Taczowa herbu Powała.
W którą stronę nie spojrzeć, świecą barwami polskie chorągwie. Stoją też
chorągwie dwóch Piastów mazowieckich, książąt Ziemowita i Janusza, dwie
chorągwie biskupie – arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego, biskupa
poznańskiego Wojciecha Jastrzębca, oraz z ćwierć setki chorągwi rodowych, m.in.
Rawitów, Leliwitów, Nałęczów, Porajów, Pobogów, Wieniawitów, Półkoziców,
Toporczyków, Zadorczyków i wielu, wielu innych rodów przybyłych z ziem całej
Korony Królestwa Polskiego. Co najmniej 50 chorągwi polskich może stanęło wtedy
na polu bitwy i z 20 tysięcy jezdnych, dodajmy do tego z 15 tysięcy piechoty,
zaciężnych i zbrojnych idących w pocztach. Dalej, chyba bliżej już wojsk
litewskich, stojących bardziej na północ od polskich, bliżej już Stębarku
powiewa jeszcze chorągiew św. Jerzego, pod którą walczyć będą zaciężni Czesi i
Morawianie. Prawe skrzydło zajmuje 11 tysięcy Litwinów, Rusinów i Tatarów,
pogrupowanych w 40 chorągwi, którymi dowodzi wielki książę Witold. Więc naszych
jest chyba więcej niż Krzyżaków!

Sidła von Jungingena

Ale dość w końcu tych rozważań! Przecież także Ty, szlachetny Czytelniku, tak
jak tamte tysiące zbrojnych pod Grünfelde, przybyłeś na krwawą i wzniosłą bitwę.
Oczekujesz świetnego zwycięstwa po promieniejącej dzielnością, męstwem i
szlachetnością bitwie. Zwycięstwa, w którym krzyżacka pycha i niesprawiedliwość,
jak nigdy w dziejach, pęknie niczym suchy badyl pod ciosem naszych wspaniałych
przodków! Świetnie rozumiesz więc zniecierpliwienie rycerzy, nerwowe dreptanie
koni węszących bitwę, znużenie oczekiwaniem. Nie niepokój się, zaraz usłyszysz
szczęk oręża, rzężenie zabijanych koni, krzyki ginących ludzi, rozpacz
śmiertelnie zranionych!
Nerwowo robi się po obu stronach! Krzyżacy i ich sojusznicy nie przyszli
przecież po to, by godzinami sterczeć przed pustym polem. Ich celem jest
pokonanie pogan i ich sprzymierzeńców. Rośnie też zniecierpliwienie po polskiej
i litewskiej stronie. Co sobie o nas Krzyżacy i ich europejscy goście pomyślą!?
Wezmą nas za tchórzy?! Po cóż aż tu maszerowaliśmy – czy nie po to, by stoczyć z
Krzyżakami walną bitwę, podejść jak daleko się da, a może nawet zdobyć krzyżacką
stolicę?! Do boju! Bić się! Rozpoczynać! Słońce coraz wyżej, w końcu i dnia
zabraknie…
Gdzie Jagiełło? Już dwóch Mszy wysłuchał! Może będzie i trzecia… Ktoś widział,
jak król przejeżdżał w stronę pola bitwy, by ze wzgórza patrzeć na ustawienie
krzyżackich wojsk, ale czy był już w zbroi? Miał hełm na głowie…? Są jakieś
ruchy w polskich chorągwiach, niektóre przesuwają się bardziej na południe,
bliżej Łodwigowa, może król coś planuje? Litwinów chyba tylko strach przed
gniewem króla powstrzymuje przed uderzeniem. Co raz to wyrywają się z szeregów
krzyżackich czy polskich harcownicy, którzy toczą śmiałe pojedynki przed frontem
obu wojsk. Niektórzy z nich już pewnie zdążyli odnieść rany czy spaść z konia,
ale wojska nadal muszą czekać na swoją kolej. Król ma zbroję na sobie, to na
pewno znak, że zaraz się zacznie. Ale na kopię św. Jerzego, co się dzieje?
Zamiast iść do boju, Jagiełło będzie teraz pasował rycerzy! Zniecierpliwieni do
granic wytrzymałości rycerze z niedowierzaniem przekazują sobie wiadomość: ktoś
powiedział, że tych do pasowania jest około tysiąca! Święty Stanisławie, miej
nas w swojej opiece! Toż południe już blisko, a my jeszcze nawet kopii nie
pochyliliśmy…
Bohaterowie Grunwaldu! Bądźcie cierpliwi. Jeszcze tego nie wiecie, ale już od
kilku godzin uczestniczycie w bitwie! To prawda, wasze miecze są ciągle
bezczynne, konie skubią trawę, topory wciąż tkwią za pasami, ale bój się toczy!
To, w czym bierzecie udział, to nie tylko bitwa wojsk polsko-litewskich z
Krzyżakami. To przede wszystkim bitwa Władysława Jagiełły z wielkim mistrzem
Ulrykiem von Jungingenem! W tej bitwie jako pierwszy zaatakował wielki mistrz,
planując taki, a nie inny przebieg starcia wojsk. Wielki mistrz zastawił sidła i
czeka, król, wiedząc o nich, także czeka, krzyżując tym samym plany Ulryka. Kto
zrobi pierwszy ruch? Kto dokończy starcia dwóch wielkich wodzów?
Nadchodzi południe, Jagiełło, siedząc na bojowym rumaku, spowiada się przed
swoim podkanclerzym Mikołajem Trąbą. Widać, jak dwaj heroldowie jadą od
krzyżackiej strony, jeden ma strój herolda cesarstwa, drugi księcia
szczecińskiego. Niosą dwa miecze – jeden ponoć od samego Ulryka, drugi od
wielkiego marszałka Fryderyka von Wallenrode. Obraźliwymi słowy wzywają polskie
i litewskie wojska do bitwy. Tymczasem odeszli harcownicy i wojska krzyżackie
ustawiły się do ataku, ale cofają się nieco i ustępują pola w kierunku
zachodnim. Heroldowie zapewnili, że Jagiełło i książę Witold mogą sami wybrać
pole do stoczenia bitwy, w dowolnym miejscu. Teraz do bitwy mogą wkroczyć
rycerze. Pozwólmy im wreszcie odśpiewać "Bogurodzicę".

