Ta rana nie zagoi się nigdy

Brud, ściany z powyrywanymi fragmentami murów i oberwanymi tynkami, pomieszczenia bez okien i drzwi, brak podstawowych sprzętów – tak wygląda jeden z ośrodków dla uchodźców w stolicy Gruzji, do którego dotarliśmy razem z pomocą humanitarną.



W zrujnowanych budynkach dawnego szpitala wojskowego zgromadzono około 2700 uchodźców, którzy uciekając przed Rosjanami i bojówkami osetyjskich separatystów, cały majątek, w tym również podstawowe, podręczne przedmioty, pozostawili w opuszczonych domach w Gori. – Uszliśmy tutaj bez niczego, tutaj też nie było niczego – powiedział nam jeden z koczujących w szpitalnej sali. Schronienie znalazły tu całe rodziny. – W sali obok mieszka matka, ojciec i brat – powiedziała nam Gruzinka, matka czworga dzieci.

Przekazana przez nas pomoc została natychmiast rozdysponowana – w ośrodku zaczął się ruch. Kobiety zabrały się za sprzątanie, chociaż doprowadzenie do ładu pomieszczeń stanowiło naprawdę ambitne wyzwanie. Mężczyźni zaczęli naprawiać różne drobne usterki. Rozpoczęli też prace stolarskie, naprędce sklecając stoły, taborety i łóżka, przypominające bardziej stare palety niż posłanie. Stawiają je na cegłach lub bezpośrednio na podłodze.

Warunki sanitarne są bardzo trudne. Za ustęp służą pośpiesznie wykopane doły. Zrobiono je zresztą dopiero wczoraj, po 11 dniach funkcjonowania ośrodka. Stan zdrowia uchodźców jest nie najlepszy. Wiele osób cierpi na nadciśnienie i na serce. Ludzie skarżą się też na problemy ze snem oraz odczyny alergiczne na skórze.

Rosyjski pokój położył się cieniem na życiu Gruzinów. W Tbilisi nie ma wprawdzie rosyjskich wojsk – pierwsze ich „czujki” znajdują się kilkadziesiąt kilometrów za miastem w kierunku Gori – ale w nocy słychać to pojedyncze strzały z pistoletu, to całe serie karabinowe. Po mieście krążą plotki, iż to mafia rozpoczyna swoje rządy.

Kreml wprawdzie obiecał do piątku wycofać swoje wojska, ale Gruzini już w to nie wierzą, podobnie zresztą jak w pokojowe rozwiązanie konfliktu.- Musi minąć wiele czasu, żeby Gruzini z Osetyjczykami razem, w pokoju napili się wina – powiedział mi jeden z uchodźców, dodając, że nie wierzy, iż będzie to kiedykolwiek możliwe.

Uchodźcy z Cchinwali i Erewdi opowiadają, że żołnierze rosyjscy i osetyjscy chodzą po domach i wynoszą wszystko, co jeszcze zostało, po czym podkładają ogień pod budynki. – Co nie zostało zbombardowane, to jest w tej chwili podpalane – relacjonował jeden z uciekinierów. Potwierdzają się też informacje, że Osetyjczycy na kilka dni przed rozpoczętą ofensywą powywozili swoje rodziny na północ, do Rosji.

W Cchinwali i okolicach było bardzo dużo snajperów. Nie pozwalano chować ciał zabitych, także wiele ich jeszcze leży na ulicach wsi i miasteczek. Niektórym udało się pochować swoich bliskich, wykopując bardzo małe, płytkie jamy, żeby móc przykryć zwłoki najbliższych chociażby cieniutką warstwą ziemi, żeby spełnić ten ostatni rytuał. Tutaj na Kaukazie godny pochówek jest niezmiernie ważny.

Bardzo zastanawiający jest fakt, iż w ostatnich dniach nie możemy w Gruzji w pełni korzystać z internetu. Mamy całkowicie odciętą możliwość wchodzenia na strony rosyjskie. Przy jakichkolwiek próbach ich otwarcia większość komputerów zostaje zaatakowana przez wirusy, które powodują całkowite wyłączenie urządzenia. Wirusy stają się także aktywne, gdy próbujemy odnaleźć najważniejsze strony gruzińskie.


Marek Borawski, Tbilisi
drukuj