Świętowanie a czas żałoby

Przedświąteczne przygotowania pełne są nieraz dziwnego pośpiechu. Aby
godnie świętować Paschę, zorganizowano w ekspresowym tempie proces Chrystusowi,
skazano Go na śmierć i przypilnowano, aby nie mącił radości dnia świątecznego
widok Jego ukrzyżowanego ciała w miejscu publicznym.
Dzisiaj też niektórzy chcieliby szybko zamknąć żałobę narodową i rozpocząć
świętowanie, chociaż jeszcze nie zakończyliśmy wyjaśniania tragedii smoleńskiej,
a nawet wielu nie przejawia chęci w tym kierunku.

Mówią jednak, że pragną społecznego pojednania, wspólnego budowania i pokoju.
Nadchodzą przecież święta, czas pokoju, pojednania i radowania się, a nie
smucenia się i żałoby. Rada Stała Episkopatu Polski jednak przypomniała
ostatnio, na okoliczność pierwszej rocznicy tragedii smoleńskiej, że "właściwe
granice żałobie wyznacza miłość". Czyżbyśmy już odpowiedzieli miłością na
ostatni lot polskiej elity politycznej do Katynia – jak czytamy w tym samym
dokumencie – "aby kłamstwo katyńskie zniknęło na zawsze z przestrzeni
publicznej"? Skoro jeszcze nie odsłonięto przyczyn tej tragedii, to czas żałoby
trwa. Powracającą spod Troi armię Greków zatrzymała zjawa Achillesa nakazującego
godnie pochować bohaterów poległych na wojnie. A my, chrześcijanie, chcemy
świętować bez męskich decyzji odnośnie do wyjaśnienia narodowej tragedii? Jak
wygląda w tej sprawie stan społecznej świadomości, codziennie rozszarpywanej
przez agenturalne media? Czy można zatem zakończyć żałobę bez prawdy? Czy
możliwa jest miłość bez prawdy?
"Cóż to jest prawda?" – pouczał Chrystusa Piłat, nieokazujący jednak pragnienia
prawdy. Zasnął zatem spokojnie po swoim mordzie sądowym. Pierwsze rozterki
moralne szybko rozgonił wzbudzonym przez Sanhedryn lękiem o własną karierę, a
pełnię świętego spokoju uzyskał, następująco racjonalizując skazanie Niewinnego
przy pełnej świadomości Jego niewinności: "był przekonany, że w ten sposób idzie
po linii istotnego sensu prawa – w jego funkcji budowania pokoju". Tak wyjaśnia
zagadkę spokojnego sumienia Poncjusza Piłata Benedykt XVI w swojej książce
"Jezus z Nazaretu". Skazując na śmierć niewinnego Chrystusa, Piłat przekonał
samego siebie, że chce budować pokój, uznając go za "ważniejszy od
sprawiedliwości". Wypuszczenie Chrystusa, czyli akt sprawiedliwości, zaczęło mu
się jawić jako "przyczyna dalszych kłopotów i niepokojów, których szczególnie w
sąsiedztwie Paschy należało unikać". Czy jednak da się zabezpieczyć pokój przy
pomocy niesprawiedliwości, czyli czyjejś krzywdy? Czyż to właśnie nie gorycz
doznanej krzywdy przemawia ustami polskiego ludu gromadzącego się przed Pałacem
Prezydenckim? Pokój ma fundament tylko w sprawiedliwości. Radził zatem Jan Paweł
II w "Przekroczyć próg nadziei" medytować nad tragedią narodu wybranego, który
"nie rozpoznał czasu swojego nawiedzenia" i rzymskie legiony nie pozostawiły
kamienia na kamieniu po wspaniałej świątyni w Jerozolimie. Ale i samego Piłata
nie ominął powrót lęków przed dostatnią emeryturą, jak podają starożytne źródła.

Jeśli nie ma pokoju bez sprawiedliwości, to nie ma go bez prawdy, będącej
podstawowym wymaganiem sprawiedliwości wobec istoty rozumnej. Jakże zatem
zakończyć czas żałoby, skoro zarzuca się nas kolejną nieprawdą, bo w ostatnią
sobotę minister odpowiedzialny za naszą zagraniczną politykę oświadczył – a
odpowiedziały echem media służebne wobec władzy – że to sami Polacy są winni
zamiany przez Rosjan smoleńskiej tablicy. Skoro ONZ zmienia swoje stanowisko w
sprawie tego, co to jest "ludobójstwo", i skoro Rosjanie bronią się przed
Trybunałem Praw Człowieka przed taką właśnie kwalifikacją zbrodni katyńskiej, to
nie "można tego rozstrzygnąć przy pomocy wiertarki i samowolnie powieszonej
tablicy". Nie oczekujemy jednak od naszego ministra posługiwania się wiertarką,
ale stanięcia po stronie prawdy. Czyżby on nie wiedział, że zamordowanie w ZSRS
niewinnych polskich więźniów jest ludobójstwem? Czyżby był innego zdania niż
także Rada Stała Episkopatu Polski, która w już przywołanym oświadczeniu
przypomniała, iż samolot z prezydentem na pokładzie leciał do Katynia właśnie po
to, "aby prawda o ludobójstwie tysięcy bezbronnych jeńców polskich dotarła do
świadomości świata"? Mamy zatem budować pokój społeczny i z sąsiadami, gwałcąc
sprawiedliwość, bo gwałcąc prawdę, nie interesując się prawdą? Czyżby
człowiekowi jako istocie rozumnej nienależna była najpierw prawda?
Ale nasz minister nie uważa prawdy o ludobójstwie wobec naszego Narodu za
istotną dla sporu o zamianę tablic smoleńskich, skoro nie zamierza tej prawdy
bronić, bo ważniejsze jest widmo zakręconego kurka od gazu, otwarcie ciekawych
teczek i tym podobne niepokoje. Pewnie to z ich powodów rozpoczęło się dwa lata
temu gwałtowne odwoływanie przez polityków (między innymi Stefana
Niesiołowskiego, autora senackiej uchwały w sprawie właśnie ludobójstwa
katyńskiego) i media wcześniej powszechnie używanej formuły "ludobójstwo".
Dobre świętowanie wymaga jednak najpierw prawdy.

Marek Czachorowski
 

drukuj