Litwa ucieka

Kiedy Jagiełło dał znak do rozpoczęcia boju w obronie sprawiedliwości i udał się
na pobliskie wzgórze, by stamtąd, chroniony przez kilkudziesięciu kopijników i
otoczony najbliższymi doradcami, dowodzić bitwą, wojska Polski, Litwy, pułki
smoleńskie, Tatarzy oraz Jagiełłowi sprzymierzeńcy ruszyli… Wielki mistrz
Ulryk von Jungingen widzi ze swego miejsca rozpoczęcie ataku, dostrzega kolejne
chorągwie wychodzące z lasu. Jednak udało się wciągnąć Jagiełłę w zasadzkę! Już
łucznicy i kusznicy gotowi do strzału, działa zaraz odezwą się grzmotem. Dzieje
się coś dziwnego. Prawe skrzydło wojsk królewskich znacznie wyprzedza lewe, gdy
jazda polska dopiero rusza, już niektórzy Litwini i Tatarzy dobiegają
krzyżackich pozycji. Zaledwie krzyżaccy łucznicy zdążyli ich strzałami urazić,
ci już krwawo rozprawiali się z tymi, co stali przy działach, wybijają
kuszników, łuczników i tumult wielki czynią. Nadciąga polska jazda, a ci, co
mieli ją ogniem i strzałami gnębić, we własnej krwi się pławią. Cóż z tego, że
część Tatarów i Litwinów na różnych przeszkodach padła, cóż z tego, że część z
nich leży martwa, ocalała reszta szybciej niż wicher zawraca i wciąga za sobą
krzyżackich konnych, którzy widząc, co się dzieje, na ich spotkanie wybiegli.
Ale ci "uciekinierzy" robią tylko miejsce nadciągającym litewskim i ruskim
chorągwiom! Na lewym polskim skrzydle, jak potężna burza, nadciągają niczym już
niezagrożone kopie polskich rycerzy! Więc jednak bitwa konnych! Na nic plany,
armaty, zasadzki. Niech i konnica Zakonu także na Polaków uderzy! Najpierw
trzask pękających w drzazgi kopii, potem łomot zderzenia i odgłos, jak zapisał
Długosz, "jakby bijące w kuźniach młoty". Pracują wytrwale kowale wojny, krwawi
żniwiarze. Ale jak długo tatarskie szable, litewskie miecze, baranie kożuchy,
futrzane czapy, skórzane kaftany z rzadka kawałkami blachy wzmacniane mogą w
takim ścisku wytrwać? Jak długo będą stawiać opór stalowym rycerzom na bojowych
koniach, których zranić niepodobna… Słychać komendy do odwrotu, Tatarzy
odskakują od wroga, Litwini za nimi, najpierw jeden, pięciu, dwudziestu, zrobił
się popłoch, szyki zmieszane, trwoga o życie ogarnęła walczących i… rozpoczęła
się straszna ucieczka! Krzyżacy oszołomieni sukcesem jeszcze mocniej naciskają
uciekających Litwinów. Klęska, klęska wojsk Witoldowych!
Pogoń za Litwinami rozciąga się szeroko, większe grupy uciekających pomykają w
stronę lasu i mokradeł – tam musi być ich obóz! Zwycięscy Krzyżacy, chcąc
dopełnić sukcesu, galopują za uciekinierami, by w zdobycznym obozie znaleźć
jeńców, łupy i dowody zwycięstwa. Kiedy nasycą się już zdobyczą, powiążą jeńców,
zagarną wozy i takim taborem wrócą za parę godzin w stronę własnego obozu, by
wraz z tymi, co zostali jeszcze na polu bitwy, świętować krzyżackie zwycięstwo!
I nie tylko oni rozgłaszają wokół sławę swej wiktorii. Oto sami Litwini,
szczególnie ci, co nie dali rady uciec do obozu i musieli po bagnach i dalekich
