Widzimy, że coś jest nie w porządku

Z Jerzym Czartoryskim, prezesem Okręgu Ottawskiego Kongresu Polonii
Kanadyjskiej, uczestnikiem XV Forum Polonijnego w Toruniu, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

Na czym polega różnica między Kongresem Polonii Kanadyjskiej a Kongresem
Polonii Amerykańskiej?

– Do Kongresu Polonii Kanadyjskiej nie mogą należeć osoby prywatne. Nasz Kongres
jest organizacją, która skupia rozmaite organizacje polonijne, m.in. Związek
Inżynierów, Polski Instytut Naukowy, Koło Pań itd. Jego zarząd główny podzielony
jest na kilkanaście okręgów. Do naszego okręgu ottawskiego, którego jestem
prezesem, należy stosunkowo niewielu Polaków czy ludzi, którzy przyznają się do
polskiego pochodzenia, niemniej jest dosyć ważny. W Ottawie bowiem mieszczą się:
kanadyjski rząd federalny, ambasada polska, trzy uniwersytety. Jest tu więcej
inteligencji i urzędników, a mało robotników, gdyż nie ma tu przemysłu.

Polonia w Kanadzie jest duża, mocna, zorganizowana?
– Do zarządu głównego Kongresu teoretycznie należy około 300 polskich
organizacji, ale aktywnych (czyli takich, które mają np. prawo głosowania w
wyborach do zarządu) jest przeważnie między 50 a 100. Pozostałe organizacje
płacą jedynie składki. Do Kongresu, jak wspomniałem, należą rozmaite
organizacje. Jedną z najstarszych jest Związek Narodowy Polski, który istnieje
prawie od stu lat. Na przykład w południowym Ontario w miejscowości Mississauga,
na zachód od Toronto, żyje podobno 150 tysięcy Polaków. Natomiast co ciekawe, w
moim okręgu ottawskim, jakieś dwie godziny jazdy samochodem na południowy zachód
znajduje się najstarsza w Kanadzie osada polska, w której mieszkają Kaszubi.
Przyjechali tutaj 150 lat temu, ówczesny rząd dał im ziemię w bardzo ubogiej
części Kanady. Nikt tam nie chciał się osiedlać, byli więc tak odizolowani, że
zachowali przez kilka pokoleń swoją odrębność. Według niektórych język, którym
mówią czy jeszcze niedawno mówili, był czystszym językiem kaszubskim niż język
Kaszubów mieszkających na polskim Pomorzu.

Jak Polonia kanadyjska postrzega to, co dzieje się w Polsce po katastrofie
smoleńskiej, fakt oddania przez rząd śledztwa Rosjanom?

– Polonia widzi, że coś jest nie w porządku. Gdyby sprawa była czysta, jasna i
wyraźna, nie byłoby tych różnych posądzeń, plotek itd. Skoro jednego dnia mówią,
że jest sprawozdanie z wieży kontrolnej, a parę tygodni później, że jest ono
nieważne, trzeba ponowie przesłuchać kontrolerów, to wyraźnie widać, że ktoś tu
kręci, kłamie. Mówi się nam raz, że prezydent kazał lądować, a generał był
pijany, innym razem, że teren katastrofy został zbadany, po czym okazuje się, że
można tam znaleźć długo po katastrofie nie tylko karty kredytowe, ale i szczątki
ludzkie. Jest to podstawa do rodzenia się różnych hipotez. Sądzę, że bardzo duża
część Polonii amerykańskiej i kanadyjskiej nie wierzy w oficjalnie podawane nam
przyczyny katastrofy, że była mgła i samolot wpadł na jakieś drzewko.

Sprawę powinna badać międzynarodowa komisja?
– Jak najbardziej. Kongres Polonii Kanadyjskiej dwukrotnie przegłosował taki
wniosek. Komisja międzynarodowa do zbadania śledztwa smoleńskiego bezdyskusyjnie
powinna powstać, powinna w niej się znaleźć grupa NATO-wska, bo w tej
katastrofie straciło życie kilku generałów NATO. Polska powinna jednak zgłosić
się do Amerykanów, którzy mają fotografię tej katastrofy, o czym dowiedzieli się
pani Anna Fotyga i pan Antoni Macierewicz podczas wizyty w Stanach
Zjednoczonych. Polski rząd musi oficjalnie poprosić Amerykanów o pomoc. Ponieważ
tego nie czyni, ktoś ma tutaj nieczyste sumienie.

Uważa Pan, że Polacy zaczynają budzić się z letargu, że udowodniły to
manifestacje przed Pałacem Prezydenckim?

– Mam nadzieję, że polskie społeczeństwo się budzi. Polacy zawsze słynęli z
tego, że potrafili wywołać wspaniałe zrywy, powstania. Czy to miało sens czy
nie, to inna sprawa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj