Siatkarza jak złoto
Rok 2011: pierwsze w historii podium Ligi Światowej (trzecie miejsce), brąz mistrzostw Europy i druga lokata w Pucharze Świata, równoznaczna z olimpijską kwalifikacją. Rok 2012: pierwszy w dziejach finał Ligi Światowej. Polscy siatkarze we wszystkich czterech wielkich imprezach pod wodzą Andrei Anastasiego osiągali sukcesy, a w sierpniu czekać ich będzie bój najważniejszy – na igrzyskach. O złoto?
– To faktycznie niesamowite, w kolejnym czwartym turnieju zdobyć medal – przyznał włoski selekcjoner po wywalczeniu awansu do finału LŚ. Zanim objął naszą reprezentację, Biało-Czerwoni nigdy nie stanęli na podium tej imprezy. Bywali blisko, ale zawsze czegoś brakowało. Teraz, już w debiucie na trenerskiej ławce, Anastasi doprowadził ich do trzeciego miejsca. Potem były kolejne sukcesy. Skąd się wzięły i gdzie tkwi sekret skuteczności szkoleniowca? – Sam nie wiem – śmieje się. – Mówię zawodnikom, że mają po prostu grać w siatkówkę – dodaje. Marcin Możdżonek, kapitan drużyny, podkreśla, że nie ma jednego klucza do nieprzeciętnych wyników. – Jesteśmy bardzo zgraną ekipą, która wie, czego chce. Wszyscy się szanujemy, tolerujemy. Wiemy dobrze, po co pojawiamy się na obozach, po co trenujemy. Anastasi zostawia nam bardzo dużo swobody. Oczywiście kilku najważniejszych spraw od nas wymaga kategorycznie, a poza tym uważa, że jesteśmy dorosłymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Mamy bardzo szeroką i wyrównaną kadrę, obojętnie, kto pojawia się na parkiecie, poziom gry nie spada, także jej system zawsze pozostaje taki sam – opowiada. W Sofii, podczas kolejnego Final Six LŚ, Polacy znów błysnęli. Pokonali Brazylię, Kubę, potem w półfinale Bułgarię 3:0 (25:23, 25:20, 25:18), mimo że musieli walczyć nie tylko z rywalami, ale i sędziami podejmującymi kontrowersyjne decyzje. Miejscowi, liniowi, wspierali gospodarzy wręcz ostentacyjnie, ale nasi nie dali wyprowadzić się z równowagi. Do końca zachowali spokój. Osiągnęli historyczny finał. Stali się faworytami nie tyle do olimpijskiego medalu, co złota!
Szkoda tylko, że ich ostatniemu sukcesowi towarzyszyła atmosfera skandalu i bandyckiego zachowania bułgarskich pseudokibiców. Tuż po meczu niemal ruszyli z furią na naszych reprezentantów. – Musieliśmy szybko uciekać do szatni, inaczej mogłaby się stać tragedia – przyznał Anastasi. Chuligani rzucali na parkiet różne przedmioty, butelki, zapalniczki, zachowywali się niczym zdziczałe hordy. Zaatakowali polskich kibiców, skradli im biało-czerwone flagi, wszystko przy biernej postawie policji i służb porządkowych. To nie wszystko, bo nasi reprezentanci długo nie mogli opuścić hali, gdyż przed wejściem czekała zgraja bandytów, po których wszystkiego można było się spodziewać. – Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego – podkreślił Anastasi. Polacy musieli czekać na eskortę policji. Bułgarzy z pewnością zostaną surowo ukarani, ale podobne sytuacje są niedopuszczalne, a w siatkówce praktycznie się nie zdarzają.