lasach się błąkać, w końcu po długim czasie dotrą na Litwę, gdzie staną się
głosicielami klęski polskiej i litewskiej armii. Niektórzy będą nawet podawać
się za świadków śmierci Witolda i króla Jagiełły… Ale to przecież wszystko
nieprawda! Właśnie dzięki temu, że ci Krzyżacy, którzy zachęceni zwycięstwem na
prawym polskim skrzydle ruszyli w swobodną pogoń za uciekinierami, nie byli w
stanie wzmocnić tych współbraci, którzy w ciężkim boju ścierali się z polskim
lewym skrzydłem, gdzie walczą najdzielniejsze zastępy rycerzy Królestwa. A nie
było tu łatwo! Jagiełło, stojąc co prawda z boku, ale z wielkim trudem przez
swoich przybocznych wręcz siłą przytrzymywany, rwie się do boju, widzi wszystko,
wysyła dodatkowe, czekające jeszcze w lesie zastępy, głośno wydaje rozkazy (pod
wieczór tak zachrypnie, że nie będzie można go zrozumieć!) i już nowe siły
spadają na krzyżackie wojska. Są wśród nich także zaciężni Czesi i Morawianie,
którzy walcząc dotychczas na prawym skrzydle, uciekli do lasu. Nikt nie wie, czy
potok uciekających ich porwał, czy dowódca ich zrobi to specjalnie
(przekupiony?); faktem jest, że w Lesie Ulnowskim spotkał ich Mikołaj,
podkanclerzy, i w ostrych słowach na powrót do boju wyprawił. Ruszyli dzielnie
przeciw Krzyżakom, porzuciwszy dowódcę, który do końca życia będzie odczuwał
skutki swej ucieczki (zamilczmy jego imię, choć jest nam świetnie znane; dodajmy
tylko, że nawet własna żona, gdy do Czech po wojnie powrócił, za tę ucieczkę nie
wpuszczała go do małżeńskiego łoża, więc biedak zmarł wkrótce ze zgryzoty). Jego
ludzie jednak dzielnie walczą z Krzyżakami.
Ale i ci nie pozostają przecież bezczynni. I do nich dochodzą nowe oddziały,
które siłą próbują przebić się jak najbliżej polskiej chorągwi z ukoronowanym
orłem w czerwonym polu. To proporzec całego Królestwa. Zebrawszy się w sobie,
uderzają na rycerzy przedchorągiewnych! Odparci, znowu próbują. Ponownie
odepchnięci, raz jeszcze atakują – chorągiew Królestwa upada na ziemię! To
początek klęski Polaków! Bez proporca zmieszają szyki, cofną się, rozpierzchną i
ulegną zwycięskim Krzyżakom! Stanęli wokół zdobytej chorągwi zakonni rycerze i
na chwałę Jednorodzonego Syna wznoszą do nieba śpiew napełnionej wielkanocnym
tryumfem pieśni: "Christ ist erstanden…". Jednocześnie szybciej od pędzącego
konia rozeszła się w obozie krzyżackim plotka o ucieczce z pola bitwy polskiego
króla! To drugie grunwaldzkie "zwycięstwo" tego samego dnia! Lecz czy nie za
wcześnie na tryumfy i myśli o chwale? Przecież bój się jeszcze toczy, jeszcze
wiele wojska stoi w polskich i krzyżackich odwodach, jest jeszcze część
Litwinów, którym udało się ujść krzyżackiemu pogromowi i przeniknąć do polskich
stanowisk. Są jeszcze wspaniali rycerze specjalnie przydzieleni do obrony
wielkiej chorągwi! Rzucają się na Krzyżaków, wydzierają z ich rąk dumną
chorągiew z orłem (czy zrobił to Zawisza Czarny?), bezpieczną już w górę
podnoszą – i bitwa trwa dalej, mimo trupów, zmęczenia, ran aż do kolejnego, tym
razem już prawdziwego zwycięstwa.

