fot. Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

[TYLKO U NAS] Dr L. Pietrzak: Za śmierć ks. Jerzego Popiełuszki powinni byli odpowiadać Kiszczak i Jaruzelski

Nic w niej nie jest prawdziwe. Wszystko jest spreparowanym kłamstwem. Potwierdziły to ustalenia, jakich dokonał prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w sprawie mordu kapelana „Solidarności”. To dzięki ustaleniom prokuratora Witkowskiego wiemy, że ksiądz Jerzy nie został zamordowany przez grupę Piotrowskiego, ale przez ich dublerów z Wojskowej Służby Wewnętrznej, którzy przejęli od nich porwanego księdza – powiedział w felietonie „Myśląc Ojczyzna” na antenie Radia Maryja o sprawie porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki dr Leszek Pietrzak.

Była już prawie godzina 20.00 19 października 1984 roku, gdy ks. Jerzy Popiełuszko zakończył celebrowanie Mszy św. w bydgoskim kościele pw. św. Polskich Braci Męczenników w bydgoskiej dzielnicy Wyżyny. W czasie tej Mszy św. ksiądz Popiełuszko wygłosił homilię dla bydgoskich robotników. Mówił o zwyciężaniu zła dobrem, godności ludzkiej, prawdzie i sprawiedliwości. Swoją homilię zakończył słowami: „Życie trzeba przeżyć godnie, bo jest tylko jedno”. Na twarzach zgromadzonych w kościele wiernych pojawiły się wówczas łzy. Po Mszy św. miała jeszcze miejsce skromna kolacja na plebani. Około 21.30 ks. Jerzy wsiadł do samochodu, za kierownicą którego siedział jego kierowca Waldemar Chrostowski. Wyruszyli w drogę powrotną do Warszawy.

Następnego dnia rano ks. Jerzy miał odprawić Mszę św. w kościele parafialnym św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdzie rezydował. Ale nigdy już nie dotarł do Warszawy. Wracając do stolicy, został uprowadzony w rejonie miejscowości Górsk, a potem bestialsko zamordowany. 30 października 1984 roku jego zwłoki zostały wyłowione z Wisły. Były strasznie zmasakrowane. Ich zdjęcia zamieścił na swoich łamach jeden z francuskich tygodników. Zdjęcia zmasakrowanego ciała księdza poruszyły opinię na całym świecie. Dowodziły bowiem niespotykanego bestialstwa sprawców. Zaczęło się śledztwo i niebawem aresztowano rzekomych sprawców zbrodni – czterech funkcjonariuszy Departamentu IV MSW. Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękalę, Waldemara Chmielowskiego i Adama Pietruszkę, który był zastępcą szefa tego departamentu.

Śledztwo od początku toczyło się pod ścisłym nadzorem szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka. Ten publicznie zapewniał, że sprawa zbrodni kapłana już niebawem znajdzie swój finał w sądzie i sprawcy zostaną przykładnie osądzeni. Proces zatrzymanych SB-eków zaczął się już 27 grudnia 1984 roku. Przez kolejne tygodnie Polacy mogli śledzić kolejne jego odsłony na ekranach swoich telewizorów.

Trudno było jednak dostrzec w czasie tego procesu sprawiedliwość. Było wręcz odwrotnie. Na sali sądowej, gdzie toczył się proces, unosił się duch cynizmu całego komunistycznego państwa, jakim wówczas była Polska. Słuchając mów sądowych można było odnieść wrażenie, że to ksiądz Popiełuszko niejako sprowokował swoją śmierć prowadzoną wcześniej działalnością duszpasterską, a zwłaszcza homiliami, które wygłaszał. Ale władza skrupulatnie zadbała o to, aby cały proces potwierdził jej wersję. Sędziowie toruńskiego sądu byli starannie dobrani, a pełnomocnicy rodziny księdza – jak się potem okazało – byli na bieżąco podsłuchiwani. Dzięki temu szef MSW gen. Czesław Kiszczak miał pełną kontrolę nad przebiegiem procesu rzekomych sprawców zbrodni. Wyrok sądu wojewódzkiego w Toruniu, jaki zapadł 7 lutego 1985 roku nie mógł więc nikogo zaskoczyć. Sprawcami porwania księdza i jego zamordowania okazali się Piotrowski, Pękała, Chmielowski oraz ich bezpośredni przełożony płk. Adam Pietruszka, z którym mieli oni uzgadniać swoje działania wobec księdza. Jak ustalono, sprawcy mieli działać samodzielnie i niejako wbrew swoim przełożonym. A w ogóle to o ich działaniach nie wiedziało MSW i jego szef gen. Kiszczak. Tym bardziej nie mogło być więc mowy o przyzwoleniu szefa MSW na taką zbrodnię.

Toruński sąd skazał sprawców zbrodni na kary od 14 do 25 lat więzienia. Ale już w 1986 roku zredukowano im te kary na podstawie amnestii. W 1987 roku zrobiono to po raz drugi, co było działaniem nigdy nie praktykowanym w komunistycznej Polsce. W ten sposób gen. Czesław Kiszczak napisał historię zbrodni na kapelanie „Solidarności”.

Nic w niej nie jest prawdziwe. Wszystko jest spreparowanym kłamstwem. Potwierdziły to ustalenia, jakich dokonał prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w sprawie mordu kapelana „Solidarności”. To dzięki ustaleniom prokuratora Witkowskiego wiemy, że kierowca księdza Waldemar Chrostowski nie musiał uciekać sprawcom, ale został przez nich wypuszczony. Wiemy, że ksiądz Jerzy nie został zamordowany przez grupę Piotrowskiego, ale przez ich dublerów z Wojskowej Służby Wewnętrznej, którzy przejęli od nich porwanego księdza. To dzięki niemu wiemy, że do śmierci księdza nie doszło w nocy z 19 na 20 października 1984 roku, ale kilka dni później. To dzięki Witkowskiemu wiemy również, że w śledztwie tworzono fałszywe dowody i zeznania, całkowicie wypaczając przebieg tej zbrodni i ukrywając jej prawdziwych sprawców. To dzięki Witkowskiemu wiemy również, że za tą zbrodnią stali generałowie Kiszczak i Jaruzelski i to oni powinni zasiąść na ławie oskarżonych.

Ale tak się już nie stanie. Nie poznamy również prawdy w tej sprawie, bo prawda ta byłaby sprzeczna z historią, która w III RP pisali sygnatariusze porozumienia Okrągłego Stołu, który ma być dla nas wzorem polskiej demokracji.

Cały felieton z cyklu „Myśląc Ojczyzna” dr. Leszka Pietrzaka można odsłuchać [tutaj]. 

RIRM

drukuj