Ostatnie uderzenie

Mija późne popołudnie, co jakiś czas pada deszcz, a walczący nie przerywają
bitwy. Czy była to zasługa nowych sił przysłanych przez niemal osobiście
walczącego króla, czy może zaważyła radość z odzyskanej chorągwi? Wojska polskie
i litewskie zaczynają spychać Krzyżaków z pola bitwy w kierunku
północno-zachodnim, powoli, w stronę ich obozu. Stopniowo udaje się też otoczyć
krzyżackie wojsko zarówno na prawym, jak i na lewym skrzydle.
Zbliża się wczesny wieczór i wtedy właśnie wracają na pole bitwy zwycięscy
Krzyżacy z łupami i jeńcami z litewskiego obozu… Czy ktoś potrafiłby opisać
ich miny na widok tego, co zobaczyli!? Ale to jednak doświadczeni rycerze,
zostawiają szybko wozy i jeńców i rzucają się ponownie w wir krwawej bitwy. Z
polskiej strony nadchodzą nowi rycerze, nie pozwalają się przebić do krzyżackich
pozycji, otaczają ich i zabijają, niektórych biorąc do niewoli. Ci, którzy
jeszcze przed momentem poganiali jeńców, teraz sami związani leżą w niewoli.
Szósta godzina walki. Wielki mistrz widzi, że przyszedł czas na ostatnie
uderzenie. Daje rozkaz, by szesnaście chorągwi, czekających dotąd w odwodzie,
włączyło się do bitwy. Pokieruje nimi osobiście i uderzy na Polaków z boku, od
strony wsi Stębark, na polskie prawe skrzydło, które wraz z lewym zamyka w coraz
ciaśniejszych kleszczach dotychczas walczące krzyżackie wojska. Szesnaście
chorągwi rusza z pełnym impetem w stronę polskich rycerzy i szerokim łukiem
skręca na pole walki.
Widzi to wszystko Jagiełło, stoi teraz niemal na drodze krzyżackiej szarży! Czy
rozpoznali już, że to sam król?! Chronić króla! Za wszelką cenę! Szybko zwinięto
mały królewski proporczyk, rycerze ciasno otoczyli władcę. Pisarz nadworny
Zbigniew Oleśnicki (późniejszy kardynał!) na łeb na szyję pędzi ze wzgórza, na
którym stoi Jagiełło, do znajdującej się w pobliżu chorągwi nadwornej czekającej
na swą kolej w walce. Coś wykrzykuje do rycerzy przedchorągiewnych, ręką
rozpaczliwie na króla wskazuje, chyba ich na pomoc wzywa. Ale ci jak od
natrętnej muchy opędzają się od Oleśnickiego, jeden nawet mieczem się na
pisarczyka zamierzył, niech zmiata stąd i nie przeszkadza! Przecież zaraz to
właśnie oni jako pierwsi przyjmą na siebie impet uderzenia krzyżackich odwodów!
Uderzyli! Czy nasi wytrzymają? Król rwie się do bitwy, spina konia ostrogami,
powstrzymujących go rycerzy bije tępym końcem swej włóczni, ci siłą go
powstrzymują… Co z naszymi? Wytrzymali! Krzyżacy, chcąc do głównych sił swych
się dostać, ponaglani przez wielkiego mistrza (krzyczał ponoć po niemiecku:
herrum! herrum!) zostawiają nadworną chorągiew i zwracają się ku tym, którzy
kończą się już rozprawiać z walczącymi dotychczas Krzyżakami. Nie przewidział
jednak wielki mistrz, że nie wszystkie jeszcze siły włączył do bitwy król
Jagiełło, nie przewidział, że na swój udział czeka jeszcze piechota, nie docenił
ducha bojowego Polaków. Oto przed chwilą, jeszcze zanim zwalił się wraz ze swymi
chorągwiami na główne siły polskie, wyskoczył ku niemu w samotnym ataku rycerz
Dobek z Oleśnicy. Może Dobek widział, jak chwilę wcześniej jeden z krzyżackich
rycerzy samotnie zaatakował króla (padł jednak ugodzony z boku złomkiem kopii
przez znanego nam już Zbigniewa Oleśnickiego). Jednak mistrz Ulryk jest świetnym
rycerzem, uchylił się od ciosu, sam podbił Dobkową kopię i nasz rycerz musiał
szybko do swoich wracać! Ale osobiste męstwo i doświadczenie wielkiego mistrza
nie zmieni już losów bitwy. Po pewnym czasie Krzyżacy słabną. Otoczeni ze
wszystkich stron, nie zdołali uciec przed śmiercią lub niewolą…

Zwycięstwo

Ale to nie koniec bitwy. Uciekający Krzyżacy biegną w stronę swego obozu – pod
Grunwald! Sam obóz był przygotowany do obrony, otoczono go wozami, wystawiono
działa, za nimi stało aż kilka tysięcy pachołków, czeladzi i zbiegłych rycerzy.
Kompletnie zachrypnięty król każe atakować obóz ciężkiej jeździe i piechocie,
lekka jazda ugania się tymczasem za kilkoma tysiącami uciekających. Nie wiemy,
jak szybko i jakim sposobem, ale jednak tego samego wieczoru (może koło godz.
19.00) udało się zdobyć ufortyfikowany obóz krzyżacki. Dopiero teraz trup zaczął
słać się gęsto, zwłaszcza gdy za umocnienia wdarła się piechota. Podobno "w
miejscu tym było widocznych więcej trupów aniżeli w całym starciu". Wśród łupów
znaleziono kilka wozów wyładowanych dybami, łańcuchami i postronkami, którymi
Krzyżacy zamierzali po bitwie krępować polskich jeńców; tyleż znaleziono i
smolnych łuczyw, przy których miano nocą świętować zwycięstwo, oraz wielką
liczbę kiścieni do bicia i poganiania jeńców. Ale znaleziono jeszcze coś innego!
Oto rozradowanym zwycięstwem oczom polskich rycerzy ukazały się ogromne ilości
beczek wypełnionych najprawdziwszym winem! Nieludzko spragnieni, głodni,
śmiertelnie zmęczeni rycerze chciwie rzucają się na nie i piją, jak i czym
popadnie – jak pisał Długosz; "jedni kołpakami, drudzy rękawicami, inni
trzewikami nabierali wina i pili". Dotarła wieść o tym do króla, który choć
głosu wydobyć nie może, natychmiast wszystkie beczki każe porozbijać. Ogromne
ilości czerwonego wina spłynęły na ziemię, ściekły z pagórków, wpłynęły do
strumieni i rzeczek i zabarwiły wodę na czerwono… I bajali później ludzie, że
na polu po bitwie strumienie krwią płynęły.
Ale nie śmiejmy nawet w myśli lekceważyć czy pomniejszać cierpień, ofiar, ran
czy trupów, które zaległy ziemię między Stębarkiem, Łodwigowem i Grunwaldem.
Leżeli obok siebie i Polacy, i Litwini, i Rusini, i Krzyżacy, i Prusowie, i
Tatarzy. Połączeni wspólnym losem, wspólnym trudem umierania, zbratani przez
śmierć, która przestała już być dla nich tajemnicą. Wśród ośmiu tysięcy
poległych po stronie Zakonu leżał i wielki mistrz Ulryk von Jungingen, i wielki
komtur Kuno von Lichtenstein, wielki marszałek Fryderyk von Wallenrode, wielki
szatny Albrecht von Schwarzburg, skarbnik Tomasz von Merheim, kilkunastu
komturów, wójtów, setki rycerzy zakonnych, tysiące gości zakonnych i najemników.
Ze znaczniejszych Krzyżaków biorących udział w bitwie zbiegł jedynie wielki
szpitalnik, Werner von Tettingen, kilku zabito już po schwytaniu, jak np.
Markwarda von Salzbacha, komtura brandenburskiego.
Nad polem bitwy litościwie zapada zmierzch. Zwycięzcy walą się z nóg ze
zmęczenia, pragną jedynie spać. Ale król nakazuje jeszcze ruszyć z pół mili w
stronę Malborka, wszak musi pokazać, że przeszedł przez krzyżacką tamę.
Jagiełło, przybywszy na miejsce postoju, "zsiadł z konia, a zanim namiot mu
przyrządzono, strudzony pracą i upałem położył się w cieniu pod krzakiem
jeżynowym, na usłanym z liści jaworowych łożu".

Dr Piotr Plisiecki

Autor jest adiunktem w Katedrze Historii Średniowiecznej Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

drukuj